#mYARD

Mam 20 lat, niedawno oświadczyłem się mojej dziewczynie. Oświadczyny planowałem bardzo długo, chciałem ją zaskoczyć, dlatego każdą rozmowę na ten temat odwlekałem lub unikałem. Postanowiłem to zrobić w górach, bo oboje je lubimy.

Schodziliśmy szlakiem i pomyślałem, że to najlepszy moment, dookoła las, nikogo nie ma, widzę mały mostek i klękam. Ona zaskoczona, stoi kilka minut, aż powiedziała TAK! :D
I w tym właśnie momencie spadło na nas jakieś fatum...

Zepsuł nam się samochód, ciemno, mała wioska gdzieś w górach, do domu prawie 300 km, do hotelu ponad 10 km i co teraz? Biegamy od domu do domu, pytamy o mechanika itd. W końcu się znalazł ktoś, kto odwiózł nas do hotelu. Samochód został, zaczęło się dzwonienie po lawetę - koszty ogromne i do tego jeszcze sylwester i Nowy Rok, więc nikt się nie garnie do holowania.
Na drugi dzień pojechaliśmy autobusem tam, gdzie został samochód, po wyjściu z autobusu okazało się, że zgubiłem lub ukradli mi portfel ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi... Stres, bieganie, szukanie, dzwonię do firmy przewozowej, w autobusie nie ma portfela, no po prostu SUPER!!! Pieniędzy brak, dokumentów też. Samochód już u mechanika, zaczęły się problemy z naprawą, cały dzień przesiedziałem w warsztacie, ale udało się. Wróciliśmy do hotelu.
Pomyślałem, że nic gorszego mnie już nie spotka, myliłem się... Na drugi dzień rozwaliły mi się buty na szlaku, śnieg po kolana, a ja w dziurawych butach, cały mokry i zmarznięty.

Tych oświadczyn nie zapomnimy do końca życia :D Do domu wróciliśmy cali i zdrowi :) Tylko strach pomyśleć, co będzie na ślubie :D

#L4HmN

Kupa kupą, teraz czas na siuśki.

Nie piłem alkoholu do osiemnastki, muszę się nauczyć nim posługiwać.
Mam też problemy z oddawaniem moczu, muszę długo czekać aż poleci i mocno przeć z brzucha.

Gdy wypiłem sobie trochę mocniej, to rozluźniły mi się zwieracze.
Pierwszy raz od kilkunastu lat normalnie się wysikałem.
W spodnie, ale normalnie...

#XbEDN

Mam dość spory problem, śnią mi się koszmary - o ile zasnę.

Dziś się udało, budzę się cała mokra na twarzy, włosach, karku. Myślę, że koszmar był za gruby. Ale nie, to nie to...

Kot zrzygał mi się na twarz, gdy spałam.
Najwidoczniej bawił się/ gryzł moje włosy i któryś z kłaczków zaczął go uwierać...

#KE1Mu

W prezencie od byłego dostałam na urodziny zapakowany w pudełeczko z Apartu komplet biżuterii - naszyjnik z perełką i kolczyki. Byłam zakłopotana - jak przypuszczałam - drogim prezentem. Nie chcąc czuć się gorsza, starałam się dorównać mu upominkami i okazać moją wdzięczność, mimo kiepskiej sytuacji finansowej.

Los chciał, że się rozstaliśmy. Jeszcze przed tym faktem, jak pokazywałam współlokatorce mój prezent, ona wspomniała, ze już gdzieś taki widziała. Jednak dopiero po rozstaniu, kiedy weszła do mojego pokoju i kolejny raz oglądała naszyjnik, stwierdziła, że chyba ma taki sam, wyszła i wróciła z identycznym kompletem biżuterii. Dostała go w jednej z popularnych drogerii, jako gratis do zakupów.

#7Hs3i

Byłam raczej mądrym, lekko zarozumiałym, pewnym siebie dzieckiem. Te atrybuty gwarantowały mi od zawsze zarówno przyjaciół, jak i wrogów.

Pod koniec podstawówki w naszej klasie pojawił się swoisty podział społeczeństwa na kilka grup. Byli ci „fajni” chłopcy, którzy gustowali już w przeróżnych używkach i od razu wiedzieli, że ich przeznaczeniem jest przejąć traktor po tacie. Były te „piękne” dziewczyny, które nie mając lepszego pomysłu na siebie starały się za wszelką cenę przodować w „seksowaniu”. Były szare myszki obojga płci, które za nic nie chciały się wybijać i raczej podkreślały swoją indywidualność. No i byliśmy my - grupa dzieci, które jeszcze nie rwały się do dorastania, ale już przeszły okres „fuuu, chłopak z tobą rozmawia”.
Relacje dyplomatyczne pomiędzy poszczególnymi grupami były dość dynamiczne, potrafiliśmy zintegrować się w imię wyższego dobra, ale codzienność raczej opierała się na wzajemnych potyczkach i knuciu intryg. Jak możecie się domyślić, ci spragnieni uwagi najczęściej szukali punktu zaczepnego.

W szkole panowały wtedy jeszcze swoiste normy co do ubioru i np. dziewczynki nie mogły chodzić w spodniach.

Pewnego razu po zajęciach gimnastycznych zauważyłam, że w mojej spódniczce brakuje guzika, a i zamek wygląda jakoś podejrzanie. Zganiając wszystko na wieczny pośpiech postanowiłam naprawić problem jedyną rzeczą, jaką miałam pod ręką, czyli spinaczem do papieru. Wyglądało dość stabilnie, więc nie marnując więcej czasu pobiegłam na dalsze lekcje. Wszystko szło gładko, aż do czasu, kiedy na ostatniej matematyce pan wywołał mnie do tablicy. Mocno skoncentrowana na zadaniu wstałam i kiedy już miałam wychodzić z ławki, zorientowałam się, że moja spódnica została na krześle, a wszystkim, którzy mnie obserwowali ukazały się moje różowe majtki. Na szczęście tego dnia te z kokardką, a nie w małe zwierzątka. Zszokowana stałam tak parę sekund z dupą na wierzchu, patrząc naokoło i myśląc nad tym nieszczęsnym zadaniem. Tylko „piękne” koleżanki z ławki za mną parsknęły śmiechem. Inni podzielali moja konsternację. Po tej krótkiej nieskończoności usiadłam, burknęłam, że odpowiedź to 16, spaliłam buraka i do końca lekcji siedziałam czerwona wpatrzona w piórnik.

Po skończonych zajęciach „fajny” kolega, z którym siedziałam, pomógł mi odkleić spódniczkę od krzesełka (wraz z kawałkiem drewienka) i chcąc przełamać grobowe milczenie rzekł na pocieszenie: „Eleganckie te majtasy”.

Śmiałam się przez łzy.

#MMzzh

Ostatni rok był najgorszym w moim życiu.
Wpadłam w mega depresje, były dni, kiedy w ogóle nie wstawałam z łóżka, nawet do toalety (dla ciekawskich - jeśli obok nie miałam jakiejś szklanki lub butelki, to robiłam pod siebie). Owszem, zdarzały się dni, kiedy funkcjonowałam w miarę normalnie; szłam na uczelnię, zakładałam na siebie coś innego niż rozciągnięty dres. Jednak takie momenty zdarzały się niezwykle rzadko, a w grudniu zdarzyły się może z 3 razy. Nie pojechałam do rodziców na święta, wykręciłam się mówiąc, że skręciłam nogę.
W sylwestra coś we mnie pękło, bez wątpienia wpływ miało na to wypite wino, ale przecież liczy się efekt.

Wstałam, wykąpałam się (po raz pierwszy od 2 tygodni!), delikatnie pomalowałam, ułożyłam włosy, założyłam odświętne ubranie i... Poszłam na spacer.
Warszawa. Moje kochane miasto. Spełnienie marzeń. Dotarło do mnie, że choć mieszkam tu ponad rok, tak naprawdę nie korzystam z dostępnych możliwości, atrakcji. Nigdzie nie wychodzę, z nikim się nie spotykam.

Po 3 godzinach wróciłam do mieszkania. W głowie miałam plan.
Usiadłam przy komputerze i przelałam na wirtualny papier wszystko, co czułam, wszystko, co mnie bolało/boli, co chciałabym zmienić.
Pojutrze umówiłam się na wizytę do terapeuty. Zaczynam w przyszły poniedziałek. Ponadto wyznaczyłam sobie "zadania".
W każdym tygodniu muszę zrobić coś, czego nigdy nie robiłam. Przeczytać minimum 2 książki miesięcznie i obejrzeć 2 filmy tygodniowo (z tego wszystkiego "zapomniałam" o swojej miłości do kina). Raz w miesiącu gdzieś wyjechać, chociaż na jeden dzień; nieważne, czy do Krakowa, czy do Paryża.
Dałam sobie czas do swoich urodzin, zrobiłam prowizoryczny kalendarz, z którego codziennie będę wykreślać mijające dni. Jeśli do tego czasu nie uda mi się siebie choć trochę polubić, a świat nadal będzie jawił mi się w czarnych barwach... Wzory listów pożegnalnych też już mam.

PS Bez obaw, pod metro się nie rzucę. :)

#6PNhT

Jestem klerykiem w jednej parafii w bardzo pobożnym regionie naszego kraju. Fakt, że chodzę w sutannie z domu do kościoła jest tutaj ważny, bo nie kryje to mojej tożsamości, a i sam wiem kim jestem. Ogólnie wszyscy w parafii się znają, a ja znam co gorliwsze rodziny. Ważna informacja - jestem dość spory, bo mam chorą tarczycę i za św. Antoniego nie mogę schudnąć, choć się staram.

Irytują mnie tzw. mohery, wszystkowiedzące jasnowidzki, które wszystko komentują. Jest jedna pani... Jadzia. Pani Jadzia to przykład idealnego katolicyzmu - na każdej mszy w pierwszej ławce, dzieci swoje poucza, że niedziela bez mszy to grzech piekielny, mimo dość dobrej renty swojej i po mężu pierwsza po Caritasowe paczki. Zbożnie, prawda? No nie. Pani Jadzia uwielbia hiperbolizować każdą sytuację i obrabiać dupę jak leci, nawet jak to nieprawda.
Po pierwsze, skoro pani przykładna katoliczka, to wypada powiedzieć "Szczęść Boże" jak idę w sutannie, a nie zmierzyć wzrokiem i jak byk iść dalej. Dalej, do sąsiadek opowiadać, jak to kleryk wpierdziela słodkie i dupa rośnie od żarcia. No nieprawda, jestem na ścisłej diecie, a i tak nie mogę schudnąć. Powiedziałem proboszczowi, że nie podoba mi się co robi pani Jadzia i że cała parafia huczy, że młody to się uczy żreć jak klecha.

Proboszcz, człowiek z sercem, złego słowa nie powiem, zareagował, ale na kolędzie. Otóż gdy zapukał w drzwi pani Jadziuchny, a ta zapraszając na kawę chciała wpuścić księdza, proboszcz odpowiedział tylko, na oczach i uszach sąsiadów, że nie życzy sobie, by przystępowała do komunii i siedziała w pierwszej ławce, skoro obgaduje wszystkich naokoło. I poszedł dalej.

Pani Jadzi nie widziałem w kościele od tygodnia. Podobno pali się ze wstydu.

Nie gardzę każdym człowiekiem, ale kusi mnie, by wszystkim dewotkom zwrócić uwagę, że faryzeusze mimo bliskości świątyni byli złem wcielonym. Amen.

#wQV44

Jestem ofiarą gwałtu. I wiecie co mnie dziwi w ludziach wokół? Stereotyp, że ofiary powinny najlepiej zaszyć się w domu albo schronie, nie rozmawiać z nikim, broń Boże się uśmiechnąć!

Czy to złe, że nie chcę pokazywać innym, że jest mi źle, tylko wolę się właśnie uśmiechnąć? Zdarzyło mi się, że ktoś oskarżył mnie o wymyślenie historii tylko dlatego, że zachowuję się wśród ludzi NORMALNIE.

Chodzę do psychologa, mam swoje lęki, ale nie chcę, by moje życie bazowało tylko na jednym, złym wydarzeniu, które mi się przydarzyło.
Nie chcę chodzić jak zombie, żeby w miejscach publicznych wyglądać jak ofiara, bo tak trzeba i tak sobie wyobrażają to inni.
Należy mi się cholerny uśmiech i chcę go mieć!
Dodaj anonimowe wyznanie