Nie wiem, czy wy też tak macie, ale ja wstydzę się w sklepie czekać dłużej niż pięć sekund, aż pani wyda mi groszową resztę. Zawsze udaję, że taki groszowe sprawy mnie nie obchodzą. Zapewne jest to spowodowane tym, że w dzieciństwie mi się nie przelewało.
Stoję w kasie w Żabce. Przede mną dziewczynka, na oko 6-7 lat z sokiem, batonikiem i gumą. Po skasowaniu okazuje się, że brakuje jej 10 groszy, a pani z kasy nie pozwala jej donieść później i mówi jej, aby z czegoś zrezygnowała. Wtedy ja proponuję, że dołożę brakującą kwotę. Jednak okazuje się, że najniższy nominał jaki mam w portfelu to 10 zł. Wyciągam banknot i podaję kasjerce. W tym momencie mała dziewczynka chowa swoje pieniądze do kieszeni, bierze zakupy i odchodzi. Kasjerka wydaje mi 3 zł, a ja stoję jak wryta. Chciałam dołożyć kilka groszy, a zapłaciłam jej za całe zakupy. A ja nawet nie odezwałam się, bo wstydzę się upominać o pieniądze.
Rok temu zaczęłam kurs na prawo jazdy. Pod koniec spotkań teoretycznych odbywał się kurs pierwszej pomocy z ratownikami medycznymi. Po przekazaniu wiedzy teoretycznej nadszedł czas na umiejętności praktyczne. Po resuscytacji niemowlaka oraz wyciągnięciu osoby poszkodowanej z auta nadszedł czas na resuscytację osoby dorosłej. 30 uciśnięć, 2 oddechy ratownicze, ręce proste, dłonie na mostku, odpowiedni rozstaw nóg - każdy wie jak powinna wyglądać poprawnie wykonana resuscytacja.
Fantom składał się z 4 części więc 4 osoby wykonywały ćwiczenie w tym samym czasie, a reszta kursantów robiła za widownię. Podczas wykonywania ucisków, ratownik zadawał nam pytania dotyczące udzielania pierwszej pomocy, więc możecie sobie wyobrazić, że ćwiczenie nie trwało krótko i każdy powoli odczuwał zmęczenie.
Ja nie mogąc już powoli złapać tchu, nie uciskałam klatki manekina dosyć głęboko, spojrzałam na "nauczyciela" błagalnym wzrokiem na co odparł:
- Szerzej te nogi, wtedy lepiej wchodzi!
Momentalnie cała sala wybuchnęła śmiechem, łącznie ze mną. Ratownik przez chwilę nie wiedział co wzbudziło taką reakcję, lecz gdy ogarnął również nie mógł się powstrzymać.
Jako że szczęśliwi czasu nie liczą, to nie mogę niestety powiedzieć, kiedy zdarzenie to miało miejsce. Na pewno działo się to jednak w okresie mody fryzury na grzybka i palemkę, gdy zielona koszulka z Arielką i jeansowe spodnie w Myszkę Miki świetnie współgrały z trampkami w pokemony (tak wiem, kolejne edycje tap madl i project runway już mogą powitać swego zwycięzcę).
Jako małe, przykładne dziecko postanowiłam odciążyć mą spracowaną matkę (oczywiście pod przymusem) i pójść na zakupy do sklepu spożywczego na pobliskim ryneczku. Umiałam jako tako sklejać literki, więc lista zakupów nie stanowiła dla mnie mission impossible.
Wkraczam więc do kolejki i staram się nie zostać staranowana przez otaczające mnie mohery. Gdy nadchodzi moja kolej, dzielnie wypełniam swój obowiązek. Oczywiście pomijając takie trudności jak fakt, że sprzedawca zza lady nie widział nawet, z kim przeprowadza transakcję.
Jednakże ze względu na fakt, że wychowały mnie Łamigłówki Mądrej Sówki, muszę przyznać, iż moje umiejętności matematyczne jak na tak młody wiek były dość rozwinięte. Policzyłam więc, czy hajs się zgadza. Okazało się, iż nie, ale na moją korzyść. Zyskałam całe 20 groszy.
Dźwigając już spory bagaż doświadczeń, mogę porównać ogarniające mnie uczucie do przebywania na diecie i patrzenia na ciastko z napisem „Zjedz mnie”. Odrzuciłam jednak tę pokusę godną Alicji w Krainie Czarów i zawróciłam do sklepu. Odczekałam swoje w kolejce i zwróciłam tę jakże pokaźną różnicę. W zamian zostałam najszczerszy uśmiech na świecie i kilka batoników.
Wniosek jest jeden: Uczciwość po… grubia. Smacznego dla wszystkich prawilnych!
To wydarzyło się gdy miałem może z 5 lat. Ogólnie mało pamiętam z tamtego okresu, ale to wspomnienia mam dodatkowo uzupełnione poprzez relacje rodzinki. Byłem rozbieganym i raczej rozgadanym dzieciakiem, a do tego nieprzewidywalnym.
Pewnego dnia mama zaprosiła ciotki na kawę. Była także babcia. Siedzieliśmy w pokoju, który był w trakcie przemeblowania. Ściany były gołe a stare ciężkie kaloryfery odsłonięte. Mama rozmawiała o czymś z ciotkami, zapewne o tym jak urządzić pokój, a ja bawiłem się na środku pokoju otoczony przez ciotki i mamę, co chwile zachwycające się rozkosznym mną.
W pewnym momencie wpadłem na genialny pomysł, żeby jeszcze bardziej zwrócić na siebie uwagę wszystkich. Wstałem... Nikt jakoś się tym nie przejął... Zaszurałem / tupnąłem nogą, tak jak to robią byki... W tym momencie wszyscy zwrócili na mnie wzrok z zaciekawieniem i zapewne rodzącym się pytaniem "Co też on znowu wymyślił?". A ja rozpędziłem się, ruszyłem biegiem... i wbiłem się z impetem w kaloryfer. Ot taki popis.
Wszyscy szok! Niedowierzanie! Co się właśnie stało? A ja siedziałem z uśmiechem na twarzy i rozciętym czołem... Na domiar złego najbliższy szpital strasznie daleko a i okres taki (chyba jakiś świąteczny), że ciężko było by się dostać. Więc mama wzięła sprawy w swoje ręce i połatała mi rozcięcie jakimiś plastrami. Rana się zagoiła, ale ja nadal mam bliznę na lewej części czoła, zanim stały się modne Harry Pottery, Popki i inne podrabiańce.
Kiedy byłam jeszcze mała, mój śp. dziadek zajmował się mną czasami, kiedy rodzice szli do pracy. Pewnego dnia postanowiłam, że zobaczę, co się dzieje za oknem... Weszłam na krzesło, zobaczyłam i... wypadłam. Przyszedł dziadek i oczywiście zapytał, co się stało. Wtedy wyjaśniłam wystraszona, że "Mucha mnie popchnęła".
Miałam wtedy 6 może 7 lat. Z mamą i młodszą siostrą co niedzielę chodziłam do kościoła. Zazwyczaj to wyglądało tak, że siostra siadała na kolanach u mamy, a ja stałam obok nich. Zawsze jakaś kobieta siedząca obok mamy proponowała mi, żebym usiadła na jej kolanach, a ja zawstydzona kręciłam głową na znak odmowy. Jednak któregoś razu po powrocie do domu mama pouczyła nas, że mamy zawsze usiąść (oczywiście miała na myśli, że jeżeli nam to ktoś zaproponuje).
Następnym razem kiedy poszłyśmy do kościoła, mama usiadła na ławce, a ja bez namysłu usiadłam na kolanach pierwszej lepszej kobiety, która wcale mi tego nie zaproponowała, bo przecież mamusia kazała mi zawsze siadać na kolanach pani. Kobieta była tak miła, że nie kazała mi zejść.
Kilka lat temu kiedy miałam 16 lat i alkohol był dla mnie jeszcze zakazany, pojechałam na imprezę z koleżankami. Moja mama to bardzo lajtowa i wyrozumiała mama, ale nigdy nie chciała żebym piła, więc wyposażyła się w alkomat i od 14 roku życia rzadko nadarzała się okazja do spożycia cudownych trunków.
Na imprezie miałam zostać do rana, więc bez wahania zaczęłam pić wszystko po kolei. Po około 2 godzinach (z przykrością) zakończyłam imprezę w toalecie. Kiedy w końcu się z niej wydostałam, byłam w okropnym stanie i wyszłam na balkon. Wykręciłam (po dłuższej chwili) numer mamy. Mówię do niej "Mamooo, staszzzznieee sięę opiłaam, przyjeeeedzzziesz po mne?". Mama od razu wpadła w szał i powiedziała, że za 30 min. będzie po mnie. Wsiadłam do samochodu i wróciłam do domu, gdzie jeszcze wymiotowałam. Wchodząc do pokoju, mama rzuciła tylko gniewne "Porozmawiamy jutro".
Rano wstaję przerażona i schodzę na dół. Mama czeka przy stole i mówi, żebym usiadła. Zrobiłam to, a mama zaczęła "Ada, jestem bardzo wdzięczna i cieszę się, że w trudnej sytuacji, kiedy miałaś problem od razu do mnie zadzwoniłaś." (...) "Niemniej jednak piłaś i masz szlaban".
W połowie lat 90 mieliśmy w domu mały radziecki czarno-biały telewizor z białą obudową. Jako dzieci - mieliśmy do tej pory do czynienia tylko z takim cudem techniki.
Pewnego dnia mama obwieściła mi i siostrze (mieliśmy 5-6 lat), że tato kupił nam kolorowy telewizor i na dniach do nas dotrze paczką (tato mieszkał i nadal mieszka w Niemczech). My, podniecone dzieciaki po usłyszeniu tej nowiny, rozmawialiśmy nonstop o swoich wyobrażeniach na temat tegoż telewizora. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy dnia, w którym do nas dotrze.
I oto nadszedł upragniony dzień. Na środku pokoju stała wielka paczka, którą mama zaczęła rozpakowywać. Z wypiekami na twarzy śledziliśmy każdy jej ruch. Najpierw wyjęła czarny, duży koc, którym tato owinął telewizor. Po chwili nasz entuzjazm opadł i pojawiło się wielkie rozczarowanie. Mama wyciągnęła z pudła wielki telewizor Toshiba z czarną obudową.
Z wielkim zawodem w głosie krzyknęliśmy chórem: "Przecież miał być kolorowy!" i w ryk. Mama jeszcze długo musiała nam tłumaczyć, że mówiąc kolorowy mieli na myśli kolorowy obraz w telewizorze.
Sytuacja miała miejsce w ferie zimowe. Byłam w ostatniej klasie liceum i brałam udział w olimpiadzie z języka polskiego. Tak się zdarzyło, że przeszłam do drugiego etapu, więc każdą lekcję poświęcałam na spotkania z polonistką i wertowanie interesujących lektur oraz zagadnień gramatycznych. Rzecz jasna w ferie nie można było odpuścić przygotowań, a nie chciałam sprawiać kłopotu polonistce z dojazdem do szkoły, więc przystałam na jej propozycję spotkań u niej w domu.
Trzeba zaznaczyć, że z natury jestem raczej aspołeczna i lekko panikuję przy kontaktach bezpośrednich. Wtedy też kompletnie wyłącza mi się logiczne myślenie. A dodajcie jeszcze do tego mój, wiele mówiący, kolor włosów.
Dostałam adres. Numer domu, dajmy na to, 25; płot zielony. Wieczór wcześniej zjadłam tabletki uspokajające, więc z rana byłam jeszcze lekko przymulona. Jadę sobie busem, a w mej głowie roi się od apokaliptycznych wizji. Bo jak domu nie znajdę? Bo jak zrobię z siebie idiotkę? Bo jak palnę coś głupiego? Bo jak mam na sobie dziurawą skarpetkę? Długo nie trzeba było czekać.
Wysiadam z autobusu, o dziwo bez problemu trafiam na odpowiednią ulicę. Ale teraz, dawaj, szukać domu. Drepczę sobie po tej dziurze, jest około 8 rano, na ulicy ani żywej duszy. Dochodzę do numeru 24 i myślę sobie: "niemożliwe, jestem już niedaleko!". Idę trochę dalej, a tam numer 26, a 25 ni widu, ni słychu. Może ten dom jest gdzieś ukryty za innymi? Czasem na tych dziwnych osiedlach tak bywa. Ale wchodzę głębiej i pakuję się na czyjąś posesję, a domu jak nie było, tak nie ma. Szukam zielonego płotu: nic!
Dzwonię w panice do przyjaciółki, która przyzwyczajona jest do mojej osobliwej socjopatii i tłumaczę jej, że tego domu nie ma, że rozpłynął się w czasoprzestrzeni i zniknął na dobre! Ta próbuje mnie uspokoić i mówi, żebym się uspokoiła i szukała dalej. Ja na to, że tu żadnego zielonego płotu nie ma, a ona, że może przemalowali. Kłócimy się przez ten telefon i nagle przychodzi mi do głowy myśl, że może tu jest już jednak inna ulica, bo żadnej tabliczki nie widać.
Wtem wyrósł na tej pipidówie jeden poczciwy człowieczyna, mężczyzna przed pięćdziesiątką. Podbiegam i pytam, czy to aby na pewno ta i ta ulica. Mój bohater potwierdza i odchodzi. No to oddzwaniam do przyjaciółki niemal we łzach i dalej marudzę, że dom na pewno zabrały krasnoludki, bo, jak Boga kocham, nie ma go tu! Ta każe mi zadzwonić do polonistki i wyjaśnić sytuację. Ja, że w życiu, bo zrobię z siebie idiotkę. Ona, że już zrobiłam i że może pani po mnie wyjdzie, bo pewnie już na mnie czeka. Ja się zapieram, że nie i nie. Rozłączam się.
Przede mną znów wyrasta dobroduszny mężczyzna, ostatni człowiek na tejże planecie! Łapię go i mówię zdruzgotana: przepraszam bardzo raz jeszcze, szukam domu z numerem 25. Widzę tu tylko 24 i 26, a 25 nie ma! Ten patrzy na mnie oszołomiony. Wzrokiem, zdaje się, szuka jakiejś ukrytej kamery. Po dłuższej chwili ciszy odpowiada: "Ale numery nieparzyste są po drugiej stronie...".
Moja historia zaczęła się w gimnazjum, gdy na biegając na lekcji WF potknęłam się i upadłam z całym impetem na kolano. Jak wiadomo od razu telefon do mamy, do szpitala, prześwietlenie zrobione, ale wszystko w porządku. Ostateczna diagnoza - zbite kolano. Poleżałam 2 tygodnie z wielkim bólem, a potem mogłam wrócić do szkoły.
Jednak nie mogłam dobrze stąpać na obolałą nogę a chodzenie po schodach było istną męczarnią. Mówiłam o tym rodzicom, aż w końcu zdecydowali się zabrać mnie na kolejne badania. USG - wszystko ok. Ortopeda jeden, drugi.. wszystko ok. Rezonans, małe zmiany jednak nic groźnego. Ból był bardzo silny, chodziłam z nim trzy lata w ciągu których żaden lekarz nie uznał tego za coś poważnego. Rodzice zaczęli mi wmawiać, że wymyślam, że chcę mieć tylko zwolnienie z WFu.
Bardzo to przeżywałam, że nikt nie chce mi pomóc i jeszcze bliscy są przeciwko mnie. Wpadłam w lekką depresję, okaleczałam się. Tu zaczyna się pozytywna część mojej przygody. W liceum podczas pisania jakiegoś testu na sali gimnastycznej pani pedagog zauważyła, że mam okaleczone ręce. Zaprosiła mnie do siebie, porozmawiała ze mną, opowiedziałam jej całą historię. Powiedziała, że mi pomoże i nie będzie wzywać rodziców. Znajomy jej ojca jest ortopedą, umówiła mnie z nim na wizytę, ten widząc wszystkie wyniki moich badań, czego nazbierało się mnóstwo, od razu ustalił termin artroskopii.
Mama gdy się dowiedziała, że załatwiłam wszystko na własną rękę nie była szczęśliwa, zarzucała mi wręcz, że robię wszystko aby udowodnić, że ona ze mną nie jeździ po lekarzach, podpisała jednak niezbędne przed operacją dokumenty. Gdy obudziłam się po operacji, lekarz przyszedł do mnie i mówił że podziwia mnie za to, że ponad trzy lata chodziłam w takim stanie. Miałam popękane chrząstki przez co musiałam mieć czyszczone całe kolano od "odprysków", ponaciągane ścięgna i uszkodzoną łękotkę. Po operacji chodziłam jeszcze rok w ortezie.
Oczywiście po operacji rodzice wielce mówili, że przecież dobrze wiedzieli jak bardzo cierpiałam i jak się cieszą, że wszystko okej, ale długo miałam im to za złe, że mi nie wierzyli. A tak na marginesie nasza służba zdrowia jest do dupy. Gdyby nie znajomości, prawdopodobnie do teraz chodziłabym z bólem nie do opisania.
Dodaj anonimowe wyznanie