Mam 18 lat i chodzę do 2 klasy technikum. Profil zupełnie nietrafiony, męczę się jak cholera. Cóż, moje ostatnie dwa lata życia wyglądały mniej więcej tak: alkohol, randki z przypadkowymi facetami, wagary. W gimnazjum miałam bardzo dobre oceny, a teraz... nawet nie skończę tego roku.
Ostatnio podczas wolontariatu, gdy stałam na ulicy, podeszła do mnie grupka młodych ludzi. Postanowiłam, że porozmawiam z nimi, bo i tak miałam czas. Okazało się, że byli członkami wspólnoty kościelnej. Cóż, wierząca nigdy nie byłam, ale postanowiłam ich wysłuchać do końca. No i jakoś tak się potoczyło, że poszłam na mszę tego
samego dnia.
Nie wiem, czy sobie to wmawiam, ale myślę, że pomogło mi to. Zaczęłam dostrzegać błędy, które popełniałam, postanowiłam się zmienić. Nie jestem ultra wierząca, ale codziennie znajduję czas na chwilę modlitwy. Myślę, że ci ludzie nie zjawili się przypadkiem. Spotkałam ich wtedy, kiedy miałam kryzys i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. W pewien sposób mi to pomaga. Podjęłam decyzję, że koniec z dotychczasowymi wyskokami i życiem, jakby jutra miało nie być.
Pierwszym krokiem jest zmiana szkoły na liceum zaoczne. No po prostu nie wyrobię dłużej w szkole, która totalnie mnie nie interesuje. Wiem, że to wywróci moje życie całkowicie, no bo jednak szkoła dzienna a zaoczna to jest różnica dość spora. Wiem, że będę musiała znaleźć pracę, dużo uczyć się w domu, żeby zdać maturę... Myślę, że to najrozsądniejsze rozwiązanie. Boje się tylko reakcji rodziców. Tak że drodzy anonimowi, trzymajcie kciuki za zmiany w moim życiu!
Czasem bywa tak, że dowiadujesz się, że byłaś zdradzana już po roku swojego małżeństwa, będąc w drugiej ciąży. Dowiadujesz się też o narkotykach, korzystaniu z panienek typu Roxa, dowiadujesz się też o ogromnym zadłużenia poprzez notorycznie niepłacenie składek ZUS, dowiadujesz się o kłamstwach internetowych..
Urodziłam, wzięłam rozwód. Obecnie mieszkam u mamy. Mama ma depresję, można powiedzieć - z deszczu pod rynnę. Alkohol i agresja.
Czasami chciałabym po prostu umrzeć, ale muszę żyć dla dzieci. Gdzie ich ojciec? Ano tak po prostu zniknął z naszego życia. Z cudownego mężczyzny zmienił się w menela. Miało być pięknie, a jest koniec bajki.
Jak by to powiedzieć... żyję w patologicznej rodzinie. Ale spokojnie, to nie będzie mówienie o tym, jak wielką traumę mam z tego powodu.
Schematyczna sytuacja: ojciec alkoholik, mama, która nie potrafi nic z tym zrobić i ogólnie jakby problemu w ogóle nie było, bo to "normalne" ;)
Awantury po pijaku, bicie mnie, rodzeństwa i mamy było czymś, co dosyć często się zdarzało, ale ojciec nawet na trzeźwo jest zwykłym damskim bokserem.
Przez to wszystko ukształtował mi się dosyć buntowniczy charakter względem kochanych rodziców. Często się kłócę z nimi o samo to, kto ma rację, najbardziej skora do kłótni jest matka, która z ojcem nieźle się dobrała, jedno wyniszcza cię fizycznie, drugie psychicznie. Jedyna wartość, która się dla nich liczy, to pieniądz. Nie pokazali nigdy, co to prawdziwa przyjaźń, miłość czy lojalność.
Nawet ciężko określić, które z nich jest gorsze. Mama zawsze próbuje mieć rację, a rzadko ją ma, robi problemy o byle głupotę, a kiedy coś już jej powiesz bardziej osobistego, to przy najbliższej kłótni wykorzysta to przeciwko tobie i cię naobraża. A ojciec to zwykły (nie)pijący, który przez twoją kłótnię z mamą szukał wymówki, żeby się na kimś wyładować i ciebie pobić. Kiedy ktoś inny był jego ofiarą, to wielki koniec świata, oburzenie, ja często stawałam w obronie mamy czy rodzeństwa jak byłam młodsza, a zaznaczę, że nawet nie jestem tym najstarszym dzieckiem. Kiedy mnie pobił, wszyscy się patrzyli i nikt mi nie pomógł, nie odciągnął go, bo ja na to sobie zasługuję przez swoje pyskówki.
Szkoda tylko, że nikt nie pokazał mi innego sposobu na wyrażanie emocji z wyjątkiem krzyczenia i używania brzydkich słów. Jak tylko wracam do domu i ich widzę, czuję się źle i cała radość ze mnie uchodzi.
Nie chcę być taka jak oni. Chcę założyć rodzinę opierającą się na miłości i zaufaniu. Oby mi się to w przyszłości udało.
Piękny wiek nastoletni. Hormony dały o sobie znać.
Wpadłam na piękny pomysł. Do teraz mi jest za to strasznie wstyd.
W garażu ojciec ma przeróżne narzędzia, jakieś wiertarki, śrubki itp. Gdy naszła mnie chcica, wzięłam jeden z największych śrubokrętów i pod prysznicem zrobiłam co należy.
Rozdziewiczył mnie śrubokręt minus 8x250.
PS. Moja mama znalazła go schowanego pod szafką, ale na szczęście nawet nie zastanawiała się, co on robi w łazience.
Nikt nigdy nie zawiódł mnie tak jak mój mąż. Zaszłam w nieplanowaną ciążę, ale obydwoje się ucieszyliśmy. Do momentu, gdy lekarz nie oznajmił, że to ciąża pozamaciczna i klasyfikuje się tylko do usunięcia, bo inaczej może się to dla mnie skończyć tragicznie. Mimo tego, że kochałam dziecko, wiedziałam, że niestety nie mogę go urodzić. Nie chciałam umierać, strasznie się bałam. Potrzebowałam wtedy wsparcia.
Jak zareagował mój mąż? "A może jednak spróbujesz urodzić? W razie czego ja się dzieckiem zajmę". Mój własny mąż z kamienną twarzą oznajmił mi, że mogę sobie umrzeć, tylko na dziecku mu zależy. Czułam, jakby moje serce rozpadło się na milion kawałków oraz jak bezwartościowe jest moje życie.
Ciąże usunęłam wedle zaleceń lekarza. Źle to przeszłam, nawet bardzo źle, bo straciłam dziecko, ale i również męża. Chciałam odejść od niego po tych słowach, jednak on przekonywał, że bardzo mnie kocha (poważnie?), ale nadal został przy swoim zdaniu. Byłam tak potwornie zraniona, że wyprowadziłam się do rodziców. Później złożyłam pozew o rozwód. Na rozprawę nadal czekam, ale przez ten czas zdążyłam nabawić się depresji przez te wydarzenia. Jestem wykończona.
Opiszę wam najbardziej traumatyczną sytuację w moim życiu.
Mam 5 lat młodszą siostrę. Dobrze się zawsze dogadywaliśmy, mieliśmy podobny gust muzyczny, lecz rodzice nigdy jej nie pozwalali chodzić ze mną na koncerty. Wreszcie, gdy miała 16 lat, pozwolili jej pójść ze mną na pierwszy w jej życiu koncert.
Pamiętałem, jak to jest być 16-latkiem, więc pozwoliłem siostrze wypić ze dwa piwa - nic wielkiego, ale sprawia przyjemność. Gdy kończył grać ostatni support, przecisnęliśmy się pod barierki. Zaczyna się koncert, wszyscy się dobrze bawią, z tyłu robi się młyn, a że siostra niedoświadczona w tych sprawach, nie wiedziała jak się zachować, gdy ludzie na nią napierają. Stanąłem za nią, żeby jej nikt nie zgniótł.
Po jakimś czasie zauważyłem, że gdy ludzie mocno naciskali, to zaczynała również ich odpychać. Myślę sobie "brawo, szybko się uczysz". Jak się okazało, nie chodziło o to...
Pod koniec koncertu poczułem, że siostra tyłkiem ociera się o moje krocze. Konsternacja, zażenowanie... Odsuwałem się, a ona znowu się przyklejała tyłkiem do mnie. Rzuciłem jej tylko do ucha "idę zapalić" i poszedłem. Wypaliłem chyba ze 3 fajki czekając na nią, aż wyjdzie z klubu. Podczas powrotu nie odezwałem się do niej, choć ona trajkotała jak powalona.
Pomyślałem, że to przez te piwo, że się dziewczyna upiła i zaczęło jej odwalać. Niestety, przez kilka następnych tygodni, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechała się zalotnie.
To był nasz pierwszy i ostatni wspólny koncert.
Od tego czasu minęły 4 lata, a ona niedawno wyznała mi, że gdy była niepełnoletnia, jej ulubionymi filmikami porno było "brother&sister" i chciała też tak pożegnać się z dziewictwem...
Od dobrych paru lat miałam nawracającą infekcję intymną. Kilku ginekologów, mnóstwo leków, sporo dodatkowych badań, a efekty na krótko bądź wcale.
Za kilka dni minie pół roku, jak jestem w pełni zdrowa. Cud? Nie. Komentarz pod jednym z wyznań tu na Anonimowych o treści mniej więcej: "Wiele kobiet nie wie o tym, że podcierać należy się od przodu do tyłu".
Ja nie wiedziałam, a do przodu było mi wygodniej. Po przeczytaniu tego stwierdziłam, że to pewnie nic nie da, bo chyba któryś z lekarzy rozpoznałby ten rodzaj bakterii, ale nie zaszkodzi zmienić złego nawyku. A jednak pomogło. I nie wiem, kto był autorem tego komentarza, ale chcę tej osobie bardzo serdecznie podziękować, bo okazała się bardziej pomocna niż kilku lekarzy. I może ja tym wyznaniem też jakiejś kobiecie pomogę.
PS. Obecnemu ginekologowi się nie przyznałam, bo trochę mi było głupio, że sama sobie fundowałam chorobę przez kilka lat.
Za czasów mojego dzieciństwa nie było tyle smaków tic taców jak teraz. Smaków było bardzo mało, bo z tego co pamiętam to był miętowy, mocna mięta i pomarańczowy, no i miały bardzo nudne kolory, no bo białe. Miałam taki lekki ból tyłka, gdyż wujek z zagranicy przywoził mi tic taki w różnych kolorach i smakach, które nie były jeszcze dostępne w Polsce. Dostawałam tic taki różnych kolorów, ale wśród nich nigdy nie dostałam czerwonych, które za wszelką cenę chciałam mieć.
Codziennie po przedszkolu przeglądałam się w ogromnym lustrze w przedpokoju i z tego co zaobserwowałam jak stanęłam tyłem do światła, pod odpowiednim kątem do lustra, mój nos w środku przybierał kolor czerwony i było w nim jasno, więc już możecie się domyślać, na jaki głupi pomysł wpadłam... Otóż włożyłam sobie tego tic taca do nosa i w tym momencie zaczęłam aż skakać z radości, bo w końcu udało mi się zobaczyć czerwonego tic taca. Niestety moja radość się prędko skończyła, gdyż tic tac utknął w nosie. No więc zgadujcie jakim genialnym pomysłem zabłysnęłam! Wpadłam na pomysł, aby do nosa władować wszystkie tic taki, jeden po drugim, bo myślałam, że jakoś z nosa wylecą tylną przegrodą, tak jak gile, które się zassie... Tic taców było coraz więcej i coraz głębiej w obydwu dziurach w nosie.
No i teraz wyobraźcie sobie, jak wasze dziecko przyłazi do was z płaczem, zakrwawioną twarzą i nosem jak wielki ziemniak czarnobylski. Tak, władowałam całe opakowanie do obydwu dziurek w nosie, w żaden sposób nie dało się wyjąć choćby jednego, a na dodatek aromat miętowy zaczął podrażniać mi śluzówkę i nie mogłam przestać kichać, co tylko jeszcze bardziej zaczęło rozwalać mój biedny mały nosek od środka.
Od razu matka władowała mnie do samochodu i pojechaliśmy do szpitala, no ale oczywiście lekarz prowadził operację, więc musieliśmy czekać. Ojciec widząc jak cierpię wziął mnie na kolana i próbował odessać jego ustami tic taki i nawet mu się udało jednego odessać, ale na tym historia się nie kończy, bo tic taców w nosie miałam o wiele więcej, a ojciec... no cóż, zachłysną się tym wyssanym ze mnie cukierkiem i stracił przytomność na minutę. Zaraz potem przyszedł lekarz i weź tu mu wytłumacz, co tu się odwaliło :D
Jutro mam imieniny i zgadnijcie co mój brat mi kupił? Ogromny karton tic taców, ale wiecie co? W środku nie ma czerwonego, a ja mam nadzieję, że przez to nie wpadnę na podobny do dawnego pomysł i kogoś nie zabiję, wliczając w to siebie.
Jestem matką półrocznego dziecka. Pogoda dopisuje, więc codziennie robię długie spacery. I cholera jasna mnie trafia przez zachowanie dorosłych ludzi. Czasem się czuję, jakby moje dziecko było wszystkich, a nie moje.
Nagminne pchanie rąk do wózka, by złapać za rączkę. Nie trzymam dziecka w sterylnej klatce, ale nie chcę, by obcy ludzie dotykali rąk mojego dziecka, skoro wiem, że te same ręce za 5 sekund trafią do jego ust. Cholera wie jakie zarazki obcy ludzie mają na swoich rękach. Na zwrócenie uwagi ludzie zazwyczaj reagują świętym oburzeniem, bo przecież "chciałam się tylko przywitać".
Hitem była babka, która mi chciała odjechać wózkiem. Byłam w sklepie przy kasie, przez moment, gdy płaciłam, nie patrzałam na wózek. A tu jakaś starowinka chciała nim odjechać. Tylko zapomniała o hamulcu. Opieprzyłam babę, bo co ona wyprawia? "Chciałam tylko pobujać, bo dziecko się nudzi". Nie płakało, grzecznie patrzyło na zabawki.
Chociaż tę babkę przebiła babcia ze średniej wielkości kundlem, który oparł mi się łapami o wózek, w momencie gdy się mijałyśmy. Na moje oburzenie babcia zareagowała, że psiaczek chciał tylko zobaczyć dzidziusia, bo on tak kocha dzieci!
Tak się zastanawiam, czy to moje dziecko, czy państwowe, że nikt mnie o zgodę nie pyta, z góry zakładając, że wszystko może robić.
Jakiś czas temu w związku z rozwojem firmy, w której pracuję, a co za tym idzie zwiększeniem zakresu moich obowiązków, szef postanowił zatrudnić "nową", aby mnie odciążyła. Problem polega na tym, iż po pół roku pracy z nią mam ochotę rwać sobie włosy z głowy lub przydzwonić jej czymś ciężkim i obserwować jak krwawi. Dziewczę (10 lat ode mnie młodsza) po 2 kierunkach studiów - tu zasada, że studia nie zawsze idą w parze z inteligencją, znajduje jak najbardziej swe zastosowanie.
Sytuacja 1.
Cokolwiek jej powiesz, pokażesz, ona zapomni po 5 minutach. Możesz jej powtarzać przez pół roku, ona i tak nie zapamięta. Zrobisz jej ściągę z notatkami, nie umie z nich korzystać.
Sytuacja 2.
Walcząc z jej demencją zasugerowałam, aby sama robiła sobie notatki, listę spraw. Jej biurko pokrywa sterta żółtych, samoprzylepnych karteczek, a ona nie potrafi rozszyfrować co na nich zapisała i o czym miała pamiętać, bo zapomniała o co jej chodziło!
Sytuacja 3.
Ma dziecię w przedszkolu. Sama mam dziecię i dobrze pamiętam, jak moje w przedszkolu chorowało, rzecz normalna, odchorować swoje musi. Zadziwiające jedynie jest to, iż jej dziecię zawsze choruje tuż przed weekendem, tj. w piątek, ewentualnie w poniedziałek (weekendy mamy wolne) .
Sytuacja 4.
Sama też dużo choruje, podobnie jak jej dziecko zazwyczaj w piątek albo poniedziałek. Ostatnio rozchorowała się aż na te wskazane dwa dni, we wtorek przyszła do pracy ze zrobionym brwiami u kosmetyczki i włosami po fryzjerze. O zdjęciach na fb ze spaceru (w weekend) po parku nie wspomnę - może jak miała gorączkę to lunatykowała?
Jestem sfrustrowana, mam ochotę ją zatłuc. Moja niechęć do niej urosła do tego stopnia, że oznajmiłam naszemu szefowi, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, to ją zepchnę ze schodów. Szef nic z tym nie zrobił, reszta ludzi w firmie jak ma coś do załatwienia z naszym działem, to pisze/dzwoni do mnie, bo tamta łajza o wszystkim zapomina, więc sensu powierzania jej czegokolwiek nie ma. Zamiast pomocy mam osobę, która zużywa powietrze i dodatkowo mnie irytuje. Sama już nie wiem co mam robić...
Dodaj anonimowe wyznanie