Wyznanie z serii moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa.
Otwieram oczy i widzę tatę, jak wstaje z łóżka i biegnie zgięty w pół do łazienki. Idę za nim i widzę, jak wypluwa z ust czerwoną substancję. W tym samym czasie mama bierze mnie na ręce i zabiera do pokoju. Zamykam oczy. Kiedy otwieram je ponownie jestem w chłodnym miejscu, otoczony przez ludzi ubranych na czarno. Niektóre twarze bardziej znajome, inne mniej lub wcale. Wiem, że osoba, która trzyma mnie na rękach to mój wujek. Obserwuję, co się dzieje przede mną. Kilku mężczyzn umieszcza jakąś dużą drewnianą skrzynię w wykopanej wcześniej dziurze. Później wszyscy zaczynają do niej podchodzić i wrzucają garść piasku. Wujek stawia mnie na ziemi i mówi, żebym też tak zrobił. Zamykam oczy.
Po latach wiem, że byłem z rodzicami u babci na weekend majowy. W nocy mój tata źle się poczuł i został zabrany do szpitala. Kilka dni później zaraz po podłączeniu nowej kroplówki jego stan się pogorszył. Zmarł na białaczkę, na którą chorował już od dłuższego czasu. Minęło już wiele lat, a wspomnienia nadal wracają w snach.
Podczas spotkania klasowego wspominaliśmy czasy podstawówki. Mieliśmy nauczycielkę, która była bardzo religijna. Uznawała niedzielę za pierwszy dzień tygodnia, modliliśmy się na jej lekcjach mimo tego, że nie była to religia. Nawet swojego syna zmusiła by poszedł do seminarium duchownego.
Niedawno wyszedł na jaw jej sekret. Była aż tak religijna, że poszła do łóżka z księdzem, a jej jedyny syn to dziecko jej i tego księdza.
Pragnę dzisiaj z wami podzielić się moim wyznaniem, które pamietam doskonale, pomimo tego, że zdarzyło się parę lat temu...
Byłam w czwartej klasie, czyli miałam jakieś 10 lat. Był czwartek, wróciliśmy poprzedniego dnia z klasowej wycieczki, zielonej szkoły. Do szkoły muszę jeździć autobusem i kawałek dojść.
Po wyjściu z autobusu, miałam mało czasu do lekcji, więc wybrałam krótszą drogę, przez "patologiczne" osiedle. Idąc czułam, że ktoś idzie za mną, jednak zignorowałam to.
Przechodząc przy jednym miejscu gdzie byli ludzie, obok dentysty, pomyślałam, żeby się tu zatrzymać, ale później, że będzie w domu problem jak się spóźnię. Więc poszłam żwawym krokiem dalej.
Nagle słyszę:
- Jak dojechać do Gdańska, jestem z Warszawy i nie wiem?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie wiem, poszłam dalej, a on za mną...
Kiedy znalazłam się w takim miejscu, gdzie nie było żadnych ludzi, on podszedł i zapytał „Dasz się pomacać po ci**e?” i nie czekając na odpowiedź zaczął kierować swoją rękę do moich spodni. Zamurowało mnie... krzyknęłam „Spier****j” i zaczęłam biec, byłam cała roztrzęsiona. Biegnąc czułam jak próbował chwycić mnie za plecak, jednak nie udało mu się...
Cała rozryczana z glutami ściekającymi z twarzy, pobiegłam na ostatnie piętro w szkole gdzie miałam lekcje. Moją pierwszą myślą było, żeby powiedzieć wychowawcy, ale jednak nie... pomimo, że to nie była moja wina i ja nie zawiniłam, bałam się to powiedzieć, wstydziłam się... Cała trzęsąc się ze stresu przez jedną lekcje tylko o tym myślałam... „Co jeśli będzie czekał na mnie po szkole?!” Itp.
Przez prawie rok czasu bałam się wszystkich mężczyzn, ciemnych uliczek, iść sama nawet kiedy było jasno...
Zawsze myślałem że moje dzieciństwo było nudne i nie ma żadnej historii do opowiedzenia. Jednak ostatnio przypomniało mi się coś, co uświadomiło mi, że od zawsze jestem jakimś perwersem.
Miałem wtedy jakoś 7 lat może. Miałem w domu taka wielka piłkę gimnastyczną z dwoma chwytakami do góry. Była naprawdę świetna, ale w końcu przyszedł na nią czas i pękła z wielkim hukiem. Pozostawiła po sobie ślad oczywiście. A dokładniej pozostała po niej ta część z chwytakami, która po pęknięciu przypominała stanik z dwoma sutkami wielkości dobrej kiełby.
I tutaj przechodzimy do historii właściwej. Tego dnia przyszedł do mnie sąsiad - mój rówieśnik. Strasznie nam się nudziło i nagle, któryś z nas zaproponował, żeby zacząć się całować po... tyłku. Schowaliśmy się za domem i dawaj... Żeby nie było - robiliśmy to w ubraniach, tak że nie aż tak ekstremalnie. W pewnym momencie znudziło nam się i to, więc postanowiliśmy poszukać większych wrażeń. Wtedy znaleźliśmy tę pozostałość po piłce. Wspólnie obmyśliliśmy zabawę roku - zabawę w matkę. Jeden z nas (ja) przytrzymywał sobie resztkę z piłki na wysokości klatki, że niby ma stanik czy coś, a drugi udaje dziecko i ssie wystające chwytaki. Jak sobie przypomnę z jaką zawziętością stymulował te sztuczne piersi, to aż zazdroszczę przyszłej dziewczynie.
Z tego co pamiętam znudziło nam się i więcej do tej rozrywki nie wróciliśmy, ale skąd ten pomysł w ogóle... Nie mam pojęcia. Nie wiem też, czy on pamięta, bo mi sytuacja dopiero teraz się przypomniała.
A przypomniała, bo moja młodsza siostra dostała właśnie identyczną piłkę... Mam nadzieję, że się choć trochę różnimy, albo że jej piłka nigdy nie pęknie.
Będzie o tym jak nauczyciele zabijają jakiekolwiek ambicje i chęci.
Nie byłam nigdy prymusem, ale starałam się dobrymi oceami jakoś tam poprawić rodzicom humor. Po prostu, fajnie było widzieć jak się cieszą z 4 czy 5, a nie za bardzo chciało mi się uczyć.
Na koniec chyba 4 klasy podstawówki, dla mnie wtedy bardzo poważny stopień edukacji, wyjście z klasy 1-3, nowe przedmioty, chodzenie na lekcje do innych sal. Uznałam, że fajnie będzie mieć ten słynny czerowny pasek na świadectwie. Do magicznej średniej 4,75 brakowało mi z tego co pamiętam wyższej oceny z 3 przedmiotów. Był to język polski, przyroda i coś jeszcze... Tak czy tak nauczyciele z wielką chęcią mnie dopytywali żeby tę ocenę podnieść... poza panią od polskiego. Nie poszło mi chyba z przyrodą, nie wyciągnęłam na ocenę wyżej, szanse na czerwony pasek prysły. Został tylko polski, mówię no trudno chociaż z tego może uda mi się podnieść ocenę, zawsze coś prawda?
Uczyłam się tej gramatyki, chyba były wtedy zdania złożone (mogą mi się mieszkać pewne fakty bo było to dobre -naście lat temu, za co przepraszam), pani od polskiego dowiedziała się, że nie udało mi się poprawić oceny z przyrody i chyba była zła, że mimo wszystko próbowałam jeszcze z tym polskim.
Wzięła mnie wielce obrażona do odpowiedzi i kazała rozłożyć właśnie na zdanie podrzędne, nadrzędne itp zdanie "X okłamuje nauczycieli, bo chcę dostać lepszą ocenę, chociaż nie ma szans na świadectwo z paskiem", X to oczywiście ja :) I teraz sobie pomyślcie jak poczuła się dziewczynka, lat 10? 11? (dodatkowo z dość sporą nadwagą przez co i tak bywała wyśmiewana). Która stała przed tablicą i nauczyciel zarzucił jej kłamstwo (do tej pory nie wiem na jakiej podstawie) tylko dlatego, że chciała mieć lepszą ocenę.
Nie udało mi się poprawić oceny, bardzo się wtedy zestresowałam i nie poszło mi. Świadectwo z paskiem miałam dopiero w 6 klasie (zmieniła nam się pani od polskiego :)) A moi rodzice nie byli tyranami z niespełnionymi ambicjami z dzieciństwa, po prostu ja lubiłam im robić niespodzianki w takim stylu :)
Ostatnio sporo wyznań o zaręczynach, o nie takim co trzeba pierścionku. On chciałby się oświadczyć, bo jego rodzice naciskają (ślub -> dzieci itd.). A ja od początku mówiłam, że o ślubie, dzieciach i całej reszcie może zapomnieć.
Kupiłam sobie pierścionek, pokaźny, cenowo może szału nie robił, ale spokojnie można uznać, że zaręczynowy.
Komentarze znajomych: "No w końcu!", "I jak? Co zrobił? Co powiedział?".
Kompletnie nie wiedziałam o czym mowa. Reakcja znajomych "No jak to! Oświadczył się! Najwyższa pora! Jesteś w takim wieku, że zegar biologiczny tyka, musicie zaraz brać się za robotę, abyś szybko urodziła. Przy jego zarobkach, możesz siedzieć w domu i nic nie robić".
Powiedziałam, że sama sobie kupiłam pierścionek i nie jest on zaręczynowy. A dzieci mieć nie będziemy, bo ja nie chcę.
Reakcja znajomych? Zostałam zwyzywana, zmieszana z błotem. Dowiedziałam się, że on przeze mnie się marnuje i traci życie, że najlepsze lata ma za sobą i może mieć problem, aby zostać ojcem, więc powinnam być mu posłuszną.
A co ze mną? To raz. Dwa przecież z nim o tym rozmawiałam, zgadzał się na wszystko (brak ślubu, brak dzieci).
To co? Mam na siłę dogodzić kilku osobom?
Kiedyś, jako dziecko, chciałem zobaczyć, jak to jest być zwierzęciem - a dokładniej psem.
Niestety nadszedł moment, w którym trzeba było iść za potrzebą, tą grubszą.
Jako że nadal udawałem psa, postanowiłem zrobić to na trawnik... Przed domem.
Widziało to kilku sąsiadów, mam nadzieję jednak, że nikt tego nie pamięta, albo chociaż nie kojarzy tego ze mną.
Dzisiaj będzie z serii "stare to, a głupie". Pół dnia się zastanawiałam, czy o tym napisać.
Do rzeczy: wczoraj z facetem spędzaliśmy miły wieczór na mieście. Akurat byliśmy w knajpie, kiedy ktoś postanowił powiercić wiertarką w moim brzuchu. Szybka akcja - toaleta...
Wieczór miły, a ja czułam, że to nie będzie ostatnia moja wizyta w łazience. Chcąc ratować to spotkanie, przeszukałam torebkę. Jedyne co miałam przy sobie i WYDAWAŁO mi się, że coś tym ugram, to... tampon.
Wsadziłam go.
Na sraczkę nie pomogło. :(
Na trzecim roku studiów podjęłam praktykę asystencką i wolontariat w jednym z przedszkoli integracyjnych w Warszawie. Opiekunką praktyki była nauczycielka Pani Ewa M.
Nie była stara, ale strasznie wypalona. Ciągle powtarzała, jaki to ona błąd zrobiła wybierając jako kierunek studiów pedagogikę zamiast na przykład prawa.
W grupie był czterolatek z lekką niepełnosprawnością intelektualną. Któregoś dnia podczas leżaczkowania poszedł zrobić do toalety kupę. Miał dłuższe posiedzenie i wymagał pomocy przy podcieraniu pupy. Pani Ewa skwitowała podczas heheszek z panią woźną, że "ona nie jest od podcierania tyłków" Kiedy chłopiec wrócił na swój leżaczek widziałam, że ciągle wkłada rękę w majtki i drapię się w tyłek, a potem wyciera rączki we włosy.
Teraz, po latach wyszukałam Panią Ewę M. w internecie. Byłam ciekawa czy nadal pracuje jako nauczyciel grupy w przedszkolu integracyjnym. Nie. W tym już nie pracuje. Teraz jest pedagogiem specjalnym w szkole specjalnej. Musiała skończyć studia podyplomowe.
Czemu takie baby wybierają pracę z dziećmi? Żal.
O dziecka odczuwam dziwne podniecenie jak ktoś dotyka lub bawi się moimi rzeczami, przyborami szkolnymi itd.
Przykład: szkoła, lekcja, przede mną siedzi koleżanka lub kolega i w którymś momencie odwraca się i bawi się np moim piórnikiem, otwiera, pożycza kredkę albo się na nim podpisuje. W tym samym momencie oblewa mnie przyjemny dreszcz i chcę żeby ten ktoś robił to jak najdłużej.
Myślałam, że z tego wyrosłam...
Aktualnie pracuję w banku. Wczoraj była u mnie klientka z około pięcioletnią córką. W międzyczasie gdy ja omawiałam warunki kredytowe, dziewczynka wzięła sobie mój ołówek i zaczęła się nim bawić. Znowu dostałam gęsiej skórki i dopóki mała nie skończyła macać rzeczy na moim stanowisku pracy, to ja czułam przyjemne dreszcze na całym ciele.
Nie wiem czy to kwestia jakiegoś fetyszu, ale to nie jest tak, że mam ochotę się bzykać z kimś kto to robi.
Po prostu uwielbiam gdy ktoś maca moje rzeczy.
Dodaj anonimowe wyznanie