#EVu7P

Gdy byłam mała, moimi ulubionymi cukierkami były Michałki. Mam o trzy lata starszego brata - Michała, do którego byłam strasznie przywiązana. Zresztą, nadal jestem. Mój brat często wkręcał mnie, że Michałki robi się z Michałów, więc on pewnego dnia również będzie musiał iść "pod nóż". 

Pewnego dnia, gdy wróciłam ze sklepu bez ulubionych słodyczy, mój brat zaczął się ubierać, po czym powiedział, że dzisiaj jest jego kolej. Michałki w całym kraju się skończyły, więc muszą ich dorobić, używając do tego Michałów. Pokazał mi nawet fejkowe "wezwanie" do stawienia się na rzeź. Ja w płacz, zaczęłam go przytulać i prosić, żeby mnie nie opuszczał. Próbował pójść, ale przyczepiłam się do jego nogi. 

Wtedy weszła mama i zapytała mnie, dlaczego tak płaczę. Za ten żart, Michał dostał niezły szlaban, a ja już przestałam tak bardzo lubić Michałki.

#5wqR0

Chodziłam do 4 klasy podstawówki i mieliśmy wyjazd jakiejś grupki z katechetką do Zakopanego. Całe dwa tygodnie bez rodziców, no czyste szaleństwo :) Chodziliśmy po górach, zwiedzaliśmy różne schroniska i inne atrakcje, jednym słowem było extra. Do pewnego momentu...

Pamiętam jak dziś... dzień odwiedzin rodziców, wszystkie dzieciaki zaaferowane żeby pochwalić się rodzicom pamiątkami zakupionymi i ogólnie opowiedzieć co porabiały. Ale był jeden warunek - trzeba było najpierw zjeść obiad. Na obiad zupa jarzynowa, zjadliwa bo wszyscy zjedli. Lecz na drugie danie znienawidzone przeze mnie klopsy mięsne w sosie pomidorowym z kaszą.

Wszyscy jedzą a ja nic... ani tego kijem nie ruszę. Podchodzi do mnie opiekunka i wywiązuje się między nami dialog:

- A czemu Ty nie jesz?
- Bo ja proszę Pani bardzo nie lubię klopsów i niestety nie zjem (nieszczęśliwa mina)
- Ale to chociaż połowę.
- Ja tego nie zjem bo nie lubię!
- Ale musisz! Wszyscy jedzą to Ty też zjesz.
- (ja już w nerwach) Absolutnie nie zjem!
- W takim razie nie zobaczysz się z rodzicami! Warunkiem jest zjedzenie obiadu a ty go zjeść nie chcesz, więc z rodzicami się nie zobaczysz.

Kiedy to usłyszałam teatralnie zalałam się łzami, cała się trzęsłam i autentycznie myślałam że chyba umrę jak z rodzicami się nie zobaczę. Rozszlochałam się na dobre a jak wiadomo dziecko nie płacze z zamkniętą buzią więc pani opiekunka wpadła na genialny pomysł wepchania mi tego jedzenia na siłę do buzi. Efekt... stół, koleżanka siedząca obok, podłoga, opiekunka, ja - wszystko wyglądało jak kadr z filmu "Egzorcysta". Najlepiej wyglądała owa pani opiekunka - zwymiotowanego klopsa miała nawet we włosach. 

Rodzice jak się dowiedzieli co mi się stało dali reprymendę opiekunce a następnie mnie spakowali i zabrali do domu. Teraz mam 28 lat a nikt nie jest w stanie namówić mnie na zjedzenie klopsa ;)

#nbmgV

Znacie ten moment, kiedy jesteście w sklepie i sprzedawczyni mówi: "Będę winna grosika"? Tak? Ja też. Założę się, że wkurza was to tak samo jak mnie.

Ostatnio ponownie spotkała mnie taka sytuacja. Sprzedawczyni powiedziała do mnie: "Będę winna dwa grosze" i zajęła się następnym klientem. Następnego dnia, ponownie byłam w tym sklepie. Kupiłam kilka rzeczy, gdy sprzedawczyni wydała mi resztę, zapytałam niewinnie: "A te dwa grosiki ze wczoraj to mogłaby mi pani oddać?". Sprzedawczyni spojrzała na mnie wilkiem, ignorując pytanie.

Na nic moja próba odzyskania majątku - sprzedawczyni twardo się postawiła. Dałam sobie spokój. A sprzedawczyni po kilku dniach ponownie przywłaszczyła sobie mojego grosika. Byłam wściekła, no ale co. 

Po jakimś czasie ponownie zrobiłam zakupy w tym sklepie. Zapłaciłam ileś tam złotych i 9 groszy. A raczej miałam zapłacić. Sprzedawczyni, mój arcywróg, zapytała się:
- Ma pani może 9 groszy?
Spojrzałam do portfela i odparłam:
- Nie, nie mam.
Ona na to:
- No trudno, proszę dać 10 groszy, będę winna grosika.
Z wściekłością zgarnęłam swoje zakupy i schowałam portfel do torebki. Odchodząc od kasy, rzuciłam:
- Nie, to ja będę winna 9 grosików.

Tak ją zatkało, że nawet nie zaprotestowała. A ja się cieszę, że w końcu jej się postawiłam :)

#1vE1C

Jak zawsze co sobotę, po zakupach w Biedronce, wracałem do domu. Moją uwagę przykuła suczka owczarka niemieckiego. Widać było że jest zadbana, ale wyglądała na przestraszoną i nie było widać nigdzie właściciela. Od razu domyśliłem się, że się zgubiła. Dziwnym przypadkiem stała obok słupa, na którym była przywieszona karteczka "Uciekła suczka owczarka niemieckiego". Zadzwonilem na numer i poprosiłem o przyjazd, bo znalazłem "zgubę". 

Pani przyjechała i od razu rozpłakała się. Zaczęła dziękować i wręczyła mi kopertę z nagrodą (normalnie nie przyjąłbym jej, ale mam taki okres że te 100zł bardzo mi się przyda). Widziałem wiele szczęśliwych osób w życiu, ale mina kobiety po tym jak zobaczyła swoją suczkę wzruszyła mnie :)

#CsbzV

Zarówno ja, jak i mój luby należymy do ludzi roztargnionych, którym co i rusz przytrafiają się dziwne sytuacje, wpadki i wypadki. Nasi przyjaciele śmieją się z nas, że lepiej będzie dla ludzkości, jeśli nie będziemy mieli dzieci, bo z takiej mieszanki nie wiadomo, co wyjdzie. Ale my się nie przejmujemy, umiemy się z siebie śmiać i dobrze nam ze sobą, bo wspieramy się w swojej głupocie.

No i odnośnie potencjalnej prokreacji - pewnego pięknego dnia postanowiliśmy wypróbować nową pozycję. Wyglądało to tak, że ja klęczałam na krześle z dłońmi na oparciu, on stał za mną. Ale my jak to my, nie pomyśleliśmy, że fizyka nie jest po naszej stronie i że dla naszego zdrowia, życia i godności lepiej by było gdyby oprzeć krzesło o ścianę czy biurko, żeby się nie chybotało. 

Podczas naszych uniesień tak mnie uniosło, że poleciałam do przodu razem z krzesłem i uderzyłam się głową w szafkę. Nie wiem ile zajął mi powrót do rzeczywistości, ale obudził mnie przerażony głos ukochanego: "Proszę, proszę, powiedz, że nic ci nie jest, ja nie chcę wzywać karetki!". Ale na szczęście obyło się bez interwencji sanitariuszy.

#ceovG

Siedem lat temu urodził mi się brat. Mama na porodówce, gdy usłyszała, że to chłopiec, aż nie uwierzyła (ma nas 5 córek), powiedziała do pielęgniarki "Niech mi pani pokaże", a po chwili "O kurczę rzeczywiście!". Na to pielęgniarka pyta: "A czemu pani taka zdziwiona". Mama jej na to, że ma w domu pięć córek. W odpowiedzi usłyszała: "A to wszystkie jednego ojca?". 

Jakiś czas później zadzwoniła do taty, który był w delegacji. Zadzwoniła nad ranem, dzwoni i mówi "Cześć, a kochasz mnie? Jestem w szpitalu, masz syna". Na to tata zerwał się z łóżka rozbudzony i krzyczy "Mam syna, mam syna!", obudził wszystkich kolegów. Jak wrócił to radości nie było końca. Mama wróciła ze szpitala, poszli do dziadka i babci, rodziców taty. Dziadek się aż popłakał, ma tylko jednego wnuczka, a 12 wnuczek.  :)

#cn0Ae

Zawsze byłam ambitnym dzieckiem, uczących się ponad miarę i starałam się pokazywać z jak najlepszej strony, zwłaszcza nauczycielom w czasach szkolnych.

Gdy byłam w 4 klasie podstawówki przerabialiśmy dział o układzie rozrodczym człowieka, jak i również okresie dojrzewania. Materiał wykuty na blachę, byłam przygotowana ze wszystkiego, recytowałam z pamięci każdą notatkę z zeszytu (swoją drogą, teraz uważam to za bezsensowne, jednak nasz system edukacyjny bardziej docenia umiejętność kopiowania słów nauczyciela niż własne myślenie, a przynajmniej tak było w mojej szkole).

Nadszedł czas sprawdzianu. Jedno z zadań to było wyjaśnienie definicji i moja grupa dostała m.in. pojęcie: "polucje". Szybko odszukałam w głowie stronę i miejsce, w którym miałam to zapisane (taki jest mój system nauki :)) i napisałam wszystko, co miałam zanotowane: wytrysk nasienia. Jednak mój mały móżdżek nie był do końca zadowolony z odpowiedzi. Taka jakaś krótka była, mało wyczerpująca. Postanowiłam wzbogacić i zapunktować u nauczycielki. Mój umysł dziecięcy nie wiedział co to to nasienie i skąd ono się bierze, więc skojarzyłam wytrysk z wypryskami na twarzy. Dumna z siebie i swojej "ponadprzeciętnej inteligencji" dopisałam coś i moje rozwiązanie brzmiało: "wytrysk nasienia na twarzy".

Waszej wyobraźni zostawiam wyobrażenie sobie twarzy mojej nauczycielki, kiedy oddawała mi pracę i tłumaczyła, że nie trzeba było nic dopisywać, bo to nie na twarzy. Dopiero po kilku latach zorientowałam się na czym polegał mój błąd i skąd taka reakcja nauczycielki.

#RieNp

Wczoraj przyszłam do mojego dziadka z prezentem z okazji jego urodzin. Prezent śliczny, czekolada, kartka, życzenia, wszystko pięknie gdyby nie to, że przyszłam 11 dni za późno! Nie mam pamięci do dat, ale mieszkam z dziadkiem w sumie w jednym domu. Zaczęłam płakać, przepraszać, no bo przecież powinnam pamiętać o takich rzeczach. Wtedy dziadek mnie przytulił i powiedział: "Nie martw się, jesteś jedyną osobą, która pamietała...".

Było to dla mnie naprawdę smutne, bo wspomnę tylko, że moj dziadek oprócz mnie ma 4 wnuków, 3 synów, a z jednym mieszka w jednym domu...

#70kDg

Historia ta miała miejsce w zamierzchłych czasach pierwszych telefonów z kolorowym wyświetlaczem, w świecie, w którym bezwstydność budziła jeszcze zgorszenie, a tematy tabu naprawdę były tabu. Tak mniej więcej rok 2004. W tym czasie kończyłam trzecią klasę podstawówki - ja, złote dziecko, któremu w głowie nigdy nie zakiełkowała idea sprzeciwienia się rodzicom. Uosobienie posłuszeństwa i ogłady. I dziecięcej niewinności.

Był u nas w szkole pewien chłopak, za którym szalały właściwie wszystkie dziewczyny. W naszym mniemaniu niczego mi nie brakowało - przystojny był i całkiem sympatyczny. Oczywiście zadurzona byłam w nim także i ja, a owocem tej miłości był nasz niezwykle trwały jak na wczesną podstawówkę 'związek', który zakończył się po 42 dniach.

Tak się złożyło, że zeszliśmy się na przełomie stycznia i lutego, więc ten pierwszy i póki co ostatni raz w życiu miałam komu wysłać walentynkę. A w naszej szkole instytucja poczty walentynkowej działała wyjątkowo prężnie. Ja oczywiście nie mogłam przepuścić takiej okazji i wysłałam mu aż dwie kartki.

Jak już wspominałam, byłam w tym czasie czysta i niewinna jak łza. Rodzice trzymali mnie krótko i chociaż miałam wielu starszych znajomych z podwórka jakoś nigdy nie zostałam uświadomiona w "tych" sprawach. Słowo "seks" gdzieś kiedyś usłyszałam, pewnie w jakimś filmie, ale wiązałam je z miłością ogólnie pojętą i całowaniem, które samo w sobie było dla mnie czymś "dużym". Na fali tych wszystkich przeżyć i chęci wykazania się oryginalnością obie walentynki podpisałam słowami... "Bogini Seksu". Tak, oto ja, moi drodzy, jedenastoletnia bogini seksu!

Oczywiście cała szkoła miała ze mnie później bekę, bo jakoś inni odróżniali seks od pocałunku i wiedzieli, że "Bogini Seksu" to niekoniecznie to samo, co "Bogini Miłości" (a mnie właśnie o to drugie chodziło). A że mój luby zaliczał się do szkolnych żartownisiów to wieść o mojej "wpadce" rozniosła się niebywale szybko. No cóż, życie. A ja tylko chciałam być jego Afrodytą.

#bRCQJ

Jako iż dużo jeżdżę samochodem w pracy, stoję także dużo na światłach. Może nic interesującego, ale jednak. Dzisiaj, stojąc i czekając na zielone, przede mną stał ładny czarny Mercedes. Jako iż przed światłami znajduje się przejście dla pieszych, zauważyłem pewnego pana z wózkiem, takim dla osób niepełnosprawnych, które chodzą podtrzymując się na nim.

Ów pan nie mógł poradzić sobie z wejściem na krawężnik, zauważyłem to w sumie dość przypadkowo, ponieważ cały czas patrzyłem na sygnalizację. Co prawda było już zielone światło i tak spoglądam na przejście dla pieszych, a ten pan dalej nie mógł sobie poradzić.

W pewnym momencie z Mercedesa wysiadł kierowca, młody człowiek około 25 lat.
Podszedł do tego pana i pomógł mu wejść na chodnik. Niby nic wielkiego, ale zrobiło mi się tak jakoś miło, że są dobrzy ludzie na tym świecie. Gdybym tylko nieco wcześniej zauważył tego pana, sam bez chwili zastanowienia wyszedłbym z auta i mu pomógł.
Dodaj anonimowe wyznanie