Studiowałam zaocznie w Lublinie kilka lat temu i często wracałam do domu busem. Któregoś dnia podszedł do mnie mlody chlopak, około 22-23 lat, i poprosił o 5 zł, bo spóżnił się na autobus, a zaraz będzie jechał pospieszny przez jego miejscowość i on nie ma na dopłatę pomiędzy biletem zwykłym a pośpiesznym. Był skromnie, ale czysto ubrany, z plecakiem. Pomyślałam, że to nowy sposob wyciągania kasy od ludzi, ale dałam mu banknot 10-zlotowy (drobnych nie miałam), bo dobrze mu z oczu patrzylo. Ale tu odezwał się mój diabelski charakter i skomentowałam dość nieładnie cel, na jaki pewnie pójdą te pieniądze.
Dwa tygodnie później, wracając z zajęć, znów czekałam na busa. Było straszliwie zimno, jakieś -20 stopni, ja miałam do busa prawie godzinę i pieniądze wyliczone tylko na bilet, gdyż jako samotna matka dwóch córek ledwo wiązałam koniec z końcem. Jakież bylo moje zdziwienie, kiedy ktoś dotknął mojego ramienia, odwróciłam się i stanęłam oko w oko z chłopakiem, któremu dałam pieniądze! Wyjął z portfela 10 zł i wcisnął mi je do ręki i odszedł pogwizdując wesoło. Dłuższą chwilę zajęło mi dojście do siebie.
Od tamtego czasu nie oceniam tak łatwo ludzi, a gdy głupi komentarz ciśnie mi się na usta to się powstrzymuję.
Moja dziewczyna niedawno zdała prawo jazdy. Wiedząc jak jeździ nie pożyczam jej swojego auta, bo najzwyczajniej w świecie boję się o swój wóz. Tłumaczę się starym tekstem, że samochodu ani dziewczyny się nie pożycza.
Jej dziadkowie obiecali, że jak odbierze wymarzony dokument to kupią jej samochód.
Ostatnio luba musiała zawieźć babcię do lekarza samochodem dziadka. Dwa dni później dostała od dziadków wiadomość, że jednak nie kupią jej auta, bo boją się o jej życie.
Ostatnio w mojej rodzinie odbyło się wesele. Moja mama i babcia kupiły sobie przypadkowo takie same sukienki, po czym pokłóciły się która ma kupić inną i poobrażały się. Jako że to bardzo honorowe istoty ostatecznie każda kupiła kolejną sukienkę, które znowu były takie same... Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jak to bywa w mieszkaniach studenckich, na każdego przychodzi kolej sprzątania, kupowania środków czystości, itp. Jako że u nas mieszkały 4 dziewczyny, to co jakiś czas musiałyśmy kupować coś na zatkany odpływ w prysznicu. Był ranek po imprezie, poszłam do osiedlowego sklepu i mówię do pana:
- Dzień dobry, czy ma pan coś na zatkany odbyt?
- Dzień dobry. Yyy odbyt?
- Tak. Odbyt!
- Nie bardzo rozumiem, o jaki odbyt pani chodzi...
- No taki w prysznicu... (tu uświadomiłam sobie, co powiedziałam)
- Aaaa chodzi pani o odpływ!
Pan dał mi popularnego "kreta" i już nigdy więcej mnie nie zobaczył.
Parę lat temu poznałam chłopaka. Choć jest on ode mnie o prawie 3 lata młodszy, nie przeszkadza mi to. Razem chodzimy do kina, na zakupy, śpimy u siebie nawzajem, dużo rozmawiamy, obgadujemy innych, no robimy wszystko to co robią... przyjaciele. Tak, przyjaciele. Na początku naszej znajomości, wymogłam na nim przyrzeczenie, że nigdy nie zakochamy sie w sobie, by nie popsuć tego co nas łączy.
Czemu o tym piszę? Bo teraz jestem po uszy w nim zakochana, a słucham o jego pierwszym razie z jego dziewczyną. Cieszę się z jego szczęścia, nie chcę popsuć jego związku, bo to byłby szczyt chamstwa z mojej strony. Po prostu dalej jestem dla niego najlepszą przyjaciółką i żyję z nadzieją, że on kiedyś poczuje do mnie to co ja do niego. Cześć, jestem dziewczyną i utknęłam w friendzone na własne życzenie.
Każdy chyba był mały i nie rozumiał pewnych zwrotów. Tak było i u mnie. Wprowadzili się do bloku nowi sąsiedzi, mieszkanie tuż pode mną. Co jakiś czas żona sąsiada krzyczała. Jako mała dziewczynka się ciekawiłam, co może się tam dziać, skoro ta pani krzyczy, więc po kilku takich sytuacjach poszłam z tym do rodziców.
Akurat byli u nas goście. Wchodzę do pokoju i ze smutkiem mówię "Mamo, ten nowy sąsiad chyba bije swoją żonę". Zrobiła się cisza a mama zapytała: "Dlaczego tak myślisz?". Na co ja odpowiedziałam: "Bo co jakiś czas ta pani krzyczy bardzo głośno, a przed chwilą krzyknęła - tylko nie w dupę".
Do dzisiaj mi to wypominają :-)
Dawno dawno temu, gdy chodziłem jeszcze do przedszkola, na zastępstwo za panią od religii przyszedł ksiądz. Nie miał większego doświadczenia z dziećmi, więc trudno mu było całą zgraję krzyczących dzieciaków ogarnąć. Po paru minutach w końcu mu się udało. Standardowo zmówiliśmy 'Ojcze Nasz' i ksiądz zaczął swoje nauczanie. Mówił, jak Bóg stworzył świat, jak powstał człowiek, dlaczego Jezus został ukrzyżowany. Jednym słowem szybkie streszczenie Biblii.
Pod koniec lekcji, przyszła pani katechetka. Ksiądz zadowolony mówi:
- Dzieci, pokażemy pani czego się dziś nauczyłyście. Co ma człowiek?
Nikt nie wie, co powiedzieć, niektórzy mówili rękę, nogę, oko, ale ksiądz za każdym razem mówił nie. Pani katechetka stwierdziła, że pomoże.
- No dzieci, człowiek ma du..., du... ?
Na co dzieci chórem
- DUPĘ!
Mój ojciec jest nieudacznikiem. Do żadnej pracy się nie nadaje. Wujek Mirek (jego brat) o tym wie, ale trzyma go u siebie w firmie, tylko dlatego że on sobie innej pracy nie znajdzie, a mama sama nie utrzyma rodziny. W domu ojciec też nic nie potrafi zrobić. Nawet gary jak myje, to zawsze są niedomyte. Wiem, że to mój ojciec, ale ciężko z kimś takim żyć pod jednym dachem. A do tego lubi sobie wypić. Tak więc wszystkie remonty i naprawy w naszym domu wykonuje wujek Mirek.
Moi rodzice są po ślubie 23 lata. Któregoś dnia mama wraca zmęczona z pracy, a ojciec siedzi przed telewizorem z piwem, do tego wszędzie syf, pełno garów w zlewie, żadnego obiadu i wybucha ogromna awantura, cały blok mamę słyszy. Kłócą się dosłownie o wszystko i w pewnym momencie ojciec się pyta mamy "to po co za mnie wyszłaś, skoro jestem taki beznadziejny" na co mama odpowiada, wręcz krzyczy "bo chciałam być bliżej Mirka, miałam nadzieje, że się we mnie zakocha, że cię zostawię i będę z nim, ale okazało się, że jestem z tobą w ciąży, to już nie było odwrotu i musiałam za ciebie wyjść.".
Po tych słowach zapadła niezręczna cisza. Zawsze zlewałam ich kłótnie, pokłócą się i im przejdzie, ale jak to usłyszałam to się zakrztusiłam herbatą którą właśnie piłam. Wyszłam z pokoju, oboje się na siebie patrzyli, potem ojciec spojrzał na mnie, podszedł do szafy wyjął torbę i zaczął się pakować. Mama zaczęła płakać, a ja nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Ojciec wyprowadził się do babci i złożył pozew o rozwód.
Wujek Mirek o niczym nie wie, babcia myśli, że po prostu im się już nie układa, a mi jest cholernie żal ojca, bo jest jaki jest, ale nikt nie zasługuje na to by przez tyle lat być oszukiwanym. I tak o to posypała mi się rodzina... Piszę to tylko dlatego, żebyście nigdy nie oszukiwali ludzi, a tym bardziej nie żenili się z kimś jeśli go, albo jej, nie kochacie...
Gdy byłam mała, moimi ulubionymi cukierkami były Michałki. Mam o trzy lata starszego brata - Michała, do którego byłam strasznie przywiązana. Zresztą, nadal jestem. Mój brat często wkręcał mnie, że Michałki robi się z Michałów, więc on pewnego dnia również będzie musiał iść "pod nóż".
Pewnego dnia, gdy wróciłam ze sklepu bez ulubionych słodyczy, mój brat zaczął się ubierać, po czym powiedział, że dzisiaj jest jego kolej. Michałki w całym kraju się skończyły, więc muszą ich dorobić, używając do tego Michałów. Pokazał mi nawet fejkowe "wezwanie" do stawienia się na rzeź. Ja w płacz, zaczęłam go przytulać i prosić, żeby mnie nie opuszczał. Próbował pójść, ale przyczepiłam się do jego nogi.
Wtedy weszła mama i zapytała mnie, dlaczego tak płaczę. Za ten żart, Michał dostał niezły szlaban, a ja już przestałam tak bardzo lubić Michałki.
Chodziłam do 4 klasy podstawówki i mieliśmy wyjazd jakiejś grupki z katechetką do Zakopanego. Całe dwa tygodnie bez rodziców, no czyste szaleństwo :) Chodziliśmy po górach, zwiedzaliśmy różne schroniska i inne atrakcje, jednym słowem było extra. Do pewnego momentu...
Pamiętam jak dziś... dzień odwiedzin rodziców, wszystkie dzieciaki zaaferowane żeby pochwalić się rodzicom pamiątkami zakupionymi i ogólnie opowiedzieć co porabiały. Ale był jeden warunek - trzeba było najpierw zjeść obiad. Na obiad zupa jarzynowa, zjadliwa bo wszyscy zjedli. Lecz na drugie danie znienawidzone przeze mnie klopsy mięsne w sosie pomidorowym z kaszą.
Wszyscy jedzą a ja nic... ani tego kijem nie ruszę. Podchodzi do mnie opiekunka i wywiązuje się między nami dialog:
- A czemu Ty nie jesz?
- Bo ja proszę Pani bardzo nie lubię klopsów i niestety nie zjem (nieszczęśliwa mina)
- Ale to chociaż połowę.
- Ja tego nie zjem bo nie lubię!
- Ale musisz! Wszyscy jedzą to Ty też zjesz.
- (ja już w nerwach) Absolutnie nie zjem!
- W takim razie nie zobaczysz się z rodzicami! Warunkiem jest zjedzenie obiadu a ty go zjeść nie chcesz, więc z rodzicami się nie zobaczysz.
Kiedy to usłyszałam teatralnie zalałam się łzami, cała się trzęsłam i autentycznie myślałam że chyba umrę jak z rodzicami się nie zobaczę. Rozszlochałam się na dobre a jak wiadomo dziecko nie płacze z zamkniętą buzią więc pani opiekunka wpadła na genialny pomysł wepchania mi tego jedzenia na siłę do buzi. Efekt... stół, koleżanka siedząca obok, podłoga, opiekunka, ja - wszystko wyglądało jak kadr z filmu "Egzorcysta". Najlepiej wyglądała owa pani opiekunka - zwymiotowanego klopsa miała nawet we włosach.
Rodzice jak się dowiedzieli co mi się stało dali reprymendę opiekunce a następnie mnie spakowali i zabrali do domu. Teraz mam 28 lat a nikt nie jest w stanie namówić mnie na zjedzenie klopsa ;)
Dodaj anonimowe wyznanie