Moje pierwsze anonimowe wyznanie, więc pojadę od razu z grubej rury :)
Parę lat temu rozpocząłem pracę w pewnej firmie ubezpieczeniowej. Praca była lekka, biurowa, polegała na przerzucaniu papierków z jednej górki na drugą. Dycha na godzinę dla młodego chłopaka była dobrą stawką, więc cieszyłem się, że zatrudnili właśnie mnie. Uciążliwe były tylko moje koleżanki z pracy.
Siedziałem w pokoju z pięcioma dziewczynami. W pierwszy dzień były nawet miłe i pomocne, jednak im dalej w las, tym było gorzej. Założyły sobie coś w rodzaju kółka wzajemnej adoracji, a każdego chłopaka, który był zatrudniony (byłem chyba trzeci w przeciągu roku) postanawiały wyeliminować. Typowe korpo szczurzyce :)
Atmosfera przez parę miesięcy była grobowa, a moje znajome coraz bardziej stawały się dokuczliwe i wymyślały coraz to większe bzdury na mój temat. Pomijam donosy do naszego kierownika, które raczej mijały się z prawdą. Postanowiłem być dla nich miłym i codziennie przynosiłem pełen talerz pączków. Przez miesiąc dzień w dzień koleżanki wcinały aż im się uszy trzęsły, no ale swojego zachowania nie zmieniły. Wiedziałem, że pracuję tam najkrócej i tak w końcu wylecę, więc co szkodziło mi odejść z klasą i czystym sumieniem.
No i w końcu, po prawie roku wyleciałem. Spokojnie uprzątnąłem swoje biurko i wyszedłem bez słowa.
Teraz mam własną firmę i szczerze współczuję wszystkim poszkodowanym przez chory mobbing w pracy. Jednocześnie śmieję się szczerze z tamtego okresu, gdy przypominam sobie, że pączki które dawałem koleżankom do wszamania zawierały pewien tajny składnik, który znakomicie komponował się z lukrem na nich.
Nie żałuję :D
W wakacje pomiędzy 4 a 5 klasą podstawówki rodzice przez jakiś czas zakazywali mi chodzić do dziadków, ponieważ "babcia się źle czuje". No dobra, posłuszne dziecko zawsze się słucha rodziców.
Któregoś dnia pokłóciłam się z rodzicami o jakąś głupotę, postanowiłam zrobić im na złość, a jako że byłam bardzo cwanym dzieckiem obmyśliłam plan, że przeproszę i jak niczego się nie będą spodziewać zajęci pracą "ucieknę" do babci. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
U babci poznałam moją przyrodnią siostrę dwa lata starszą ode mnie.
Cóż, byłam... zaskoczona .
Od dawna nie układało mi się z mężem, a po ślubie jesteśmy paręnaście lat. Długo mogłabym wymieniać powody (od jego totalnej niechęci do spotkań z innymi, poprzez despotyzm i egocentryzm, również w łóżku, aż do zmuszania otoczenia do robienia wszystkiego wg jego pomysłów, łącznie z np. układaniem ubrań w mojej szafie - a mamy osobne - wg jego systemu), ale nie o nie tu chodzi. Wiele razy wcześniej mówiłam, że mi źle, że nie czuję się bezpieczna/partnersko etc. - zawsze była chwilowa poprawa i potem wracał do starych zachowań.
Bardzo trudno było mi zacząć ten temat z moją matką (jest równie despotyczna i egocentryczna jak on)... W końcu zebrałam się w sobie, zaczęłam jej opowiadać...
Jej komentarze do mnie w ciągu kolejnych kilku rozmów:
- Jak możesz MI to robić?
- Tylko nie mów znajomym, bo mi wstyd.
- Jak on tu był, to mówił, że mu zależy, mogłabyś się postarać też chociaż trochę, a nie OD RAZU się rozstawać.
- Już bym prędzej zrozumiała, że to robisz, bo się w kimś szczeniacko zakochałaś, a nie, że po prostu "nie kochasz go już".
- Tylko nie waż się powiedzieć cioci o tym.
- Zapamiętaj sobie, że nowego faceta nigdy nie zaakceptuję.
- Robisz MI dokładnie to samo świństwo, co twój ojciec, widać, że spaprane geny.
Czasem tak jesteśmy "przyzwyczajeni" do czyjegoś zachowania, że trudno nam dostrzec, jak bardzo to zachowanie odbiega od normy...
Uwielbiam książki, których bohaterowie są wampirami, wilkołakami itp. Byłam akurat w trakcie czytania pewnej serii opowiadającej o tych drugich.
Pewnego wieczoru wyszłam z synem po moją mamę. Akurat była pełnia Księżyca, a zawsze wtedy czuję się jakoś tak niepewnie. Mama się zjawiła, więc wracamy do domu, a tu nagle przeleciało przy mnie coś czarnego i rozszczekanego. Oczywiście jeszcze zanim szczeknęło ja już mało nie padłam. Pośmiali się ze mnie i poszliśmy dalej. W domu położyliśmy się spać. Koło północy obudziło mnie wycie wilka. Pierwsza myśl - śniło mi się. Ale nie, siedzę na łóżku, a wycie znów się rozlega. Potem znów i znów. Przerażenie lvl 100, przecież mieszkam w środku miasta, skąd więc wilk. I wtedy właśnie uaktywniła się moja wybujała wyobraźnia :) Zaczęłam w myślach prowadzić dialog:
- Co tu robi wilk?
- A jeśli to nie wilk, tylko wilkołak?
- Wilkołaki przecież nie istnieją.
- A co jeśli jednak istnieją?
- Przecież on może wskoczyć przez okno.
I tak siedziałam do samego rana bojąc się zasnąć. O 6 brat wstawał do pracy i zdziwił się widząc, że nie śpię. Opowiedziałam mu, że coś mi wyło, nie pomijając także mojego myślowego sporu nad naturą tego stworzenia. Gdy skończyłam, zobaczyłam, że brat dosłownie zwija się ze śmiechu. Jak się okazało, chciał mi zrobić dowcip i odtwarzał z telefonu wycie wilków.
Cóż mogę powiedzieć, od lat bezskutecznie próbował czymś mnie wystraszyć i w końcu odniósł sukces :)
Od 6 roku życia byłam molestowana przez "przyjaciela" rodziny...
Teraz, gdy mam 18 lat (skończę za parę miesięcy) chciał to zrobić znowu, gdy mama poszła na chwilę do innego pokoju, przeciwstawiłam się mu.
Napisałam do chłopaka, który mimo ogromnego zmęczenia (pracował ok.12 godzin) przyjechał, bym nie była sama.
Przy jego wsparciu powiedziałam wszystko mamie, a po paru dniach tacie (był na urlopie).
Rodzice nie chcą iść ze mną na policję, "Bo po co robić aferę?", a tata miał to w dupie i oglądał mecz.
Chyba wolałabym się nie urodzić, niż być ich problemem.
Widziałam tutaj ostatnio wiele historii z drugiej wojny światowej, wiec postanowiłam dodać opowieść, którą powierzyła mi babcia.
Wojna zaczęła się, gdy babcia miała siedem lat. Razem z całą rodziną próbowali uciekać przed Niemcami, zostali jednak zatrzymani i wywiezieni do punktu, w którym rozdzielano zdolnych do pracy od tych, którzy nadawali się tylko do zagazowania - czyli starców, dzieci i chorych. Mama babci była w tej pierwszej grupie, natomiast babcia ze swoim tatą i dwójką rodzeństwa - w drugiej. Kiedy nadszedł czas rozstania, babcia zaczęła płakać i krzyczeć, że chce iść z mamusią. Hitlerowiec, który nadzorował całą akcję, zapytał swojego podwładnego, dlaczego ta mała tak płacze. Ojciec babci, który znał niemiecki powiedział, że płacze, ponieważ zabrali jej matkę. Na to oficer, krzycząc przy okazji na podwładnego, orzekł, że żadna rodzina nie może zostać rozdzielona. Dzięki mojej babci i temu dobremu Niemcowi zostało uratowanych kilka rodzin, w tym moja. Gdyby zostali rozdzieleni, prawdopodobnie tylko prababcia by przeżyła. Nie wiem, dlaczego to zrobił i co nim kierowało. Być może w domu czekała na niego córeczka, być może chciał spłacić jakiś dług.
Moja babcia codziennie modli się za tego oficera.
Mam chłopaka, który ma 23 lata.
W zeszły weekend postanowiliśmy, że pojedziemy na basen. Mój chłopak słynął z tego, że był bardzo zaradny i to on zawsze umiał zachować zimną krew. Tak myślałam... dopóki nie zadzwonił do mnie o 6 rano, bym pomogła mu się spakować, bo mamy nie ma.
Leżę sobie właśnie chora w łóżku, ledwo funkcjonuję, ale muszę to napisać, bo aż się sytuacja prosi o to. Przypomniało mi się pewne (dziś) śmieszne zdarzenie.
Mianowicie: złapała mnie wtedy straszliwa choroba, było gorzej niż teraz. Z nosa wodospad, gula w gardle, kaszel i wszystkie inne najgorsze objawy przeziębienia, jakie mogły być. Tylko biegunki brakowało. Dodatkowo dostałam okres, więc towarzyszył mi też ból brzucha - a co, jak chorować, to na całego.
Moja kochana siostrzyczka postanowiła mi zrobić ciepłą herbatkę, jakiś rumianek czy coś. Podała mi go do łóżka, patrząc na mnie oczami pełnymi troski. Nigdy dotąd się mną tak nie opiekowała. Chciała dobrze, szkoda tylko, że dobroczynny trunek (który nie do końca smakował jak rumianek, ale wypiłam, by siostrze przykro nie było) okazał się jakimś przeczyszczającym gównem. I tak oto do wszystkich objawów po kilku godzinach doszła biegunka. Tego mi było trzeba :D
Kiedy byłem dzieckiem, zbierałem zabite przez siebie komary na stosik, który z każdym letnim dniem rósł o kolejne 3-4 sztuki. Myślałem, że gdy inne komary zobaczą kupę poległych braci leżących bez ducha na półce, to zaczną się bać i przestaną przylatywać.
Na weselu byłam raz w życiu, w wieku 9 czy 10 lat.
Jak to na weselach bywa, panna młoda rzuca bukiet, żeńska niezamężna część widowni łapie, aby wywróżyć, która następna stanie na ślubnym kobiercu.
Oczywiście, podjęłam się tego zadania.
Na sali stały dwa filary, przy których panna młoda rzucała bukietem.
Przede mną stała dość... krągła pani, za mną owy filar.
Bukiet poleciał, złapała go pani przede mną, ale żeby go złapać, musiała się pochylić. Zrobiła to dość zamaszyście, przez co dostałam jej tyłkiem w twarz. Mało tego. Poleciałam tyłem głowy na filar.
Szpital, sześć szwów i lekki wstrząs mózgu.
Gdy wróciłam (na poprawiny) kobieta, która posłała mnie na filar, oddała mi bukiet :D
Dodaj anonimowe wyznanie