Jakiś rok temu byliśmy z kolegami w górach. Mieliśmy po 18-19 lat. Jednego dnia jak byliśmy na stoku, kolega się przewrócił. Podjechaliśmy do niego i chwilę sobie staliśmy, kolega musiał chwilę odpocząć, bo coś go tam bolało. W pewnym momencie jeden z nas dostrzegł, że w śniegu leży cos czarnego, myśleliśmy że może część ubioru, nart, czy coś należącego do kolegi który przed chwilą się przewrócił. Podnosimy to "czarne coś" ze śniegu, a to portfel, a w środku 900zł i dosłownie wszystkie dokumenty jakiegoś chłopaka wraz z dowodem rejestracyjnym samochodu i ubezpieczeniem.
W naszym wieku takie pieniądze oczywiście by się przydały, moglibyśmy się za to bawić całą noc, a dokumenty wyrzucić do kosza. Bez jakiegoś dłuższego zastanawiania jednak postanowiliśmy oddać portfel z całą zawartością. Zjechaliśmy do kas, a tam ogłosili przez głośniki że został znaleziony portfel i że można go odebrać przy kasach. Postanowiliśmy poczekać, no bo myślimy może chociaż dostaniemy ze 100zł znaleźnego, w końcu oddajemy dużo więcej.
Po ponad 30min czekania w końcu zgłosił się po portfel młody chłopak. Pani z kasy powiedziała że to my znaleźliśmy ten portfel, on podszedł do nas, sprawdziliśmy czy to on faktycznie i to jego dokumenty, wszystko sie zgadzało. Daliśmy mu ten portfel z całą zawartością, on spojrzał do środka, popatrzył na nas i nawet nie usłyszeliśmy zwykłego "dziękuje" czy coś. Po prostu sobie poszedł bez słowa, a bez tego portfela pewnie miałby problemy żeby w ogólnie wrócić do domu, a później by spędził godziny w urzędach itp żeby załatwić wszystkie te sprawy z nowymi dokumentami.
Przez takie właśnie sytuacje człowiek traci chęć pomagania innym, więc pamiętajcie żeby doceniać to że ktoś wam pomógł.
Mam raczej luźne relacje z rodzicami, a do tego ja i mój tata lubimy sobie żartować ze wszystkiego.
Przyszli niedawno panowie od remontu i postukali w ścianę oddzielającą mój pokój oraz pokój rodziców. Mówią do taty, że przecież to jest tylko płyta i że wszystko przez nią pewnie słychać. Ja odpowiedziałem zamiast niego:
- Potwierdzam, WSZYSTKO słychać...
Gdy byłam mała uwielbiałam bawić się małymi plastikowymi zwierzątkami. Najbardziej lubiłam wyrzucać wszystkie z pojemnika i rozrzucać je po pokoju. Jako iż byłam (i jestem) dość leniwa, to nigdy nie lubiłam po takiej rozróbie sprzątać. Mój tata jednak nie akceptował takiego zachowania i zawsze stanowczo zabraniał mi wyjść z pokoju, zostawiając tam tak wielki bałagan. Nie miałam więc wyboru, musiałam w tak młodym wieku (4 lata) wykształcić mechanizm obronny, jakim były riposty.
Pewnego dnia pomiędzy mną, a moim tatą wywiązała się taka rozmowa:
- Proszę posprzątać zabawki!
- Tato, ale czy dzieci zawsze muszą słuchać swoich rodziców? - spytałam po krótkim zastanowieniu.
- Tak - odpowiedział mój ojczulek, węsząc podstęp.
- Ale tak zawsze, zawsze?
- Zawsze, zawsze.
- To czemu ty nie słuchasz babci, jak ci każe przestać palić?
Tego dnia to mój tata posprzątał po mojej zabawie.
Parę lat temu gdy byłem jeszcze w liceum wybraliśmy się z klasą na jednodniową wycieczkę szkolną. Wybór miejsca padł na podmiejskie lotnisko sportowe, na którym znajdowało się pole do paintballa.
Po przyjeździe na miejsce podzieliliśmy się na dwie rywalizujące drużyny, w których miało być po równo dziewczyn i chłopaków. Z racji tego że chłopaków było 10 a dziewczyn 21 mieliśmy problem z z tym, która drużyna powinna mieć więcej dziewczyn. W tym momencie wkroczyła nasza wychowawczyni, mówiąc, że będzie z nami "grała". Nie mieliśmy z tym problemu, z bo z racji młodego wieku (ok. 27 lat) była wysportowaną i powszechnie lubianą nauczycielką. Po paru minutach rozpoczęliśmy walki.
Wychowawczyni była w przeciwnej drużynie, którą bardzo szybko "rozstrzelaliśmy". Człowiek z obsługi tego miejsca, nadzorował grę jak komentator, mówiąc m.in. ilu graczy zostało w poszczególnych drużynach. Powiedział przez megafon, że w drużynie pomarańczowych (bo obydwie drużyny miały przyporządkowany swój kolor) została tylko jedna osoba. Nie wiedzieć czemu ubzdurałem sobie, że "ostał się" mój kolega. Wiedzieliśmy mniej więcej gdzie się ukrywa, tak że sprintem pobiegłem próbując zajść go od tyłu, żeby mnie nie zobaczył i nie zaczął strzelać.
Dodam, że każdy z nas miał przydzielony mundur i maskę ochronną na twarz. Po moim rajdzie na tyły wroga odnalazłem w końcu owego wspomnianego w komunikacie marudera, strzeliłem mu kilka kulek w plecy. W tym momencie powinien podnieść rękę, tym samym pokazując, że jest martwy i zjeść z pola gry. Tak się nie stało, wrogi osobnik po zgarnięciu paru kulek, zamiast zejść z pola zaczął do mnie walić z bardzo bliskiej odległości. Wkurzony postanowiłem zdjąć maskę i zwróciłem uwagę kumplowi, że nie gra według zasad - "K*rwa sp*erdalaj z pola, dostałeś przecież!".
Jakież było moje zdziwienie, gdy w odpowiedzi usłyszałem damski głos mówiący "Hamuj się, nie k*rwa, lecz pani profesor!". Tak, to była moja wychowawczyni i zgadnijcie z kogo przez najbliższe tygodnie żartowali nauczyciele...
Mam młodszego brata. Wydarzyło sie to jakieś 9 lat temu, kiedy brat miał 4 latka. Poszliśmy wszyscy do kościoła wszystko super, fajnie aż do zbierania ofiary. Mama dała nam po pieniążku i wytłumaczyla bratu, żeby wrzucił do tego koszyczka z którym będzie szedł ksiądz. Mój braciszek chwilę patrzył na tę monetę i już ksiądz był przy nas kiedy młody powiedział:
- Mamo czemu ja muszę oddawać mu pieniążka? Nie może sobie sam zarobić???
Ksiądz był już przy nas więc to usłyszał to, poklepał go po głowie i powiedział:
- Masz rację! Pieniędzy się nie rozdaje.
I odszedł uśmiechnięty.
Tak oto mój brat okazał sie bohaterem tej mszy.
Mam chłopaka od ponad 1,5 roku. Jakoś rok temu zachorował on na ciężką chorobę. Bardzo się jej bał. Bał się też tego, że ja jego zostawię, pod pretekstem, że nie chcę mieć chorego faceta, bo tylko będę miała z nim problemy. Ja natomiast chciałam z nim być pomimo jego choroby. Oczywiście załamał się, bo miał wiele planów na przyszłość, które mu nie wyjdą. Wspierałam go jak mogłam. Nawet jeździłam z nim po lekarzach, żeby miał jakieś wsparcie z mojej strony. Po dłuższym czasie walki z jego załamaniem pojawił się szczery uśmiech na jego twarzy. Chociaż do dzisiaj zmaga się z tą chorobą to do dziś mi dziękuje, że z nim jestem.
Tu mam apel do osób które będą w takiej sytuacji jak ja. Nie zostawiajcie tych osób samych. Bo one potrzebują waszego wsparcia. Nie patrzcie na chorobę tylko na człowieka! Z chorobą da się żyć. Nie bądźcie bezwzględni na ludzkie cierpienie. Kochajcie i wspierajcie chore osoby jak najbardziej możecie!
Mam starszą o 3 lata siostrę. Kiedy byłyśmy małe, a ja miałem około 4/5 lat, wierzyłam w każdą historię, słowo, które do mnie mówiła. Jak to głupiutkie małe i naiwne dziecko...
Pewnego wieczoru moja siostra strzeliła ogromnego focha na moją mamę, która czegoś tam, już nie pamiętam dokładnie, jej zabroniła. Moi rodzice oglądali sobie spokojnie film w salonie, a my leżałysmy w łóżku. Nagle moja siostra mnie obudziła mowiąc, że musimy uciekać. Namawiała mnie, spakowała mój i swój mały plecak, które założyłyśmy na plecki. No i udałyśmy się do toalety...
Moja siostra zaczęła mi tłumaczyć, że musimy uciec przez ubikację, ponieważ rodzice usłyszą, jeśli tylko będziemy próbowały otworzyć drzwi. Próbowałam tłumaczyć, że przecież jestem za duża i nie zmieszczę się w tej małej dziurce i do tego nie umiem pływać. Także i na to moja siostra znalazła świetną odpowiedź: "Nie przejmuj się, jak tylko wejdziesz do środka to skurczysz się na tyle, żeby się zmieścić! A pływać nie musisz, bo ja będę zaraz za tobą i będę cię popychać, więc będziesz musiała tylko wstrzymać oddech".
No to mała ja, niczego nieświadoma wlazłam z pełnym przekonaniem do kibelka i już miałam pytać, kiedy się zmniejszę, kiedy nagle do łazienki wchodzi zdziwiona mama i pyta co robimy, patrząc na moje nogi.. A ja z uśmiechem na twarzy "uciekamy z domu!" :D
Czytałem na Anonimowych sporo razy wyznania o "przeklętych moherach" i komentarze "jak ja nienawidzę moherów", "nie ma nic gorszego niż mohery". Ale co jakiś czas są też wyznania o "kochanych babciach" i wtedy komentarze "babcia jest najlepsza" itp.
Sam mam babcię w wieku ponad 80 lat. Tak, moja babcia też jeździ komunikacją miejską, również w godzinach szczytu. A to do lekarza specjalisty, a to do sparaliżowanego po wylewie dziadka, który przebywa w ośrodku opieki całodobowej, a to kupić coś trochę taniej na placu targowym, bo każdy grosz się liczy. Tak, moja babcia też często jest nie w humorze i zdarza jej się palnąć bezmyślnie coś niemiłego (potem ma wyrzuty sumienia i spać nie może). Ma duże problemy ze zdrowiem, intensywne bóle które towarzyszą jej nieprzerwanie długimi miesiącami, na które nie pomagają najmocniejsze środki przeciwbólowe. Owszem, z zewnątrz może wyglądać jak dynamiczna staruszka, ale każdy krok sprawia jej ból, często ma zawroty głowy. A u lekarzy spotyka się z lekceważeniem i poradami na zasadzie:
- Panie doktorze boli mnie noga, jak zginam...
- Nie zginać, następny proszę.
Do tego jest zrozpaczona, że nie może być na co dzień z dziadkiem. Nie jest lekko w takiej sytuacji zachować pogodę ducha.
Miejmy trochę wyrozumiałości dla "moherów", pamiętajmy że prawie każdy "moher" to czyjaś "kochana babcia". Łatwo kogoś oceniać na podstawie kilku niemiłych słów, nie znając jego życia. To często są wspaniałe osoby, tylko przytłoczone życiem i sfrustrowane problemami, żyjące w świecie, którego w dużej mierze nie rozumieją.
Kiedy byłam małym dzieckiem od czasu do czasu opiekowała się mną niania - sąsiadka z dołu. Uwielbiałam u niej przebywać, tak że nie było problemu, gdy rodzice zostawiali mnie u niej na kilka godzin.
Pewnego wieczoru, gdy zostałam u Marysi (niani), cały czas przeklinałam i byłam nie do zniesienia. Oczywiście przekleństw nauczyłam się od starszego brata i jego kolegów, którzy grając w piłkę rzucali niecenzuralnym słownictwem. Marysia powiedziała, że jak będę przeklinać to zamienię się w chłopca. KOSZMAR! No ale cóż, nie byłam naiwna, nie wierzyłam, więc dalej robiłam swoje.
Po jakimś czasie zasnęłam, a gdy się obudziłam postanowiłam sprawdzić, czy jestem chłopcem. Dotknęłam swoich kolorowych getrów... i miałam siusiaka! Groźby pani Marysi się spełniły. Rozpłakałam się i przysięgałam jej na wszystko, co się da, że nigdy w życiu nie przeklnę, będę grzeczna, itd. Prosiłam, żeby mnie odczarowała. Marysia powiedziała mi, że jestem grzeczna i skoro mam się zmienić, to zamieni mojego siusiaka w marchewkę. Spojrzałam do swoich getrów i zobaczyłam, że faktycznie mój siusiak zamienił się w marchewkę!
Korzystając z mojego twardego snu, niania włożyła mi do getrów marchewkę i dała mi nauczkę na całe dzieciństwo - po tym incydencie przeklinałam już tylko po cichu...
Gdy bardzo mała, rodzice zabierali mnie ze sobą na wakacyjne wypady do domku na wsi - ot dla relaksu. Jako że wolałam się bawić z dziećmi w swoim mieście, niż spędzać tam czas, zawsze gorąco protestowałam. W końcu moja mama wpadła na genialny pomysł, żeby w tej sytuacji wykorzystać moje zamiłowanie do słynnej bajki "Krecik" i wmawiała mi zawsze, że on tam na mnie czeka (jako dowód przedstawiała mi świeże kretowiska na miejscu) i że ciągle się pyta, kiedy przyjadę. Jak to małe dzieci mają w zwyczaju, uwierzyłam i w końcu zaczęłam z chęcią tam jeździć.
Pewnego razu znalazłam na jakiejś trawiastej drodze zdechłego kreta, znajdującego się w zaawansowanym stadium rozkładu i przyniosłam go spokojnie rozwiązującej sobie krzyżówki babci, rzucając jej go na kolana, rycząc przy tym niemiłosiernie, bo umarł MÓJ krecik. Nie wiem, kto krzyczał głośniej, ja z żalu, czy babcia z przerażenia...
Dodaj anonimowe wyznanie