#gsHNT

Mam sześcioletniego brata, który od zawsze lubi się bawić maskotkami, szczególnie Kubusiem Puchatkiem.

W zeszłym roku, gdy mama musiała na chwilę gdzieś pojechać, zostałam z nim w domu. Malutki płakał, prosił, żebym zadzwoniła do mamy, bo zawsze jak jej nie ma, to boli go serduszko. Mam narzeczonego, nazwijmy go XY, którego mój braciszek uwielbia. Zatem powiedziałam mu, że mnie też boli serduszko, kiedy on jest daleko, ale tak wygląda życie — nie da się być cały czas przy osobie, którą kochamy, dlatego należy cieszyć się wspólnymi chwilami i nie marnować ich na kłótnie. Malutki jest rozumny (naprawdę, interesuje się fizyką i pyta mnie o różne zjawiska, a w wieku czterech lat nauczył się literek i podpisywania się), więc myślę, że zrozumiał.
Jednak później dopiero mnie zaskoczył.

Czymś się zajęłam, już nie pamiętam, czym, ale nadal byliśmy w jednym pokoju, a braciszek bawił się na łóżku swoimi pluszowymi przyjaciółmi. Wtedy usłyszałam taką rozmowę:
- XX boli serduszko, kiedy nie jest z XY, ale mam plan! Tylko... Nie mam numeru do XY... Kubusiu, co mam robić? Co? Mam pograć z nią w szachy, żeby nie myślała o XY? To doskonały pomysł Kubusiu!
Zostawił przyjaciół, wziął szachy z szafki na gry i zapytał, czy zagramy. Oczywiście, że zagraliśmy!
A kiedy przyjechała mama, wyjawił mi, dlaczego chciał grać ze mną w szachy i wyraźnie był dumny z siebie, jak mu powiedziałam, że to pomogło.

#pC8x6

Mieszkam w małym miasteczku, w którym prężnie działa lokalny ksiądz proboszcz. To prawdziwy rekin biznesu, w stu procentach poświęcony dobru parafii. Kiedy kościół wymaga remontu, on zdobywa sponsorów i wzorem Owsiaka organizuje koncerty kato-rockowych kapel, podczas których zbierane są talary na ten szczytny cel. Kiedy ktoś mu księdzu donosi, że w nowo wybudowanej podstawówce zapomniano powiesić krzyży w salach lekcyjnych, on kupuje z własnej kieszeni trzy tuziny krucyfiksów i osobiście stawia się w gmachu szkoły w towarzystwie młotka oraz wiadra gwoździ. Kiedy placyk na miejskim rynku wydaje się podejrzanie pusty? Ksiądz proboszcz załatwia hajs na postawienie pomnika.

No i teraz stoi tam taki jebutny Jan Paweł II wykonany z jakiegoś metalu o brązowej barwie. Papież, którego nam sprezentowano, ma natchnioną twarz oraz łopoczącą na wietrze pelerynę. Jego ręka wzniesiona jest ku niebiosom z charakterystycznym, janopawlańskim gestem pozdrowienia.
Szybko okazało się, że dłoń naszego papy idealnie nadaje się do wstawienia tam puszki po piwie, worka ze śmieciami, czy małej doniczki z jakimś miłym dla oka kwiatkiem.

Duchowny jednak poczucia humoru nie miał. Za każdym razem, gdy kazał wyjmować z papieskiej dłoni włożony tam fant, następnego dnia ktoś umieszczał tam coś innego.
Miarka przebrała się, gdy jakiś dowcipniś zainstalował papieżowi wędkę z wiszącą na haczyku okazałą flądrą. Księżulek wkurzył się bardzo i zwerbował dwóch rosłych, wypasionych na snickersach, ministrantów do pełnienia funkcji „straży papieskiej”. Goście stali przy pomniku całą noc, zmieniając się co kilka godzin. Gdy tylko przychodził dzień, „ochroniarze” znikali, a papież dostawał nowy gadżet, na przykład dżojstik od komputera.

W końcu proboszcz sięgnął po radykalne środki. Kazał rzeźbiarzowi urżnąć rękę nieszczęsnego Wojtyły i na miejsce utraconej kończyny wstawić nową dłoń – tym razem zaciśniętą, aby żaden śmieszek nie ważył się więcej bezcześcić pomnika papy.
Teraz Jan Paweł II wyglądał troszkę dziwnie. Rozwiana peleryna, łagodna twarz, lekki garb i wzniesiona w górę pięść. Mieszkańcy naszego miasteczka nie za bardzo wiedzieli, jak odczytywać ten gest. Czyżby Ojciec Święty wygrażał niebiosom? Czy to może metafora dla jego konserwatywnego pontyfikatu? Wątpliwości rozwiał sam proboszcz, który na mszy ogłosił, że papieska piąstka oznacza zwycięstwo. Zwycięstwo w walce ze złem tego świata!

No i super! Wszystko jasne. Następnego dnia naszemu lokalnemu Wojtyle założono na nową dłoń piękną rękawicę bokserską. Teraz wszystko jest znacznie czytelniejsze.

#zreCU

Wedle lekarzy miałam nigdy nie zajść w ciążę. A jednak, ten niespełna 1% ujrzał światło dzienne w marcu 2014 r.
Wymarzona ciąża? Tak. A reszta jak w mordę strzelił. Wszystko nie tak. Przeprowadzka, nagła śmierć Taty, zaraz później psa. Rozpacz, stres, rozczarowanie. Później doszło zmęczenie i tęsknota.
Poród naturalny, chociaż lekarz zagwarantował mi, że nie będę rodzić dłużej niż 8 godz. Rodziłam 19,5 godziny. W cholernych mękach (amniotomia, 2x zewnątrzoponowe, wypychanie łożyska i groźba operacji). Wreszcie przyszła na świat.

I tu jeszcze większe problemy się zaczęły.
Córka wymagająca. Atencja non stop. A ja podupadałam na zdrowiu. Mąż pomagał ile mógł, ale to ja głównie musiałam zająć się dzieckiem.

Ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Nagle zwykłe czynności stały się cholernie trudne.
Chodziłam po lekarzach. Tysiące już poszło w kieszenie, a ja ciągle nie wiem, jaką chorobę ciąża wyciągnęła.
Lekarz rodzinny twierdzi, że to depresja. Psycholog twierdzi, że nie. Ale i tak jadę na antydepresantach.
Serologia ujemna. Czekam na punkcję. Boję się cholernie.
Rodzina ani lekarze nie przyjmują do wiadomości tego, że naprawdę źle się czuję. W ich mniemaniu jestem po prostu nierobem. A dla mnie głupie krojenie chleba jest wyzwaniem.

A wiecie, co jest najgorsze w tym wszystkim? To, że moje dziecko nie będzie miało takiej mamy, jaką zawsze chciałam być.

#a0vSY

Będzie o mojej najlepszej przyjaciółce :) Z E znamy się jeszcze z piaskownicy, kiedy jako najmłodsza 5-letnia dziewczynka biła się z chłopakami o kilka lat starszymi i zawsze broniła najsłabszych. Nasza przyjaźń zaczęła się w momencie, gdy podbiła mi oko, kiedy chciałem zdeptać wszystkie ślimaki, które wyszły po deszczu na chodnik. Teraz ta wariatka ma 22 lata, a ja 26. Ja jestem zawodowym żołnierzem i w kraju jestem bardzo rzadko, ale jeśli już, to prawie cały ten czas spędzam z E. Na wojnie zawsze mam przy sobie nasze wspólne zdjęcie. Kocham ją ponad życie i zrobiłbym dla niej wszystko.

Nigdy wcześniej jednak nie widziałem, by przez kogoś płakała. Widziałem czasem jej zaszklone oczy, ale nigdy nie pozwoliła łzom wypłynąć. Byłem przy niej, gdy odchodzili jej bliscy. Gdy chłopak ją zdradził. Gdy przegrywała oraz gdy wygrywała. Zero łez.

Zapytałem ją kiedyś o to na pogrzebie jej brata. Zapytałem, czemu nie płakała, a ona odpowiedziała, że gdyby rozkleiła się przy bliskich, to nie mogłaby ich wspierać, dlatego powstrzymuje łzy tak długo, jak tylko może. Było mi niesamowicie głupio, bo ja przeryczałem całą ceremonię, a ona cały czas trzymała rodziców za ręce, głaskała po ramionach albo po prostu przytulała i pozwalała, by płakali w jej ramię. Tak płakałem, że obsmarkałem jej nawet sukienkę.

Dziś spędziłem z nią cały dzień. Sprzątaliśmy jej szafkę z książkami i robiliśmy listę, które trzeba jeszcze dokupić. W pewnym momencie przyszedł do nas jej stary, schorowany jamnik. Zaczął szturchać ją nosem i domagał się pieszczot, ale jednocześnie miał zamknięte oczy i głowa kiwała mu się tak jakby był bardzo śpiący.

E wzięła go na ręce i odniosła na sofę, żeby tam się zdrzemnął, ale on wrócił i znowu ją szturchał. Wtedy znowu wzięła go na ręce i powiedziała, że przerwa dla niej, bo musi spędzić trochę czasu z kiełbaską. Powiedziałem, że chyba żartuje, a ona pełna powagi odparła, że ten mały jamnik jej potrzebuje i ona jest gotowa poświęcić każdą swoją minutę życia na przytulaniu go, żeby tylko czuł się bezpiecznie i był szczęśliwy.

Położyła się z nim na sofie. Pies się wtulił w nią jak dziecko w matkę. Leżała z nim 40 minut cały czas go głaszcząc i szepcząc coś, co chyba miało go uspokoić. Po paru minutach pies już spał, a ona płakała. Nie wydała z siebie nawet jednego szlochu, ale z jej oczu lały się strumienie łez. Ta silna dziewczyna płakała tak mocno jak jeszcze nigdy przedtem. Nigdy nie widziałem tak wielkiego cierpienia w jej oczach. A to wszystko przez małego czworonoga, któremu nie zostało już dużo czasu.

Gdy to zobaczyłem, zaszyłem się w kącie jej pokoju i sam rozpłakałem się z tego wszystkiego. Boję się, że gdy ten pies odejdzie, ona odejdzie razem z nim, a ja nie będę umiał jej uratować. Boję się, że nie będę umiał nie płakać, by ją wspierać.

#88lKM

Będzie obleśnie, a tym bardziej, że jestem dziewczyną i generalnie dziewczynki takich rzeczy nie robią. Ponoć.

Mieszkam w akademiku na 10 piętrze. Pewnego dnia z samego rana obudziłam się na przepotężnym i bardzo srogim kacu. A za takim kacem idzie co? Jeszcze gorsza "kac kupa". Wychodzę z pokoju - łazienka zajęta, kąpie się koleżanka. BOŻE ŚWIĘTY. Jelita mi zaraz wykręci... Czekam, tuptam nóżką, chodzę w kółko, skupiam się na czymś innym, a ta dalej się kąpie.

Byłam jeszcze Bogu dzięki pijana... stąd pewnie ten pomysł. Trudno, najwyżej przez tydzień w lusterko nie spojrzę. Wyjęłam z szafki wielką reklamówkę, rozkładam ładnie na podłodze, uszka na bok, żeby wszystko zleciało na środek i by można było ładnie zawinąć.
Przystępuję do akcji. Jak wygląda, jaką ma konsystencję oraz zapach taka kupa każdy wie. A przede wszystkim jaką ma wielkość. Jakbym była facetem, na pewno byłabym dumna. Tak to ujmę.
No OK, narobiłam na środek pokoju... Co teraz? Włożyłam niespodziankę w jeszcze dwie reklamówki DUMNA Z SIEBIE! Ubrałam się i uznałam, że wyniosę na śmieci. Czekam więc na 10 piętrze na windę, kompletnie nie myśląc o tym, że ktoś może wejść czy coś, a gdzie tam. JOLO. Wchodzę do windy, jadę w dół, winda mała i ciasna. Piętro 8., dwie osoby. Piętro 5., jedna osoba. Tak w 4 gnietliśmy się my i moja kupa. Nie mam pojęcia, co sobie o mnie pomyśleli... Bogu dzięki byłam zbyt pijana, aby się tym przejmować i dumnie wyrzuciłam kupę na śmieci.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz. Ale już bez gości w windzie :)

#Ln09P

Miasto klonów?

Moja koleżanka (X) ma klona, dosłownie, wygląda jak ona, widziałam tego "klona" na swojej uczelni i zastanawiałam się, co X tutaj robi, przecież powinna być na drugim końcu Polski. No ale trudno, może mi się wydawało.
Historii z jej klonem jest mnóstwo, ale nie są tu istotne.

Na uczelni mam koleżanki, mają tak samo na nazwisko, a ich imiona brzmią podobnie, coś jak Ewa i Ela. Są do siebie bardzo podobne, z charakteru identyczne, urodziny mają w odstępie kilku dni.

Kiedyś podeszłam do obcej kobiety na przystanku i spytałam "Mamo, co ty tu robisz?". Kobieta zjechała mnie wzrokiem i pyta czy się znamy, dopiero po głosie poznałam, że to nie ona. Dzieciom się zdarza pomylić mamę jak ją widzą z tyłu, ale ja miałam wtedy 18 lat i stałam naprzeciwko niej.

Tak, ja także mam klona. Wiem tylko, że mieszka po drugiej stronie miasta, ma imię bardzo podobne do mojego, ma tyle samo lat co ja, ale nigdy jej nie widziałam, widział ją tylko kolega na aplikacji randkowej i był w szoku. Myślał, że to moje konto, a na dodatek ta dziewczyna była po prostu ubrana jak dziwka. Kilka innych osób także ją widziało, na żywo.

To się zaczyna robić dziwne.

#yaHIe

Pracowałam kiedyś w restauracji jako kelnerka. I jedno mogę powiedzieć - nie ma nic gorszego niż madki ze swoimi bachorami, bo inaczej tego się nazwać nie da.
I już nie mam na myśli tych wszystkich chorych sytuacji z dziećmi w roli głównej, a zachowanie madek.

Czy tak ciężko jest Wam upilnować swojego dzieciaka? O braku wychowania nie wspomnę. Taki dzieciak oczekuje, że to TY mu zejdziesz z drogi. Idę kuźwa z pełną tacą, wąskie przejście, a gówniak idzie patrząc Ci prosto w oczy i nie zejdzie. Madka siedzi i w ogóle nie zwraca uwagi na swoje dziecko, według niej to chyba obsługa na sali ma je niańczyć... Gówniak biegał po sali i coś stłukł? To nie jej wina, to tylko dziecko... Dama obrażona bo jej ktoś zwrócił uwagę.

Raz zdarzyła się taka sytuacja, że dzieciak biegał po sali. No spoko, normalka. Na sali znajdują się wielkie donice z kwiatami i nagle gówniak wyjmuje swoją fujareczkę i szczy do tego kwiatka. Madka patrzy - zero reakcji. Mnie zamurowało, kierownik sali podszedł do madki i się jej pyta grzecznie, czy w domu też mają taki zwyczaj sikania gdzie popadnie. Księżna się oczywiście oburzyła, że jak on śmie ją obrażać, że Brajankowi się tylko siku zachciało i o co ten raban. No do cholery jasnej, łazienki są i to nawet dostosowane do dzieci, a na sali to się je a nie szcza. Królowa żenady wstała i będzie wychodzić, ona to nawet nie zapłaci za to nędzne żarcie takim ludziom jak my co nie potrafią zrozumieć, że to tylko dziecko i że ogóle to ona nam pokaże na co ją stać. No paranoja.
Wystarczyło kilka miesięcy tam, a ja znienawidziłam dzieci na zawsze.

#yDbRW

Kiedy miałam 6 lat, zmarł mój tata. Po prostu poszedł spać, a nad ranem wszystko się stało, karetka, reanimacja, elektrowstrząsy... Później wiadomo, nie było lekko, także dlatego, że zaczęło brakować pieniędzy, więc mama musiała pójść do pracy. Ja i rodzeństwo zostawaliśmy wtedy w domu z babcią lub dwudziestoletnim wujkiem. Wtedy zaczął się mój koszmar, wujek zaczął mnie molestować. Nigdy mnie nie zgwałcił, jednak regularnie mnie dotykał. Działo się to głównie w nocy, kiedy myślał, że śpię. Jako dziecko wiedziałam, że to złe, ale nie wiedziałam jak mam się zachowywać, co robić. Nikomu o tym nie mówiłam. Dlaczego? Bo bardzo się bałam, że nikt mi nie uwierzy i wiedziałam, że on byłby zdolny mnie zbić, bo wcześniej zdarzało się mu mnie uderzyć, nie chciałam też psuć relacji jego i mamy, a także nie chciałam jej dodatkowo przytłaczać w momencie, kiedy było jej tak ciężko. Sytuacja trwała do czasu, kiedy wujek znalazł sobie zaledwie trzy lata starszą ode mnie żonę (miała 15 lat, rodzina kręciła nosami na to małżeństwo, jednak oni oboje byli uparci, dostali dyspensę biskupa, więc ślub doszedł do skutku). Ja z rodzeństwem byliśmy już starsi, więc zostawaliśmy w domu sami. Zawsze miałam dość mocną psychikę, więc wszystkie złe wydarzenia z dzieciństwa po prostu wyparłam i na co dzień o nich nie pamiętałam i tak sobie żyłam spokojnie, nie spotykając wujka za często.

Kiedy miałam 16 lat, pojechałam na babski wieczór z jego żoną, wujka nie było, spędziłyśmy miło czas, a że się zrobiło późno, zostałam na noc. Rano ciotka poszła do pracy, on wrócił z nocki i wsunął się do mojego łóżka, złapał mnie za piersi, powiedział, że to najwyższy czas mnie rozdziewiczyć, powiedział, że nikt nie zrobi tego tak dobrze jak on... Spanikowałam, szybko chwyciłam swoje rzeczy i uciekłam. Do domu dotarłam zapłakana i dopiero wtedy opowiedziałam o wszystkim mamie. Trudno powiedzieć jak zareagowała, uwierzyła, jednak nie był to taki szok, jakiego spodziewałam się wywołać tym wyznaniem. Powiedziała, że wszystkim się zajmie i że mam się już wujkiem nie martwić, bo więcej mnie nie dotknie. Faktycznie nie dotknął, nie widywałam go, ale mama dalej się z nim spotykała, przecież to jej brat - jak to argumentowała.

Miałam i ciągle mam jej to za złe, bo nie tego się spodziewałam. Z kolei mama długo miała mi za złe, że nie powiedziałam jej nic jako dziecko, nie mogła zrozumieć moich powodów. I chociaż nie mam traumy, jestem teraz szczęśliwa, to wszystko czasem do mnie wraca w snach i w nich nadal muszę uciekać.

W przyszłości miało jeszcze miejsce jedno wydarzenie związane z tą sytuacją, ale nie opiszę go tu z powodu limitu znaków. Jeżeli ktoś będzie miał ochotę to przeczytać, mogę kiedyś dopisać co stało się kilka lat później, a jeśli nie, to cóż, po prostu potrzebowałam się wygadać.

#Ic6Zh

Mam 18 lat i chodzę do 2 klasy technikum. Profil zupełnie nietrafiony, męczę się jak cholera. Cóż, moje ostatnie dwa lata życia wyglądały mniej więcej tak: alkohol, randki z przypadkowymi facetami, wagary. W gimnazjum miałam bardzo dobre oceny, a teraz... nawet nie skończę tego roku.

Ostatnio podczas wolontariatu, gdy stałam na ulicy, podeszła do mnie grupka młodych ludzi. Postanowiłam, że porozmawiam z nimi, bo i tak miałam czas. Okazało się, że byli członkami wspólnoty kościelnej. Cóż, wierząca nigdy nie byłam, ale postanowiłam ich wysłuchać do końca. No i jakoś tak się potoczyło, że poszłam na mszę tego
samego dnia.

Nie wiem, czy sobie to wmawiam, ale myślę, że pomogło mi to. Zaczęłam dostrzegać błędy, które popełniałam, postanowiłam się zmienić. Nie jestem ultra wierząca, ale codziennie znajduję czas na chwilę modlitwy. Myślę, że ci ludzie nie zjawili się przypadkiem. Spotkałam ich wtedy, kiedy miałam kryzys i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W pewien sposób mi to pomaga. Podjęłam decyzję, że koniec z dotychczasowymi wyskokami i życiem, jakby jutra miało nie być.

Pierwszym krokiem jest zmiana szkoły na liceum zaoczne. No po prostu nie wyrobię dłużej w szkole, która totalnie mnie nie interesuje. Wiem, że to wywróci moje życie całkowicie, no bo jednak szkoła dzienna a zaoczna to jest różnica dość spora. Wiem, że będę musiała znaleźć pracę, dużo uczyć się w domu, żeby zdać maturę... Myślę, że to najrozsądniejsze rozwiązanie. Boje się tylko reakcji rodziców. Tak że drodzy anonimowi, trzymajcie kciuki za zmiany w moim życiu!
Dodaj anonimowe wyznanie