Historia ta miała miejsce w zamierzchłych czasach pierwszych telefonów z kolorowym wyświetlaczem, w świecie, w którym bezwstydność budziła jeszcze zgorszenie, a tematy tabu naprawdę były tabu. Tak mniej więcej rok 2004. W tym czasie kończyłam trzecią klasę podstawówki - ja, złote dziecko, któremu w głowie nigdy nie zakiełkowała idea sprzeciwienia się rodzicom. Uosobienie posłuszeństwa i ogłady. I dziecięcej niewinności.
Był u nas w szkole pewien chłopak, za którym szalały właściwie wszystkie dziewczyny. W naszym mniemaniu niczego mi nie brakowało - przystojny był i całkiem sympatyczny. Oczywiście zadurzona byłam w nim także i ja, a owocem tej miłości był nasz niezwykle trwały jak na wczesną podstawówkę 'związek', który zakończył się po 42 dniach.
Tak się złożyło, że zeszliśmy się na przełomie stycznia i lutego, więc ten pierwszy i póki co ostatni raz w życiu miałam komu wysłać walentynkę. A w naszej szkole instytucja poczty walentynkowej działała wyjątkowo prężnie. Ja oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji i wysłałam mu aż dwie kartki.
Jak już wspominałam, byłam w tym czasie czysta i niewinna jak łza. Rodzice trzymali mnie krótko i chociaż miałam wielu starszych znajomych z podwórka jakoś nigdy nie zostałam uświadomiona w "tych" sprawach. Słowo "seks" gdzieś kiedyś usłyszałam, pewnie w jakimś filmie, ale wiązałam je z miłością ogólnie pojętą i całowaniem, które samo w sobie było dla mnie czymś "dużym". Na fali tych wszystkich przeżyć i chęci wykazania się oryginalnością obie walentynki podpisałam słowami... "Bogini Seksu". Tak, oto ja, moi drodzy, jedenastoletnia bogini seksu!
Oczywiście cała szkoła miała ze mnie później bekę, bo jakoś inni odróżniali seks od pocałunku i wiedzieli, że "Bogini Seksu" to niekoniecznie to samo, co "Bogini Miłości" (a mnie właśnie o to drugie chodziło). A że mój luby zaliczał się do szkolnych żartownisiów to wieść o mojej "wpadce" rozniosła się niebywale szybko. No cóż, życie. A ja tylko chciałam być jego Afrodytą.
Jako iż dużo jeżdżę samochodem w pracy, stoję także dużo na światłach. Może nic interesującego, ale jednak. Dzisiaj, stojąc i czekając na zielone, przede mną stał ładny czarny Mercedes. Jako iż przed światłami znajduje się przejście dla pieszych, zauważyłem pewnego pana z wózkiem, takim dla osób niepełnosprawnych, które chodzą podtrzymując się na nim.
Ów pan nie mógł poradzić sobie z wejściem na krawężnik, zauważyłem to w sumie dość przypadkowo, ponieważ cały czas patrzyłem na sygnalizację. Co prawda było już zielone światło i tak spoglądam na przejście dla pieszych, a ten pan dalej nie mógł sobie poradzić.
W pewnym momencie z Mercedesa wysiadł kierowca, młody człowiek około 25 lat.
Podszedł do tego pana i pomógł mu wejść na chodnik. Niby nic wielkiego, ale zrobiło mi się tak jakoś miło, że są dobrzy ludzie na tym świecie. Gdybym tylko nieco wcześniej zauważył tego pana, sam bez chwili zastanowienia wyszedłbym z auta i mu pomógł.
Czasem po rozmowie telefonicznej z moim chłopakiem, po zakończeniu połączenia on dzwoni do mnie jeszcze raz, tylko aby powiedzieć mi 'kocham cię'. Bywa tak, że kiedy odbieram od niego połączenie, mówię jak najszybciej 'kocham Cię, słoneczko/misiu', żeby zrobić to pierwsza i mieć satysfakcję, że jestem 'szybsza'. Dziwne, ale wciąż urocze.
Tak było i tym razem. Kilka sekund po zakończonej rozmowie, dzwoni telefon, bez spojrzenia na ekran odbieram i mówię:
- Kocham cię, słoneczko. Bardzo, bardzo.
Po drugiej stronie cisza. Po chwili słyszę:
- Dziękuję. Zastanawia mnie jak bardzo będziesz mnie kochać, kiedy ci powiem, że naszą lekcję musimy przełożyć na 9:00, bo później mam pilny wyjazd.
Tak, to był gruby głos mojego nauczyciela, który daje mi lekcje nauki na pianinie. Nie muszę mówić jak bardzo było mi głupio i jak plątałam się w przeprosinach i wyjaśnieniach. Kiedy mój chłopak usłyszał tą historię, dosłownie turlał się ze śmiechu.
Od tego czasu 3 razy patrzę na ekran, zanim odbiorę połączenie i odezwę się pierwsza.
Jakieś 12 lat temu byłam na wczasach z moimi rodzicami i starszym bratem w górach. Pewnego dnia, postanowiliśmy pojechać zwiedzić jedno z licznych tam muzeów. Wchodzimy całą naszą czwórką i podchodzimy do pana, który sprzedaje bilety. Tata prosi o 2 bilety normalne, jeden ulgowy dla brata oraz mówi że ja nie skończyłam jeszcze 6 lat (do 6 lat dzieci wchodziły tam za darmo). Zrobiłam się od razu cała czerwona i oburzona, że mój własny ojciec nie pamięta ile mam lat, więc głośno oraz stanowczo mówię: "Masz tylko dwójkę dzieci, a nie pamiętasz, że mam 8 a nie 6 lat?".
Historia o tym, jak straciłam swoją życiową szansę... Było już mocno po południu, kiedy wracałam do domu. Mieszkam na uboczu, więc 4 przystanki podjeżdżam autobusem, a potem muszę iść jeszcze około 2 kilometrów z buta (chyba że ktoś się zlituje i przyjedzie po mnie). Tamtego dnia akurat musiałam wracać pieszo.
Jeszcze w autobusie poczułam ból brzucha. Trochę się zaniepokoiłam, ale pomyślałam sobie, że dam radę. Wysiadam, idę w miarę szybkim krokiem. Brzuch boli coraz mocniej, czuję, że natychmiast muszę do toalety. Po jakichś stu metrach byłam już tak zdesperowana, że zaczęłam szukać chusteczek po kieszeniach i jakiegoś przytulnego miejsca. A tu trochę domy, trochę krzaki, ale widoczne z ulicy, która nie jest szczególnie ruchliwa, ale zawsze. Spinam się więc jeszcze bardziej w sobie i przyspieszam, co jednak okazuje się nie być dobrym rozwiązaniem.
Po przejściu mniej więcej połowy drogi zobaczyłam chłopaka, którego w tym momencie najmniej chciałabym widzieć, chociaż zwykle jest obecny cały czas w moich myślach. No i niespodzianka, zagadał, zatrzymał mnie na rozmowę. Chyba się zbierał, żeby mnie gdzieś zaprosić. Normalnie skakałabym ze szczęścia, a tu nie mogłam w obawie o wiecie co. Brzuch z tego przejęcia, że ja go kocham już kilkanaście miesięcy, a on mnie w końcu zauważył, zaczął boleć jeszcze mocniej i poczułam, że naprawdę zaraz nie wytrzymam. I wiecie co mu powiedziałam? "Nie mogę się zatrzymać, bo się zaraz zesr*m".
Minęły już cztery dni, a on nic. Chyba nasz związek skończył się szybciej, niż się zaczął...
Historia z czasów podstawówki. WF miałyśmy z praktykantem - młody, przystojny, dwudziestoparoletni mężczyzna. Skok przez skrzynię. Jako 12 letnia dziewczynka byłam malutka i chudziutka, dlatego też nie mogłam przeskoczyć owej skrzyni. Młody wuefista, krzyczał "nogi szerzej, nogi szerzej", ja nie dawałam rady, w końcu nadszedł moment, gdy moje zdenerwowanie sięgało maksimum, stanęłam i stanowczym głosem odpowiedziałam: "Mama mi nie pozwoliła rozkładać nóg!". Młody wuefista zaczął się śmiać, nie wiedziałam o co mu chodzi, po paru latach dopiero zrozumiałam...
Sytuacja miała miejsce dobrych parę lat temu w czasach studenckich. Mieszkałem razem z dwoma kolegami, mieliśmy dwa pokoje oraz salon-kuchnię. Pewnego razu, jeden z kolegów poinformował nas, że jego o rok młodsza siostra zatrzyma się u nas na noc. Nie mieliśmy z tym najmniejszego problemu, miała spać na sofie w salonie.
Tej nocy wstałem około godziny 3 z zamiarem nalania sobie szklanki wody w kuchni. Gdy wszedłem do naszego kuchnio-salonu i zapaliłem światło, zobaczyłem mojego kumpla i jego siostrę, nagich, leżących na sobie na sofie. Był to dla mnie wielki szok, obróciłem się na pięcie i wróciłem do łóżka, zrezygnowałem z wody. Gdy rano wstałem siostry już nie było.
Nigdy nie poruszałem tego tematu i udawałem że nic takiego nigdy się nie stało, a drugiemu koledze nic nie powiedziałem na ten temat. Mam nadzieję, że kolega kłamał i nie była to jego siostra... tylko po co? Zawsze przyprowadzaliśmy swoje "koleżanki" bez problemów. Do dzisiaj mnie to zastanawia.
W liceum moja klasa chodziła na podstawową biologię. Nauczycielka, pani Czesława, była bardzo specyficzna, na tyle że często wrabialiśmy ją i podpuszczaliśmy. Tego dnia chciała pokazać nam prezentację na laptopie.
Narzekając na kiepską informatyzację naszych sal, rozgadała się że w innej szkole, w której uczy, tablica jest interaktywna i wystarczy w nią pukać i zastępuje to laptopa i myszkę. Przewodniczący naszej klasy niewiele myśląc palnął, że u nas też tak jest. Ponieważ nauczycielka nie dowierzała, włączył prezentację, podłączył laptopa do rzutnika i skierował go na białą, starą tablicę, zasiadając przy laptopie.
Czesia podeszła do tablicy i niewiele myśląc puknęła w czerwony krzyżyk widoczny u samej jej góry. Sprytny przewodniczący w tej samej chwili zamknął okienko na laptopie.
- Jezus, Maria! - krzyknęła zdziwiona Czesia i już do końca lekcji pukała w tablicę, szczęśliwa, że działa w idealny sposób na jej polecenia.
Niestety idylla trwała tylko jedną lekcję, bo na następnej okazało się, że jakimś sposobem tablicę interaktywną, zastąpiła całkiem zwyczajna. Przewodniczącego tego dnia nie było w szkole.
Pewnego razu wracałyśmy z koleżanką z pracy jej samochodem. Często przed pierwszymi światłami na trasie tworzą się spore korki, gdyż jeden pas zajmuje dodatkowo postój taksówek. A w tym dniu to był istny horror, stoimy, stoimy, silnik się grzeje, a tu nic się do przodu nie posuwa. Po dobrych kilku minutach podjeżdża rowerzysta i puka w okno od strony kierowcy, "pewnie chce zapytać o drogę" przeszło mi przez myśl. Koleżanka uchyliła szybę, a on: "A dlaczego panie stoicie na postoju taksówek?". Tak, obie jesteśmy blondynkami. Dzięki temu rowerzyście nie stoimy tam do teraz ;)
Pół roku temu poznałam na imprezie chłopaka. Był miły i widać, że odpowiedzialny i pomocny. Naprawdę fajnie nam się rozmawiało, bardzo mi się spodobał i domyślałam się, że on czuł to samo.
Kilka dni później postanowiliśmy się spotkać. Gdy tylko stanął obok mnie, miałam ochotę uciec, tak strasznie od niego śmierdziało. Naprawdę nie mogłam wytrzymać, to było nie do zniesienia!
Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć, było mi naprawdę głupio, bo można było zauważyć, że inaczej się zachowywałam. To było nasze pierwsze spotkanie we dwoje i zarazem ostatnie, bo okazało się, że ma dziewczynę.
Jak tak teraz to wspominam to w sumie mogłam od razu się domyślić, że śmierdzi kłamstwem...
Dodaj anonimowe wyznanie