Parę osób opowiadało tu już o swoich wizjach i fantazjach związanych z masturbacją. Przypomniało mi to o czymś, co wymyśliłam, mając może 12-13 lat.
Do "zabawy" stworzyłam sobie całe uniwersum w stylu science fiction. W wyniku wojen między płciami planeta Ziemia została doszczętnie zniszczona, a ci, którzy przetrwali, skolonizowali sąsiednie planety - kobiety Venus, a mężczyźni Marsa (Nie wiedziałam jeszcze wtedy o istnieniu LGBT itd.)
Oczywiście, mieszkańcy obu planet musieli się rozmnażać. In vitro i inne naukowe sposoby, w tym klonowanie, były stosowane, jednak po pewnym czasie w obu społecznościach zaczęły narastać problemy wynikające z osłabiania materiału genetycznego. Aby nie dopuścić do wyginięcia ludzkości, obie płcie co jakiś czas wypowiadały sobie wojny w celu pozyskania jeńców, których wykorzystywano jako źródło gamet. Co bogatsi mieszkańcy obu globów mogli też kupować sobie osobnika płci przeciwnej i wykorzystywać jako niewolnika, najczęściej dla własnej przyjemności; posiadanie dużej ilości takich niewolników było wyznacznikiem wysokiego statusu społecznego. Dla mniej zamożnych dostępne były państwowe "wypożyczalnie", w których można było za pewną opłatą wykorzystać jeńca (bez gwarancji uzyskania potomka, raczej dla zaspokojenia się) albo dopłacić trochę więcej i trzymać go przy sobie, dopóki prokreacja nie zakończy się sukcesem.
W tym świecie wcielałam się w różne postacie, zależnie od nastroju. Byłam między innymi wojowniczą przywódczynią Ruchu Oporu, która walczyła o zakończenie niewolnictwa na obu planetach i napadała na transporty jeńców - wśród nich zawsze znajdował się jakiś ważny polityk/kapitan, który oddawał jej się bez reszty. Czasem wręcz przeciwnie, wcielałam się w Królową Venus, okrutną dla swoich skutych kajdanami kochanków. Innym razem sama byłam jeńcem, brutalnie gwałconym na Marsie (który z czasem mógł zyskać szczerą miłość swojego pana), a czasem jedną z klientek-obywatelek planety kobiet, która wypożyczała swojego pierwszego "dawcę gamet" (i czasem zakochiwała się w nim tak, że pomagała mu uciec).
Łączyłam te wątki, przerabiałam, a co ciekawsze spisywałam w notesie chowanym przed wszystkimi. Niektóre historie tworzyłam kilka tygodni, dopieszczając ich każdy szczegół. Momentami w artystycznym szale historia stawała się dla mnie nawet ważniejsza od chęci zaspokojenia się nią. Szukałam informacji o powierzchni Marsa i jego księżycach, wzbogacałam świat o informacje z programów dokumentalnych o kosmosie i dużo czytałam na ten temat, by historia była jak najbardziej wiarygodna. Uwielbiałam po prostu pisać.
Czy miało to na mnie jakiś wpływ? Cóż, do dzisiaj lubię tworzyć do szuflady, lubię astronomię... i podniecają mnie dobre historie, niekoniecznie zboczone :)
Byłam z moim ukochanym przez 3 lata. W dniu moich 20 urodzin stanął w drzwiach i oznajmił, że ze mną zrywa, ponieważ mamy inne cele w życiu. Długo się nad tym zastanawiał, a po co było mnie oszukiwać.
Zrozumiałam, chociaż mógł to naprawdę zrobić dzień wcześniej lub później, nie spotykając się ze mną tego dnia, ponieważ urodziny to dla mnie naprawdę wyjątkowy dzień w roku. Znajomi mówili, abym nie oddawała mu jego ubrań, żebym zniszczyła, spaliła. Nie jestem jednak tego typu osobą, jednak dzisiaj coś przelało falę goryczy i zrobiłam chyba najgorszą rzecz, jaką kobieta może zrobić mężczyźnie, który kocha Star Warsy.
Po powrocie z prapremiery najnowszej części Star Wars napisałam mu 3 spoilery, informując że tylko jeden jest nieprawdziwy. Podziękowałam mu za zniszczenie mi urodzin i dopisałam, że chociaż minimalnie starałam się mu dorównać.
Będzie w miarę szybko i na temat.
Pewien młody mężczyzna mieszkał w jednym z miast wojewódzkich wraz ze swoją mamą. Mężczyzna ten był chory psychicznie, jednak na tyle chwilowo wyprowadzony z choroby, żeby mógł przebywać w domu.
Zgłosił się do szpitala, bo czuł, że jest z nim gorzej i nie panuje nad sobą. Nie przyjęli go, bo stwierdzili, że skoro jest na tyle poczytalny, że może takie coś stwierdzić, to nic mu nie jest.
Kolejnego dnia znaleziono go przy zwłokach własnej matki. Zadźgał ją nożem.
Znałam tę kobietę...
Jestem w klasie maturalnej i właśnie dowiedziałam się od szanownych rodziców, że na studia powinnam iść do kiczowatej, lokalnej uczelni, a nie tam, gdzie bym bardzo chciała.
Powód jest jeden: KASA.
"A kto ci będzie płacił za akademik?".
"Co będziesz jadła?".
Słyszę to co drugi dzień. Nie jest ważne to, że chcę studiować inny kierunek, po prostu na miejscu jest taniej i łatwiej - kropka.
Jestem nawet gotowa tam jakoś dorabiać, ale każda próba rozmowy kończy się ironiczną ścinką.
Dla jasności - z pieniędzmi jest u nas w porządku: telewizorki, laptopy, kanapy, świąteczne projektory - mogę w nieskończoność... Chodzi o mentalność tych skner.
Ba!! Dziś powiedzieli, że wychowywali mnie tyle lat i jestem zobowiązana pomagać im na starość, czyli studiować tutaj, pracować tutaj, żeby w razie czego pomóc...
Rozumiem, że trzeba pomagać rodzicom, ale nie pozwolę traktować się jako "zabezpieczenie na przyszłość" i ograniczać swoje życie, bo mnie wychowali i bo tak trzeba.
Chyba że to ja mam coś z głową...
Na co dzień jestem matką, żoną i kochanką. Nie zdradzam męża, uważam, że sprawdzam się w tych rolach wystarczająco, abyśmy nie musieli szukać więcej po bokach.
Ale z soboty na niedzielę przeistaczam się w typowego nastolatka. Zajadam się pizzą, popcornem, opijam colą i zarywam nockę przy konsoli.
Mąż i córki dalej wierzą, że mama w gabinecie ciężko pracuje nad sprawozdaniami.
Jako że od jakiegoś czasu cierpiałam na dyskomfort dupska, wybrałam się z wizytą do proktologa. Wydawało mi się, że mogę mieć hemoroidy - kropelki krwi na papierze toaletowym, lekki świąd i ogólny ból przy wypróżnianiu wydawały mi się pasować do tego schorzenia. Godzina i dzień umówione, zadzieram kiecę i lecę.
W gabinecie pan doktor proktolog przebadał mnie od dupy strony rozmaitymi metodami, a kiedy skończył kazał się ubrać i ogłosił werdykt.
- Hemoroidów pani nie ma, wszystko dobrze, maść zapiszę na opuchliznę, tam był odbyt rozerwany, ale już się zagoił.
I mówi coś o odpowiednim nawilżaniu przed analną aktywnością seksualną i zapisuje na tej karteczce te maści i jak je stosować, a moje myśli skupiają się tylko wokół jednego: nie mam partnera seksualnego. Nie bawię się sama ze sobą analnie. To nie zabawki ani potwór domniemanego kochanka mnie uszkodziły.
Jednym słowem: kupsko rozerwało mi dupsko.
Nienawidzę swojej matki.
Jest osobą wstrętną z natury. Wszędzie węszy spisek. Wszytko musi być ułożone pod nią. Obraża się o wszystko jak i również o wszystko potrafi zrobić awanturę. Nie ma przez nią dnia spokoju. Właściwie oduczyła się już normalnie mówić. Od razu krzyczy, wrzeszczy i wyzywa. Nie idzie z nią dojść do porozumienia.
Mam 30 lat. Nawet z dala od niej ciągle daje mi o sobie znać, dzwoniąc i wszczynając awantury przez telefon.
Nie podoba jej się moje mieszkanie. Według niej powinnam powiększyć łazienkę kosztem jednego pokoju. Obraziła się, gdy odmówiłam.
Mam fajną pracę w miłym zespole, normalną, choć ze słabą możliwością awansu. Co chwilę podtyka mi oferty innej roboty. Odmawiam. Wyzywa mnie.
Nie podoba jej się moje hobby, fryzura (normalna ludzka fryzura, ale ona by wolała krócej), ubiór, apolityczność... wszystko skomentuje, zwyzywa.
Wielokrotnie poniżała mnie przy moich koleżankach. W podstawówce przyszła jedna kumpela w odwiedziny, a matka przy niej zaczęła sprawdzać porządek w moich szafkach, po czym wszystko wyrzuciła na środek pokoju, bo sweter był źle złożony, a większa książka leżała na mniejszej. W efekcie nikt już mnie nie odwiedzał...
Biła mnie. Nie do krwi, ale siniaki miałam często. W przedszkolu nawet mówiła mi, że nie jestem jej córką, bo jej córka byłaby grzeczna (naniosłam piasek na zabawce do pokoju, gdzie poodkurzała).
Potrafi się odezwać do mnie słowami, ze jestem poj*bana, durna, pieprznięta, że jestem piz*ą...
Obgaduje mnie ze swoją przyjaciółką. Mam jej hasło na FB, stąd wiem. Wiele się o sobie naczytałam, ale sporo było też kłamstw, chyba w celu ubarwienia opowieści.
Myślicie, że patologiczna rodzina? I tak, i nie. Nie ma u nas alkoholizmu, wszyscy pracują, dobrze zarabiają. Z zewnątrz idealna rodzina. Tylko matka jest wampirem energetycznym. Tata olewa. Zamyka się w swoim pokoju i trwa. Ona jest niszczycielem szczęścia.
Niby normalne wyznanie, wiele osób ma okropną matkę. Ale ja... ja codziennie mam nadzieję, że ona umrze szybciej, że już... gdy zbyt długo się nie odzywa, pojawia się iskierka nadziei, że coś jej się stało i nie żyje...
Denerwuję się. Nie, to nie zdenerwowanie, ja się po prostu wkurwiam.
No ale do rzeczy. Zacznę od tego, że u mnie w domu rodzinnym przeważnie były problemy finansowe, na jedzenie nie brakowało (może z 1 czy 2) czy ciuchy itd ale często brakowało na rachunki, szczególnie na mieszkanie... Moja mama nie pracowała a tato zajmował się budowlanką dorywczo. Był świetnym fachowcem, ale niestety żeby w domu było jako tako, brał też zaliczki, co na koniec prac równało się z małą sumą końcową i przełożeniem na budżet domowy itd.
Już od małego miałem zawsze stres związany z eksmisją, ponieważ rodzice nie płacili za mieszkanie, przychodziły pisma, jakoś to wyrównywali, trochę spokoju i znowu, no ale to historia na inne opowiadanie...
Rodzice wyjechali za granicę, było dobrze, ale co dobre to się spierdzieli i u taty wykryto raja jelita grubego. Niestety za późno na cokolwiek i w 3 miesiące po diagnozie zmarł. Pamiętam, że wtedy poruszałem niebo i ziemię, żeby wszystko zorganizować, żeby nic rodzicom nie zabrakło (ja jestem z żoną za granicą), transporty do szpitala, odżywki dla chorych, leki, rachunki, no wszystko co tylko trzeba było. Gdy tato zmarł nawet nie zapłakałem. Nie że nie chciałem, bardzo to dusiłem, tylko nie mogłem. Bardzo tatę kochałem i kocham dalej, ale, wziąłem cała rodzinę (mamę, żonę i brata) na swoje barki i oni mieli się smucić, a ja ogarniać wszystko co potrzeba. Wiedziałem że muszą mieć oparcie w kimś, tak jak zawsze oparcie było w tacie.
Załatwiałem z zagranicy wszystko co trzeba było, od pogrzebu taty, poprzez pomnik i pracę w PL dla mamy.
Jakiś czas po pogrzebie zauważyłem że się denerwuję z byle powodu. Nigdy taki nie byłem i zazwyczaj staram się jakoś rozwiązać problemy, ale teraz to się wkurwiam. Wkurwia mnie wszystko i to do tego stopnia, że czuję się czasami jak Songo który uaktywnia swoją przemianę. Jadę autem i jakaś rowerzystka zachowa się głupio? W aucie lecą epitety jak wyjęte z Pitbulla Vegi w sklepie z butami. W pracy ktoś mnie zdenerwuje? Nie pokazuję tego, ale w środku płonę i nawet nie słucham co ktoś mówi, tylko jestem tak jak by gdzieś indziej otoczony wkurwieniem i jestem na granicy rozwalenia wszystkiego dookoła. Moja złość pokazywała się również wobec żony, przykrymi słowami, ale to akurat opanowałem i zaciskam zęby jak mogę i staram się być spokojny, no ale to tak zabawa granatem bez zawleczki.
Po taki ataku wkurwienia czuję się lepiej, tak spokojniej i nawet czasami bardziej wyluzowany, ale ataki tego wkurwienia wg mnie to nic normalnego. Próbowałem siłowni, to w trakcie wkurwienia było gorzej, bo wiedziałem że mam więcej siły i jeszcze bardziej mnie to napędzało to zwiększenia wkurwu czy agresji. Wreszcie to powiedziałem komuś innemu niż żonie :) I jak ja mam to ogarnąć?
Kilka miesięcy temu w wakacje założyłam dla żartów konto na randkowym portalu gejowskim. Podszywałam się na nim za przystojnego chłopaka. Pisałam z różnymi osobami, ale nie traktowałam nikogo z nich poważnie - zazwyczaj urywałam kontakt po kilku dniach.
Sytuacja zmieniła się diametralnie jakiś miesiąc temu. Poznałam pewnego chłopaka o podobnym wieku i zainteresowaniach. Mogłam rozmawiać z nim godzinami i tematy nigdy nam się nie kończyły. Niejednokrotnie mogłam liczyć na jego pomoc czy wsparcie.
Około tygodnia temu zauważyłam, że zaczęłam czuć do niego coś więcej, krótko mówiąc: zauroczyłam się. Odnoszę wrażenie, że on spostrzega mnie w podobny sposób. Kilka dni temu zaczął prosić o spotkanie (jest z okolic mojego miasta). Bardzo chętnie bym się z nim spotkała, ale... do tej pory nie przyznałam się mu, że piszę z fejk konta. Nie potrafię o tym powiedzieć z obawy, że obrazi się na śmierć i zerwie ze mną wszelki kontakt. Serce mi się kraja, gdy pomyślę sobie, że przez moją głupotę nigdy się nie spotkamy lub w najlepszym wypadku zostanę jedynie jego przyjaciółką.
Studiuję w Krakowie. Jest tu taki most, na którym zakochani zapinają kłódki z wygrawerowanymi inicjałami. Ma to zapewnić trwałość uczucia, albo może odporność na choroby weneryczne, nie wiem dokładnie, nie wierzę w takie rzeczy.
Ale moja dziewczyna ma romantyczną naturę, więc poszliśmy zawiesić kłódkę. Gdy to zrobiliśmy i już mieliśmy iść, ktoś podpowiedział, że kluczyk trzeba wyrzucić do Wisły. Jak trzeba to trzeba, sięgnąłem ręką do kieszeni i rzuciłem klucz do rzeki.
Szkoda tylko, że pomyliły mi się klucze i wyrzuciłem klucz od mieszkania.
Dodaj anonimowe wyznanie