Moi rodzice wyjechali do Włoch w sprawach biznesowych, więc dom został pod moją opieką. Stwierdziłam, że zrobię domówkę dla najniższych znajomych. Jak pomyślałam tak zrobiłam.
Wszystko pięknie, w domu mam dziesięć osób, większość już w stanie wiecznej głupaki. Około 23 musiałam wyjść z psem, no to stwierdziłam, że nic się nie stanie jak zostawię ich na 15 minut samych. Przy drzwiach mam domofon i zestaw przycisków, by otwierać bramę/garaż/piwnicę, włączyć światła + alarm. No to otwieram przyciskiem drzwi z piwnicy, bo mój pies ma tam kojec. Ze mną poszło dwóch chłopaków, w domu zostało 7 osób.
Mieszkam w części miasta gdzie są pola, więc tam poszliśmy z psem. Już powoli wracamy, gdy gdzieś w oddali słychać alarm przeciwwłamaniowy. Jakoś nikt z nas się tym specjalnie nie przejął, więc spokojnie wracaliśmy do mojego domu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy pod moim domem stały dwa wozy firmy ochroniarskiej, której pracownicy próbowali dostać się do mojego domu.
Co się okazało? Moi znajomi chcieli się przekonać do czego służą wszystkie przyciski, a gdy naciśnie się na alarm, to powiadomienie pojawia się w firmie ochroniarskiej i na telfonach moich rodziców. A że telefon zostawiłam w domu i rodzice nie potrafili się ze mną skontaktować, to stwierdzili, że coś mi się stało i potwierdzili zgłoszenie.
Już mi nie zostawiają domu pod opieką.
W czasach przedszkola byłam pewną siebie materialistką i nie lubiłam sprzątać swojego pokoju. Pewnego dnia mój tata wszedł do mojego pomieszczenia i widząc, że nie mam zamiaru sprzątać tego wielkiego bałaganu zaczął na mnie krzyczeć:
- Jak nie posprzątasz tych zabawek to ci je wszystkie spalę!
- Tak, spalmy je wszystkie!
Odpowiedziałam z wielkim uśmiechem na ustach, a tata ze zdziwieniem i lekkim niepokojem zapytał:
- Dlaczego?
- Bo wtedy kupisz mi nowe!
Moja siostra jest starsza ode mnie o 2 lata. Gdy byłam małą dziewczynką, bardzo przeszkadzało mi to, że jestem najmłodsza w rodzinie. Rodzice musieli się tym bardzo przejąć, gdyż w przeciągu 8 lat urodziła się CZWÓRKA rodzeństwa. Kochani rodzice ;)
Całość zaczęła się 2,5 roku temu, a finał miał miejsce dosyć niedawno, przypadkowo rzec można. Miałem kiedyś pomysł na książkę. Oglądałem wtedy mnóstwo anime (dla zainteresowanych, były to głównie shouneny, czyli bitewne anime składające się na jakiś wątek fantasy + mnóstwo walk, ciekawych umiejętności itd). Dochodziły do tego gry RPG, cRPG, filmy o superbohaterach, książki fantasy, ba - całe sagi pochłaniane w kilka dni itd.
Jednego wieczoru ułożyłem w głowie plan praktycznie całego świata fantasy, głównej postaci, występujących w nim umiejętności, zarys głównej historii, systemy walki, nie wiem czy było to obszerne jak na światowe realia, ale jednej nocy napisałem prawie 25 stron "podstawki" pod książkę. Potem zabrałem się do pracy. Pisarz był ze mnie żaden, bo w zasadzie inżynier. Byłem wtedy na energetyce na Politechnice Warszawskiej, więc sobie ubzdurałem, że jak będę pisał po 10 stron dziennie to się uwinę z grubym tomiszczem w 3-4 miesiące.
Oczywiście przeceniłem swoje umiejętności i całość zajęła mi prawie 2,5 roku. W sumie nie była jeszcze skończona, miała około 650 stron do zredagowania przez jakiegoś profesjonalistę. Nigdy nikomu nie pokazałem choćby strony, książkę trzymałem tylko i wyłącznie na jednym laptopie. Jedynie doradzałem się wśród trójki najbliższych znajomych o podobnych zainteresowaniach co oni by chcieli tam zobaczyć. Sam ją przeczytałem około 20 razy nanosząc zawsze setki poprawek. Niestety nigdy nie dowiem się czy ta książka czy chociaż sama postać i idea przyświecająca tej historii była dobra.
Pewnego wieczoru jadąc metrem w Warszawie, odwróciłem na jakieś 10 sekund głowę od torby z laptopem, która leżała obok mnie. Trwało to chwilę. Ktoś pociągnął za pasek i wybiegł z metra razem z torbą. Ja za nim, krzyczę najmocniej jak mogę, że złodziej, żeby ktoś go zatrzymał. Liczyłem oczywiście na jakiegoś dobrego samarytanina, który podstawi nogę złodziejowi, może ochronę. I co? I nic. Nikt nawet nie spojrzał, jak 20 latek goni młodego złodziejaszka. W pewnym momencie musiałem się poddać, bo uciekł na drugą stronę ruchliwej ulicy.
Straciłem dorobek 2,5 letniej pracy tylko i wyłącznie dlatego, że na ruchliwej stacji metra ludzie mają w dupie każdego. Dotyczy to też ochrony, czyli tych paru dziadków na oko podchodzących pod 60... Sprawa zgłoszona na policję, ale i tak nigdy swojej zguby nie znajdę, bo złodziej miał na głowie kaptur i żadna z kamer nie złapała jego twarzy, a świadków co prawda dużo, ale oczywiście nikt nic nie wie konkretnego.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że praca włożona w książkę przepadła. Nigdy nie liczyłem na jakiś sukces z nią związany, ale miałem nadzieję, że spodoba się kilku znajomym. Nie zależało mi wtedy na laptopie, tylko na tym jednym głupim pliku.
Byłam związana z bratem mojej ówczesnej przyjaciółki. Rozpadł się związek, rozpadła się przyjaźń, mimo wcześniejszych zapewnień, że moje relacje z jej bratem nie będą miały wpływu na naszą przyjaźń. Było mi ciężko, ponieważ jej brat mocno zajechał moją psychikę swoją toksyczną osobą, a po rozstaniu potrzebowałam wsparcia, którego nie miałam od kogo dostać. Pogodziłam się z całą sytuacją.
Minęło sporo czasu, mam nową przyjaciółkę... cholera, podoba mi się jej brat :(
Mając lat 8 byłam całkiem ciekawskim aczkolwiek nie do końca "ogarniętym" dzieciakiem. Moje wspomnienie dotyczy Sylwestra kiedy to przyszedł czas na fajerwerki. Wyszłam na balkon, bo wiadomo dla dzieciaka to frajda, a chciałam jak najlepiej wszystko widzieć. Mieliśmy wtedy takie fajne metalowe poręcze, a że zima, to oszronione.
Jak tak sobie patrzyłam na te fajerwerki, to w międzyczasie spojrzałam na tę nieszczęsną poręcz, bo wzorki takie fajne na niej i tak to ładnie wygląda. Nie wiem dlaczego, ale stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie ten metal... polizać. Oczywiście jak tylko to zrobiłam od razu tego pożałowałam. Próbuję się odsunąć - nie mogę! Myślę co tu robić, pomocy wołać nie bardzo, bo wstyd jak nie wiem... więc stoję na tym balkonie jak ostatni debil, z jęzorem przyczepionym do barierki.
Fajerwerki dawno się skończyły i słyszę że tata zaczyna mnie szukać. No to zaparłam się rękoma i z całej siły odrzuciłam głowę do tyłu. Wrzask, łzy w oczach, język na wierzchu - tak mnie znalazł tata. Język cały zdarty. Niby nic, ale do dzisiaj ten ból pamiętam.
Akcja ratunkowa - sytuacja opanowana, pacjent żyje. Czas na konsekwencje. Tyle wstydu się w całym moim 8 letnim życiu nie najadłam, do końca imprezy śliniłam się jak niemowle, a język cały czas wystawał mi z ust, tak był spuchnięty. Na następny dzień było lepiej, ale i tak kiedy wszyscy zajadali się pysznościami, ja musiałam wciągać jogurty przez słomkę...
Historia miała miejsce kiedy miałam 6 lat i nie bylam jeszcze zbyt inteligentnym dzieckiem. Mam o dwa lata starszą siostrę, która wykorzystywała moją naiwność. Mama codziennie kazała nam jeść owoce, bo to zdrowe i wogóle. Najczęściej były to banany, których ja niestety nigdy nie jadłam, gdyż moja siostra wytłumaczyła mi, że tak naprawdę banany smakują jak szpinak i mama nas okłamuje, że są smaczne. Ale ona będzie dobrą siostrą i szybko zje za mnie, żeby mama się nie denerwowała.
Tak przez 4 lata nie jadłam bananów, dopóki mama nie dowiedziala się całej prawdy.
Dawno, dawno temu, w czasach gimnazjum, nasza klasa miała matematykę. Na poprzedniej lekcji nauczyciel zbierał ćwiczenia, żeby je sprawdzić. Teraz nam je oddawał. Wszystko poszło sprawnie i szybko, ale zostały jedne ćwiczenia. Były niepodpisane i nieuzupełnione. Właściciel ćwiczeń nie ujawniał się, więc nauczyciel wstawił w nich ogromne 1. Właściciela nadal nie było.
Po piętnastu minutach nauczyciel zorientował się, że wstawił sam sobie jedynkę, do swoich własnych ćwiczeń...
Mam 18 lat i jestem w 4 technikum. Jakoś na poczatku roku poznałam chłopaka z drugiej klasy, zupełnie przypadkowo, mieliśmy lekcje w tej samej sali. Raz na jakiś czas porozmawialiśmy, wszystko było dobrze, aż do przedwczoraj. Był piątek, lekcje razem. Podszedł do mnie na przerwie gdy stałam z klasą, uklęknął i zapytał czy za niego wyjdę. Uznałam to za dobry żart, więc sie zgodziłam, a on włożył mi na palec pierścionek zaręczynowy.
Co się okazało, on nie żartował. Każdemu mówi, że jesteśmy zaręczeni i bierzemy ślub niedługo. Teraz muszę to jakoś odkręcić, tym bardziej że mam już faceta od trzech lat...
W pierwszej klasie liceum poznałem pewną dziewczynę, w której od razu się zakochałem, z wzajemnością. Wszystko układało się znakomicie, nasi rodzice się polubili, więc nie dochodziło do żadnych kłótni. Problem pojawił się, gdy mieliśmy wybierać na uczelnię. Ja chciałem iść na tą samą co moja dziewczyna, ale ze względu na moje bardzo dobre wyniki w nauce rodzice (szczególnie matka) nalegali, bym poszedł na inną. Nie godziłem się na to.
Nagle pewnego dnia moja dziewczyna poważnym tonem oznajmiła mi, że ze mną zrywa. Nie chciała mi powiedzieć dlaczego. Byłem zdruzgotany i cały czas próbowałem ją odzyskać, ale nie dawała mi szans. Ojciec widział, że jestem załamany i w końcu wygadał się, że moja mama kazała mojej dziewczynie ze mną zerwać, bo jest dla mnie przeszkodą.
Byłem wściekły i specjalnie (za plecami matki) złożyłem papiery na tę uczelnię co moja dziewczyna, o czym dowiedziała się, jak już się dostałem. Powiedziałem, że będę podejmował własne decyzje i jej nic do tego. W końcu poszedłem na tą uczelnię. Matka nigdy mi tego nie wybaczyła, ale się uparłem. Dziewczyna też była na mnie wściekła, bo nie chciała bym się tak dla niej poświęcał, ale ostatecznie się zeszliśmy.
Dodaj anonimowe wyznanie