Czasem nie mam motywacji, by umyć głowę, strasznie nie lubię tego robić. Ale jak wiem, że powinnam, bo moje włosy już nie wyglądają najlepiej, wtedy wylewam sobie na głowę np. keczup. Wtedy wiem, że już muszę.
Działa.
Wypisałam się z religii. Podczas ostatniej lekcji coś we mnie pękło, w momencie, w którym usłyszałam jak siostra mówi, że nieważne, czy kobieta została zgwałcona czy nie, nie ma prawa usunąć dziecka... Ktoś nawet posunął się do stwierdzenia, że kobiety, które zostały zgwałcone, powinno się wkładać do białego pokoju bez klamek w kaftanie, żeby nie zabiły płodu i siebie.
A co z dziećmi, które byłyby zmuszone do urodzenia?
Miałam wtedy dziewięć lat. Nie wiedziałam wiele o tym, skąd się biorą dzieci. Może i byłam głupim dzieckiem. Moi rodzice nigdy nie mówili mi o seksie ani o złym dotyku, ani o niczym innym z tym związanym (mam siedemnaście obecnie, a jednak ani razu ze mną o tym nie rozmawiali do tej pory), w szkole też nikt nic nie tłumaczył. Nie chciałam tego, ale mimo to zostałam zmuszona. Pamiętam słowa, że lepiej, żebym nie była w ciąży. Pamiętam płacz. Błagania, żebym nie zaszła. Rok. Przez cały rok bałam się, że mogę być w ciąży. Śmieszne? Może i ta ignorancja niektórych bawi. Ale gdybym jakimś cudem zaszła... gdyby ktoś zmusił mnie, gdy byłam małym dzieckiem, do urodzenia dziecka... teoretycznie nie było to takie niemożliwe. Gdyby to się stało dwa-trzy miesiące później, mogłabym być w ciąży. Wcześnie zaczęłam miesiączkować.
Nienawidzę ludzi, którzy odmawiają kobietom prawa decydowania o ich ciele. Teraz, gdy jestem już bardziej świadoma, myślę, że byłabym w stanie urodzić i wychować dziecko z gwałtu. Myślę, że dałabym radę pokochać je, bo nie jest niczemu winne. Ale wtedy... podejrzewam, że skończyłabym albo na cmentarzu, albo na oddziale zamkniętym. Sama nie popieram aborcji, ale koszmar, który przeszłam, nie pozwala mi na popieranie jej przeciwników. Nie pozwala mi milczeć, gdy ktoś mówi o całkowitym zakazie.
Na tamtej lekcji byłam bliska, by pierwszy raz wyjawić to, co się stało. Nie zrobiłam tego. Po prostu w milczeniu spakowałam się, wróciłam do domu i zaczęłam płakać.
W ferie zimowe przyjechał do mnie brat. Jest sporo ode mnie młodszy, ale wciąż musiałabym mieć dwanaście lat, żeby go urodzić. Niektórym jednak logika siada od razu, zwłaszcza tym, którzy lubią wściubiać nos w nie swoje sprawy.
Byłam z bratem w sklepie, robiliśmy zakupy, bo lodówka pusta. W pewnym momencie nieopodal widzimy panią w typie ĘĄ, perfumy Tani Armani, wzrok wiecznie skrzywiony. Zerka na nas i zaczyna się "O, proszę, takie młode i już z dziećmi fruwają. Gdzie tu są rodzice?!".
Ja zonk, brat też nie wie, co się dzieje. Ale nie jestem z tych, którzy ripostę wymyślają siedem lat później, wręcz przeciwnie. Wypaliłam "Zaraz, a pani jest ginekologiem, żeby mi między nogi zaglądać?", po czym oddaliłam się, zanim popsułaby mi ripostę.
Tak że no, niektórzy powinni zawrzeć gębę, zanim zaczną wnikać w czyjeś drzewo genealogiczne.
Ostatnio moja dziewczyna robiła mi dobrze ustami. Po wszystkim chciała szybko przybliżyć się do moich ust, aby mnie pocałować. Traf chciał, że miała na sobie wisiorek z krzyżykiem, który zaczepił się i wbił w moje jądra. Chyba zostałem skarcony za uleganie pokusom cielesnym :)
Jestem osobą, która ma obsesję na punkcie liczenia - zrobionych kroków, wypitych łyków wody, oddechów... Dziś podczas zakupów naszła mnie ochota na kolorowe drażetki, takie czekoladowe drażetki w różnokolorowej polewie.
Po powrocie do domu otworzyłam opakowanie i poddałam się obsesji liczenia. Oto wynik:
Białe - 76 szt.
Niebieskie - 63 szt.
Pomarańczowe - 40 szt.
Żółte - 38 szt.
Brązowe - 37 szt.
Czerwone - 20 szt.
Różowe -13 szt.
Zielone - 11szt.
Razem - 298 szt.
Plan na zjedzenie drażetek na kolejne dni (tworzy ciąg arytmetyczny):
Dzień 1. 76 szt.(białe)
Dzień 2. 75 szt. (żółte + brązowe)
Dzień 3. 74 szt. (niebieskie + zielone)
Dzień 4. 73 szt. (czerwone + różowe + pomarańczowe).
Gdy idę spać, to trzymam samą siebie za rękę w łóżku, żeby nie myśleć o tym, że jestem samotna.
W ubiegłym roku podczas wakacji organizowałem imprezę dla dużej grupy znajomych. Mam swoje mieszkanie, ale skorzystałem z okazji, że moi rodzice wyjechali na urlop i zgodzili się, abym zrobił imprezę u nich w domku na wsi. Pomyślałem, że to dobry pomysł, zwłaszcza że nie ma tam w pobliżu żadnego sąsiedztwa, więc nikomu nie będą przeszkadzały głośne rozmowy i muzyka.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik, goście powoli się schodzili. Nagle jakiś rolnik, którego pola leżały tuż obok domu rodziców, postanowił, że to idealny czas, aby rozwieźć obornik.
Mój ojciec odkąd pamiętam pracował w domu pogrzebowym, a że na osiedlu każdy o tym wiedział, nie miałem żadnych kolegów. Nadal pamiętam, że dzieciaki w piaskownicy kopały "groby", żebym mógł się z nimi pobawić. Jakby tego jeszcze było mało, przezywali mnie od trupiaków, dziecka śmierci, czasami też podrzucali na wycieraczkę martwe ptaki i myszy.
Skąd w małych dzieciach tyle złośliwości? Wytłumaczcie mi, bo ja po prostu nie rozumiem.
Od dłuższego czasu ćwiczę twerking. Może się to wydawać głupie, ale sprawia mi to ogromną przyjemność. Zazwyczaj po kąpieli trzęsę kuperkiem, w tle muzyka, która pomaga i tak spędzam dłuższa chwilę. Na początku było to bardzo niezdarne, ale teraz śmiało można stwierdzić, że wygląda to tak, jak powinno. Dodatkowo wykonuję ćwiczenia, by pośladki miały fajny kształt i by bardziej czuć mięśnie.
Nigdy nikomu tego nie zdradzę ani nie pokażę. Tak, anonimowi. Jestem 25-letnim facetem, mam dziewczynę, jestem hetero i czuję się w 100% mężczyzną.
Twerking to taka mała tajemnica...
Tata ostatnio zainwestował w nowy piec w domu, którym można sterować przez telefon, bo często wyjeżdża w delegacje służbowe, a to jego „działka”.
Teraz jak mama go zdenerwuje, to zmniejsza jej ogrzewanie.
Dodaj anonimowe wyznanie