#2i0kB

Moja historia zaczęła się w gimnazjum, gdy na biegając na lekcji WF potknęłam się i upadłam z całym impetem na kolano. Jak wiadomo od razu telefon do mamy, do szpitala, prześwietlenie zrobione, ale wszystko w porządku. Ostateczna diagnoza - zbite kolano. Poleżałam 2 tygodnie z wielkim bólem, a potem mogłam wrócić do szkoły. 

Jednak nie mogłam dobrze stąpać na obolałą nogę a chodzenie po schodach było istną męczarnią. Mówiłam o tym rodzicom, aż w końcu zdecydowali się zabrać mnie na kolejne badania. USG - wszystko ok. Ortopeda jeden, drugi.. wszystko ok. Rezonans, małe zmiany jednak nic groźnego. Ból był bardzo silny, chodziłam z nim trzy lata w ciągu których żaden lekarz nie uznał tego za coś poważnego. Rodzice zaczęli mi wmawiać, że wymyślam, że chcę mieć tylko zwolnienie z WFu. 

Bardzo to przeżywałam, że nikt nie chce mi pomóc i jeszcze bliscy są przeciwko mnie. Wpadłam w lekką depresję, okaleczałam się. Tu zaczyna się pozytywna część mojej przygody. W liceum podczas pisania jakiegoś testu na sali gimnastycznej pani pedagog zauważyła, że mam okaleczone ręce. Zaprosiła mnie do siebie, porozmawiała ze mną, opowiedziałam jej całą historię. Powiedziała, że mi pomoże i nie będzie wzywać rodziców. Znajomy jej ojca jest ortopedą, umówiła mnie z nim na wizytę, ten widząc wszystkie wyniki moich badań, czego nazbierało się mnóstwo, od razu ustalił termin artroskopii. 

Mama gdy się dowiedziała, że załatwiłam wszystko na własną rękę nie była szczęśliwa, zarzucała mi wręcz, że robię wszystko aby udowodnić, że ona ze mną nie jeździ po lekarzach, podpisała jednak niezbędne przed operacją dokumenty. Gdy obudziłam się po operacji, lekarz przyszedł do mnie i mówił że podziwia mnie za to, że ponad trzy lata chodziłam w takim stanie. Miałam popękane chrząstki przez co musiałam mieć czyszczone całe kolano od "odprysków", ponaciągane ścięgna i uszkodzoną łękotkę. Po operacji chodziłam jeszcze rok w ortezie. 

Oczywiście po operacji rodzice wielce mówili, że przecież dobrze wiedzieli jak bardzo cierpiałam i jak się cieszą, że wszystko okej, ale długo miałam im to za złe, że mi nie wierzyli. A tak na marginesie nasza służba zdrowia jest do dupy. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie do teraz chodziłabym z bólem nie do opisania.

#paC51

Uwielbiam upały, ale to co się w te wakacje działo, było nie do wytrzymania. Mam takie szczęście, iż mieszkam w domku jednorodzinnym. Do wieczora w domu jestem tylko ja, oraz babcia która zamieszkuje na dole i na górę nigdy nie wchodzi.

Tak więc podczas tych upałów zazwyczaj siedzę sobie nago w pokoju, bo każdy skrawek materiału jest niesamowicie nieprzyjemny na skórze. Po południu postanowiłam pójść schłodzić się pod prysznic, który jest zaraz obok mojego pokoju. Wstałam od internetów i robiąc te kilka kroków do łazienki stwierdziłam, że najpierw zapytam babci, czy nie chce czegoś ze sklepu, bo szykuję się do wyjścia.

Zeszłam na dół i wypowiadając słowa wcześniej wspomniane zdałam sobie sprawę iż... jestem kompletnie naga! Zdziwienie babci nie miało granic, rozbawiona skwitowała: "Oj wnusiu, nie sądziłam że czujemy się przy sobie aż tak komfortowo".
Z dwojga złego, lepiej że poszłam do babci, a nie np. otworzyć drzwi listonoszowi...

#MPz8E

Miałam około 8 lat. Ponieważ Mama pracowała opiekowała się mną babcia. Robiłyśymy razem pierogi i babcia poprosiła mnie, żebym przyniosła mąkę z piwnicy. Powiedziała "takie białe w papierowym opakowaniu". Poszłam, nasypałam, przyniosłam i skończyłyśmy pierogi. 

Dumna z siebie poczęstowałam mamę która wróciła z pracy. Mama stwierdziła że troche twarde i coś jest chyba z nimi nie tak. Kazała mi przynieść mąkę z której były zrobione. Okazało się, że zamiast do piwnicy poszłam do garażu i przyniosłam stamtąd gips, a babcia użyła go zamiast mąki.

#xvbm5

Byłem u znajomej i po wyjściu na 3 Maja zauważyłem, że ktoś rozjechał kotka (nie będę opisywał jego wyglądu ale wyglądał nie za fajnie) i ludzie zamiast coś zrobić przejeżdżali obojętnie. Bałem się, że ktoś go jeszcze przejedzie. Zatrzymałem się i próbowałem pokazać, że leży kot. To że pewnie już nie żyje nie oznacza, że ma być potraktowany w taki sposób... 

W końcu po chwili nadarzyła się okazja i jechała policja pomachałem zatrzymali się i mówię, że leży kot coś trzeba z tym zrobić. Jego odpowiedź bardzo podniosła mi ciśnienie.
- Co, mam go posprzątać?! - odparł policjant.
- Nie, ale można gdzieś zadzwonić.
- Ble, ble... Zadzwonię.
- Dziękuję.

Pojechali. Kota przecież rękoma nie dotknę, gdy wszędzie jest krew. Stałem bez pomysłu, co z nim zrobić, gdy nadjechał samochód i wysiadł z niego mężczyzna, który od razu się ze mną przywitał i razem postanowiliśmy coś z tym zrobić. Wyciągnęliśmy od niego z samochodu czarny worek, spakowałem kota do środka i zaproponował, żebyśmy zawieźli go do weterynarza. Pani weterynarz obejrzała kotka, niestety nie udało się go uratować. Lecz z tym miłym już teraz kolegą wymieniliśmy się numerami i mamy zamiar spotkać się na piwo. 

Jest mi smutno, że ludzie są tak obojętni na to co dzieje się obok nich. Życie pisze różne scenariusze. Pozdrawiam Ciebie kolego i panią weterynarz, a pana panie policjancie niech chu* strzeli.

#60VX1

Był piękny słoneczny dzień. Wracałam z pociągiem do swojego małego miasteczka. Gdy już dotarłam na miejsce razem z innymi pasażerami wysiadłam z pociągu, a że nie chciało się wchodzić po schodach na wysoką kładkę nad torami z ogromną walizką, to postanowiłam przejść przez tory przejściem dla pracowników kolei. 

Kilka innych osób pomyślało tak samo no i dawaj przełazimy. Aż tu nagle moim oczom ukazują się żółte znienawidzone przez wielu kamizelki. Spoglądam kątem oka myśląc że może ich minę, niestety do moich uszu dociera głos "A co państwa upoważniło do przejścia tędy? Będzie mandacik". Jako że jestem znana z "ciętej riposty" wydałam z siebie ciche "yhyyyy...". 

Nagle policjant zwrócił się do mnie i mówi "Pani może iść". Kurka myślę, o co tu chodzi, ale długo się nie zastanawiając pomknęłam niczym młoda sarenka w stronę parkingu, na którym już czekała na mnie mama. Otwieram bagażnik, pakuję walizkę, uśmiecham się do mamy i widzę że dziwnie na mnie patrzy. Zdziwiona o co jej chodzi wsiadam do samochodu, a ona nagle wypaliła "Boże, myślałam że jesteś w ciąży, a to ta bluzka tylko tak się układa". 

Zatkało mnie ale od razu domyśliłam się czemu nie dostałam mandatu. Tak więc 100 zł w kieszeni, ale bluzka znalazła się w koszu.

#qsdYv

Historia z dzieciństwa. Z racji tego że tata ciężko pracuje, kanapki do pracy zawsze robiła mu mama. Jak miałam ok 6-7 lat mama dostała pracę i zaszczyt robienia tacie jedzenia przypadł mi, jako najstarszej. Byłam wkurzona, bo jak to tak, zamiast bawić się z rodzeństwem musiałam jakieś tam kanapki robić.

Tata miał na nocną zmianę, przystępuję więc do robienia kanapek. Wywiązuje się dialog:
- Tato, z czym chcesz kanapki do pracy?
- Z byle czym!
Wpadł mi szatański pomył do głowy, tak tam w ramach "zemsty". Więc zrobiłam te kanapki, elegancko zapakowałam i poszłam się bawić.

Rano tata wraca z pracy, jemy śniadanie. Czerwony na twarzy i wkurzony, opowiada mamie co następuje - wyrodna córka zrobiła kanapki z.. gazetą! Wszystkie co do jednej! Koledzy nabijali się z niego mocno, on głodny i zły. Mama śmiała się przez dobre pół godziny. Tata nie odzywał się do mnie jakiś czas.

#dVOzp

Dwa lata temu poznałem dziewczynę. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, bez opamiętania. Dawałem jej kwiaty, sprawiałem miłe niespodzianki, byłem na każde jej zawołanie. Gdy nie widziałem się z nią dłużej niż dzień to stawałem u niej pod domem, by ją zobaczyć w oknie. 

Pewnego dnia zobaczyła mnie, jak stoję pod jej domem. Uznała, że jestem chory psychicznie, że ją śledzę, że mam na jej punkcie nawalone. Rozpowiedziała moim znajomym, że jestem chory psychicznie. Urwali ze mną kontakt. A ja się w niej tylko zakochałem...

#qcYj3

Mój pięcioletni brat był ostatnio na drobnym zabiegu w szpitalu, jednak pod narkozą. Gdy się obudził, był dalej w swoim świecie. Przyszła do niego pani doktor i po ogólnym przebadaniu zaczęła go zagadywać. Punkt kulminacyjny nastąpił, gdy zapytała go, czy ma w domu jakieś zwierzątko. A on z dumą odpowiedział, że tak: pająki, mole i chyba też roztocza.

#3Zd5T

Kilka dni temu pojechaliśmy obejrzeć mieszkanie do wynajęcia na studia. Na umówionym spotkaniu, zamiast pana, z którym się umawialiśmy kilka razy telefonicznie, zjawiła jego żona, która jak sama się przyznała, nie zna się na takich sprawach. Jednak nie to było najgorsze. Po obejrzeniu mieszkania powiedzieliśmy niezwykle uprzejmej pani, że akceptujemy jej warunki i chcemy tam zamieszkać. Umówiliśmy się z nią tylko, że skoczymy na parking do auta po pieniądze, by zapłacić kaucję (zajęło nam to 10-15 min). 

Po powrocie do mieszkania okazało się, że właścicielka w tym czasie zaprosiła kolejną grupę potencjalnych lokatorów i nawet nie wspomniała o tym, że 10 minut temu zgodziła się, byśmy to my tam zamieszkali. Po dosłownym darciu ryjów na siebie nawzajem jak i na właścicielkę i po ciągłym wydzwanianiu do jej męża, który tak naprawdę powinien załatwiać całą sprawę najmu, właścicielka powiedziała, że nie wie, co ma zrobić i żebyśmy rozstrzygnęli sprawę między sobą (co było oczywiście niewykonalne, ponieważ ani oni ani my nie chcieliśmy odpuścić). 

Mimo że byliśmy pierwsi i umówiliśmy się z panią konkretnie, właścicielka znalazła wspaniały argument, który miał wyjaśnić całą sytuację. Matka jednej z tych innych "przyszłych" lokatorek jest w ciąży! Doskonały powód do tego, by nam odmówić. Powiedziałam, że u mnie w rodzinie też jest ktoś w ciąży, a jak to nie pomogło, to że przywiozę ze sobą dwie panie w ciąży i jeszcze chorego dziadka! Doszło do tego, że na sam koniec ciągłej kłótni między dwiema stronami i wydzwanianiem do męża tej błyskotliwej pani, właścicielka wpadła na kolejny genialny pomysł. Rozstrzygnięcie konfliktu przez rzut monetą! Byliśmy zażenowani całą sytuacją, wybraliśmy orła...

Niestety, nie poszybował tamtego dnia.

Żałujemy jedynie tego, że nie podbijaliśmy ceny. Licytowalibyśmy się aż odpuszczą, a gdy tamci by wyszli, powiedzielibyśmy "sp*****laj". Opinia znalazła się już na czarnych listach mieszkań, więc powodzenia w szukaniu lokatorów. Nikomu nie życzę tak chorej sytuacji i spotkania w swoim życiu dorosłych ludzi, którzy nie są odpowiedzialni i do końca dorośli.

#J7sIr

Bardzo dawno temu (a uwierzcie mi, że naprawdę było to dawno temu) mając 18 lat pojechałam do NRD (dla nieznających tematu chodzi o Wschodnie Niemcy) na tzw. międzynarodowy obóz, gdzie młodzież z krajów demoludów przy wspólnej pracy dla wspólnego dobra, świetlanej przyszłości i szerzenia komunizmu, zawierała przyjaźnie.

Poznałam tam pewnego, młodszego o rok Bułgara. Nie wiem, co mnie siekło wówczas, chyba szalejące hormony, ale zaczęłam się z nim spotykać. Oczywiście były to spotkania niewinne. Czasami buzi buzi i to wszystko. Bo ja byłam jeszcze panienka nieru....szana. Tak tak dzieci drogie - były takie czasy, że po ziemi chodziły osiemnastoletnie dziewice. Tak na marginesie to facet był zupełnie nie w moim typie. Taki pizdanty Mateusz i sierota społeczna w jednym. Przypominał mi Glenna Medeirosa, którego szczerze nie znosiłam. Jego piosenek zresztą też.

Próbowaliśmy rozmawiać w międzynarodowym języku naszego zaprzyjaźnionego zza wschodniej granicy kraju, ale po 6 latach nauki tegoż języka nie potrafiłam wiele powiedzieć i zrozumieć też. Zresztą jak chyba 98 % ówczesnej młodzieży.

W ostatni wieczór przed moim powrotem do Polski spotkaliśmy się również. Szwendaliśmy się po obozie, to tu to tam. Obóz był w lesie, nad jeziorem,oświetlony i tylko kilkoma latarni więc ogólnie było dosyć ciemno. W pewnym momencie on mi coś dał. Ooooh - pomyślałam - jakie to słodkie. Dał mi chusteczkę zapachową, bo biedak chyba tylko to miał. Wtedy w Polce w kioskach Ruchu pojawiły się właśnie takie chusteczki, nawilżane, pachnące i pakowane po jednej w sreberko. No cud miód Ameryka. Teraz żadna sensacja, wówczas rarytas.

No więc ja odstawiam monolog w języku polsko-rosyjsko-migowym: "O dziękuję ci. Jak miło z twojej strony, że o mnie pomyślałeś. U nas też się takie pojawiły i wszyscy za nimi szaleją. A jaki to zapach? Bo u nas tylko różany można dostać i mam go szczerze dość. Chciałabym inny." I tak dalej bla bla bla uśmiechnięta, radosna i szczęśliwa bawiłam się prezentem.

Chłopak zrobił wielkie oczy, potem dziwną minę, potem pojawił się dziwny uśmiech na jego ustach i zaproponował mi spacer. Ale jakoś tak dziwnie kroki kierował w najbardziej zalesiony kawałek obozu. No więc ja: "Ale po co tam idziemy. Tam nic nie ma ciekawego. Chodź nad jezioro. Posiedzimy na moście. itp. itd.". On dalej swoje, coś tam burczał pod nosem, ale kto by go tam rozumiał.

I w pewnym momencie, ja, śnięta księżniczka, zatrybiłam. To nie opakowaną chusteczką bawiłam się przez ostatnie 40 min ale... prezerwatywą. A chłopak nie chciał poznawać nieznanych rewirów obozu, tylko zaciągnąć mnie w krzaki w celu zaciśnięcia stosunków międzynarodowych. Oczywiście szybko się zmyłam pod byle pretekstem.

Rany. Jak sobie potem przypomniałam, co ja gadałam, trzymając toto w dłoni. O zapachach i tak dalej to nic dziwnego, że chłopak z początku miał głupią minę. Dobrze, że nie produkowali chusteczek smakowych, bo jak bym wówczas zaczęła się rozwodzić na temat smaków to chłopak biedaczyna by "doszedł" zanim w ogóle, by gdziekolwiek poszedł nie mówiąc o "wchodzeniu".
Dodaj anonimowe wyznanie