Jak byłam mała, to mieszkał z nami student, który wynajmował u nas pokój. Czasami przychodził i z nudów oglądał sobie ze mną jakieś bajki (pewnie miał sesję). Raz usiadł na fotelu, westchnął i powiedział:
- Ech, coraz głupsze te kreskówki robią...
Był rok 2006.
Oglądałam Myszkę Miki z 1929 roku :D
Cześć. Kojarzycie historię #tRfWJ w MPK z moherem w tle?
Pora na jej kontynuację.
W komentarzach wyszła z tego niezła burza. Zwłaszcza gdy okazało się, że przeczytała ją osoba, której szukałem. Wielu z czytelników Anonimowych chciało wiedzieć co dalej, tak więc jestem, żeby Wam opowiedzieć.
Jak tylko odnalazłem koleżankę Brunetki na uczelni, chciałem z nią porozmawiać o sytuacji. Ku mojemu zaskoczeniu ucieszyła się na mój widok i odezwała się pierwsza:
– Już wszystko słyszałam. Dostałam pozwolenie, żeby podać ci jej numer – i podyktowała mi go. Dała nam swoje błogosławieństwo.
Napisałem do Brunetki, chcąc się upewnić, że dostałem dobry numer. Tak, to była ona. Porozmawialiśmy o tym, co było w MPK i dlaczego tak trudno było mi ją znowu spotkać - raczej nie podróżuje często w tamte strony.
Jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się na spotkanie, ale nie wytrzymałem i pojechałem po nią, gdy skończyła pracę. Odwiozłem ją do domu (ma fajnego kota). Praktycznie nie mogliśmy przestać rozmawiać. Okazało się, że mamy mnóstwo takich samych zainteresowań i poglądów. To chyba pierwszy raz, kiedy z kimś tak dobrze się dogadywałem.
Spotykaliśmy się regularnie co jakiś czas, a jadaczki praktycznie nam się nie zamykały. Czasami ciężko było się rozstać, żeby iść w swoją stronę. Namówiła mnie kilka razy na ciekawe pozamiejskie wycieczki, zarażając mnie swoimi pasjami. Nie znam nikogo poza nią, kto niczym kot wespnie się na 10-metrowe drzewo, trafi do celu oddalonego o 100 metrów strzelając z łuku albo ma tyle książek w pokoju.
Naprawdę jestem pod wrażeniem, bo ja pewnie spadłbym z drzewa albo złamał strzałę i choć sam lubię czytać, to takiej biblioteki nie mam.
A dziś, cóż... Jesteśmy parą. Ciągle jestem zaskoczony, że wyznanie na Anonimowych sprawiło, żeby wszystko potoczyło się po mojej myśli. A nawet lepiej.
PS Patriota - już raz prawie dostałem strzałą, ale na szczęście w porę zrobiłem unik :D
Już od prawie 10 lat jestem szczęśliwą żoną i jakby na to nie patrzeć, życie cudownie nam się układa. Mamy z mężem dwójkę dzieci (6 i 3 lata). Jestem również spełniona zawodowo, pracuję tam, gdzie zawsze chciałam, to co robię sprawia mi ogromną przyjemność + dużo zarabiam.
Z tego ostatniego względu, kiedy zaszłam w pierwszą ciążę oboje postanowiliśmy, że to mój mąż zajmie się naszą pociechą i w przyszłości kolejnymi, a ja będę nas utrzymywała finansowo. Planowaliśmy utrzymywać taki układ dopóki dzieci nie będą już na tyle samodzielne, żebyśmy mogli zostawiać je same w domu i przydzielić im jakieś drobne obowiązki. Wydawało się to logiczne - zarabiam prawie trzy razy tyle co mąż, lubię to co robię i brakowałoby mi tej możliwości samorealizacji. Mąż nigdy nie miał i nadal nie ma nic przeciwko temu, że zarabiam więcej, a nawet jest ze mnie bardzo dumny, nie ma też oporów przed prowadzeniem domu czy zajmowaniem się dziećmi, bo to przecież żadna haniebna praca.
Tak też zrobiliśmy - kiedy zakończył mi się "obowiązkowy" okres urlopu macierzyńskiego, całą resztę "przełożyliśmy" na męża, jak również to on postarał się o urlop wychowawczy. Kiedy i ten okres się skończył - zatrudniliśmy nianię, a mąż wrócił do pracy, jednak po kilku miesiącach postanowiliśmy, że całkowicie z niej zrezygnuje.
Niby nic takiego, nie? Normalny układ, ustalony dobrowolnie przez dwóch dorosłych ludzi?
Niby tak - dla nas. Za to otoczenie dało nam w kość.
Jeszcze przed ślubem koledzy męża śmiali się, że jak tak można zarabiać mniej od swojej baby?! Męska duma nie gryzie?! Uważaj, bo zrobi z ciebie pantofla itd. itp. Ogólnie tego typu teksty w tamtym okresie nie robiły na nas wrażenia.
Pod górkę zaczęło być w momencie, kiedy oczekując pierwszego potomka, na spotkaniu ze znajomymi ogłosiliśmy nasze plany. Tak oto "narodził się" kur/ kogut domowy, mężczyzna niemęski, bo pantofel to określenie łagodne. Ja za to okazałam się być feministką/ feminazistką, wyrodną i samolubną przyszłą matką, upokarzającą swego mężczyznę, który powinien być jej panem, obrońcą i bankomatem. W mojej pracy padły określenia, jakobym żyła z nierobem i utrzymankiem. U męża za to niedowierzanie i śmiech, kiedy przejmował macierzyński.
I wiecie co? Nadal nic sobie z tego nie robiliśmy. Nawet mogliśmy przesiać swoich znajomych i "przyjaciół" jak przez przez sito oraz ograniczyć kontakt z niektórymi członkami rodziny. Nie jesteśmy typem osób, które przejmują się tym, co inni gadają.
Aż do zeszłego tygodnia. Wybuchłam.
Mój syn musiał przy jakiejś okazji w przedszkolu wspomnieć, że u niego mama pracuje, a nim i siostrą zajmuje się tata. Któreś z dzieci powtórzyło to rodzicom.
W ten sposób opieka społeczna i inne służby zrobiły na nas nalot.
Bo skoro facet zajmuje się dziećmi to znak, że jest pedofilem, prawda?
Moi rodzice od dobrych 10 lat prowadzą własną restaurację.
Pewnie większość pomyśli, co w tym jest niby takiego niezwykłego, ano mianowicie to, że jest to restauracja, w której od ok. 3 lat panuje całkowity zakaz przychodzenia z dziećmi. Nim grupa madek uciśnionych przeklnie za tę okropną i dyskryminującą (ich zdaniem) decyzję moich rodziców, mnie i następne sześć pokoleń, chcę objaśnić, co zmusiło moich rodziców do takiej decyzji.
Od początku nasz lokal skierowany był do szerokiego grona konsumentów, jednak nie ukrywając, wiele uciążliwych dla personelu i pozostałych gości sytuacji wynikało właśnie ze swawoli najmniejszych gości. Bieganie po sali, między stolikami i tacami kelnerów było chlebem powszednim. Oczywiście zdarzały się również maluchy, które grzecznie siedziały przy stoliku z rodzicami lub cicho i spokojnie bawiły się przy rodzicach i nikomu tym nie wadziły. Problem narastał przez bardzo długi czas, ponieważ w wielu przypadkach zwrócenie uwagi rodzicom niesfornych dzieci nie przynosiło żadnego rezultatu. "Przecież to tylko dziecko, co mam z nim zrobić, do krzesła przywiązać?!", czy nasze ulubione "Czy ma pan/pani dzieci?!" były standardową reakcją obronną.
Czarę goryczy przelała sytuacja, w której przez jednego rozwydrzonego dzieciaka ucierpiał nasz pracownik. Dziecior biegał jak opętany po całej sali, nachalnie zaczepiał innych gości, chcąc próbować wszystkiego co ci zamówili. Za żadne skarby nie dało się go spławić, więc w końcu jeden z rozgoryczonych gości zażądał rozmowy z właścicielem. Ojciec z racji tego, iż właśnie robił coś na zapleczu, poprosił kelnera, który właśnie obsługiwał zdenerwowanego gościa, by przekazał, że za chwilkę do niego podejdzie. Kelner ledwo wyszedł, a po chwili usłyszeliśmy głośny huk i przerażający krzyk.
Co się okazało?
Ano kelner szedł do stolika z wazą gorącej zupy i wtem, wprost na niego, wpadł rozpędzony bachor, ten sam, który przez cały czas dręczył gości. W efekcie nieoczekiwanego zderzenia biedny kelner wylał całą zawartość wazy na siebie.
Myślicie, że rodzicom tego demona było chociaż przykro z powodu tego, do czego przyczyniło się ich dziecko?
Ano nie było. Wręcz przeciwnie, zaczęli drzeć japy, że na miejscu kelnera mogło być ich ukochane dziecko i że oni tego tak na pewno nie zostawią!
Ojciec wybiegł z zaplecza w ciągu kilku sekund, bordowy ze złości, i kazał rodzicom wynosić się z lokalu.
Oczywiście nie mieli oni takiego zamiaru, "toż to dyskryminacja!", jednak ojciec zagroził, że jeśli dobrowolnie się nie wyniosą, to wezwie policję i opowie im, jak doszło do wypadku.
Sam zabrał poparzonego chłopaka i pojechał z nim na pogotowie, gdzie okazało się, że ma on poparzenia II stopnia.
Niestety, ale była to jedyna słuszna decyzja - dla dobra naszego personelu oraz gości.
Przez wiele lat grałem w pewną polską przeglądarkową grę. Właściwie to mimo spadającej liczby graczy gram w nią do dzisiaj (dla ciekawskich chodzi o MFO2). Grę rozpocząłem w styczniu 2007 roku i już na początku mojej przygody poznałem kilku fajnych graczy. Jednak z pewnym wojownikiem rozmawiało mi się o wiele lepiej niż z innymi. Miał na imię Paweł, był w moim wieku. Paweł był tak samo fanatycznym graczem jak ja i mógł rozmawiać o uzbrojeniu, bossach i questach z gry całymi godzinami. Oprócz zwykłej pomocy w grze polegającej na pokonywaniu kolejnych potworów i bossów i wspólnym przechodzeniu fabuły, były także rozmowy na wszelkie różne tematy. Jednak nasze kontakty ograniczyły się jedynie do czatu w grze, czatu drużynowego oraz prywatnych wiadomości wysyłanych w grze.
Do dzisiaj pamiętam datę ostatniego kontaktu z Pawłem. 7 czerwca 2007 roku rozmawialiśmy o zbliżających się wakacjach, obydwaj kończyliśmy 6 klasę. Tego wieczora udało mi się pokonać następnego bossa, z którego zdobyłem pierścień, o którym marzył Paweł. Ustaliliśmy, że pierścień wystawię na targ następnego dnia i Paweł odkupi go ode mnie. Miasto i godzinę mieliśmy ustalić dnia następnego, po powrocie Pawła do domu.
Nadszedł ten dzień, jednak Paweł nie pojawił się. Mijały dni i tygodnie, a ja każdego dnia po zalogowaniu sprawdzałem, czy przyjaciel logował się w ciągu ostatnich godzin. Cały czas widziałem tę samą datę ostatniego logowania: 7.06.2007. Każdego dnia zastanawiałem się co mogło się stać, że osoba mająca absolutnego bzika na punkcie gry przestała się logować z dnia na dzień. Mieliśmy przecież tyle wspólnych planów, wspólny wypad na wyspę na tyranozaury, wspólne walki na polu pod miastem. Mijały kolejne miesiące i nadszedł dzień, w którym postać Pawła została automatycznie usunięta z powodu braku aktywności. Ja jednak nie zapomniałem i przez następne lata zadawałem sobie pytanie, co się stało z moim internetowym przyjacielem.
Teraz przenosimy się do roku 2017. Lipiec, piwko z kolegą Adamem po dobrze zdanej sesji. W pewnym momencie zaczęliśmy rozmawiać o grach, w które graliśmy. No i okazało się, że Adam także grał w tę grę, grała cała jego szkoła. Grał w nią także jego kolega Paweł. I w tym momencie zapaliła mi się lampka, bowiem Adam nie raz opowiadał o koledze, który wraz ze swoimi rodzicami zginął w wypadku samochodowym.
- Paweł to ten chłopak, co zginął w wypadku?
- Tak.
- A pamiętasz może jego nick?
- Pablitekk czy jakoś tak.
Po tych słowach zamarłem. Wszystko się zgadzało. Paweł zginął 8 czerwca 2007 roku w wieku 13 lat. W marcu tego roku, po 11 latach, odwiedziłem jego grób. Nigdy nie sądziłem, że zapłaczę za kompletnie nieznaną mi osobą.
Spoczywaj w pokoju, Pablitekk. Pierścień z piaskowca, który chciałeś odkupić, do dzisiaj czeka na ciebie w moim plecaku.
Znacie to palące poczucie winy, które trzyma się Was przez długie lata? Ja znam aż za dobrze.
Gdy miałem czternaście lat musiał zamieszkać z nami mój dziadek. Po śmierci babci przestał dbać o siebie, co odbiło się znacznie na jego zdrowiu. Dostał udaru i trochę pomieszało mu się w głowie. Rodzice umieścili dziadka w starym pokoju mojej siostry, która studiowała w innym mieście. Z początku nie było nam źle, mama jako nie pracująca zajmowała się dziadkiem. Nie potrzebował wtedy wiele. Coś typu zanieść mu jedzenie, zrobić herbatę. Po kilku tygodniach przyszedł kolejny udar, i wtedy tak naprawdę się zaczęło. Dziadek potrafił zrobić dwójkę na środku pokoju, zalać całe łóżko czy chodzić nago po balkonie. Doszło do tego to, że nie chciał być w swoim pokoju sam nawet przez pięć minut. Jeśli ktoś wyszedł nawet do toalety krzyczał i płakał jak potępiona dusza. Mama poprosiła mnie bym siedział z dziadkiem żeby mogła wyjść do sklepu czy chociażby zrobić obiad. Moi koledzy bawili się razem pod blokiem, a ja całe wakacje spędziłem z dziadkiem, który odstawiał coraz gorsze szopki.
Przyszedł czas, że musiałem pomagać go myć i przewijać. Brzydził mnie, szczególnie gdy miał urodzone kałem nawet całe plecy. Pamiętam, że pewnej nocy gdy jak zawsze od pewnego czasu spałem w jego pokoju, dziadek zdjął pampersa i zaczął na mnie sikać śmiejąc się, a po chwili płacząc. Coś we mnie pękło. Zerwałem się i pchnąłem dziadka tak, że upadł na łóżko. Powiedziałem mu wtedy:
- Mam nadzieję, że niedługo umrzesz. Mam cię dosyć. Każdy ma ciebie dość!
Dziadek patrzył na mnie w milczeniu przez kilka minut, jakby nagle wrócił mu rozum. Wypowiedział moje imię, pokiwał głową i zakrył się kołdrą.
Następnego dnia już się nie obudził.
Do tej pory mam sobie za złe, że takie były ostatnie słowa, które usłyszał przed śmiercią.
Wyznaję, że nie rozumiem żony.
Przed ślubem wszystko było ze mną w porządku według niej - podłoga w moim mieszkaniu lśniła zawsze, moje żarty ją bawiły, a sposób ubierania (przyznaje że miałem nieco niechlujny styl militarny typu bojówki, t-shirty i wygodne a nie modne buty - rzeczy dobrych jakościowo marek, żeby nie było że chodziłem w tanich rzeczach z ciucholandu i to było przedmiotem zmiany). Nie przeszkadzało jej to jaki zawód wykonuje (fizyczny, który sprawia mi radość i od podstawówki chciałem go wykonywać), mimo że mówiłem o tym jak mało będę miał czasu dla rodziny i jaki zmęczony będę zawsze wracał po pracy.
Przyszła pora ślubu i od tego czasu czuję się jakby każdy mój żart czy docinek zostawać zapisany w jej głowie i wyrzucony mi że np. coś jej takiego pięć lat temu powiedziałem. Nie mogę się złościć, bo od razu słyszę że jestem nerwowy, I chociaż nie przeklinam podczas kłótni, żona nie ma problemu w powiedzeniu np 'jeszcze słowo a ci przypier...lę', chociaż gdybym ja użył takiego słowa, to byłaby wojna na całego i miesiąc nieodzywania się, a także wypominanie tego aż do śmierci.
Bojówek już nie noszę, na rzecz czinosów (czy jak się to tam nazywa), wygodne buty zastąpiły espandryle (czy jak się to tam nazywa), a w chłodne dni zamiast bluzy zakładam jakiś kardigan (czy jak się to tam nazywa). Nie przeklinam bo mi nie przystoi, mówię to co wypada a nie to co chce, a w co najmniej połowie przypadków gdy coś mówię o czymś interesującym mnie, jest mi przerywane w połowie zdania i temat umiera bezpowrotnie (bo już nie chce mi się wracać do niego jak został przerwany raz).
Seks na początku był w dużych ilościach, a po pół dekady okazuje się, że to głowa boli, że brzuch, plecy, nogi, sraty, pierdaty i tak sobie czekam jak na zaćmienie słońca, dogadzajac sobie samemu po kątach...Kiedyś zostałem przyłapany na oglądaniu wiadomego filmu to usłyszałem że jestem nienormalny, bo mam żonę w domu a wolę oglądać takie coś.
Zaczynam się dusić....Coraz mniej tematów nas łączy a coraz więcej dzieli... Nie chcę się rozwodzić, ale chciałbym żeby wszystko wróciło do czasu gdy kochałem i czułem się kochany, bo w tym momencie czuję, że zaczynam robić absolutnie wszystko by nie było w domu kłótni (której i tak pewnie ja będę ostatecznie winny nawet jeżeli jej nie wywołam). Teraz nawet sprzątać się boję, bo wszystko ona układa po swojemu na półkach, a także 'ona zrobi to lepiej', więc już nic nie dotykam poza naczyniami i odkurzaniem, a w rezultacie słyszę że nic nie robię...Jak to jest, że mężczyźni chcą być tacy sami jak przed ślubem, a kobiety zaczynają nas zmieniać i formować na siłę. Czy naprawdę trzeba się stać gburem i ignorantem by być w dzisiejszym czasie mężczyzną szanowanym w swoim domu? Darujcie sobie teksty w stylu 'PANTOFEL', bo ja bym nazwał to raczej pragnieniem świętego spokoju.
Dorastając, w pewnym momencie odkryłam co tak naprawdę mnie ,,kręci''. Sikanie. Dawało mi uczucie podniecenia, radości, wolności, ciepła i mrowienia w żołądku i kręgosłupie. Więc kiedy tylko zostawałam sama, kiedy rodzice wyszli choć na godzinę z domu - oddawałam się swoim przyjemnościom. Sikając do wanny, do zlewu, na podłogę. Aż zaczęło mi być nudno - wtedy zaczęłam ,,popuszczać'' w bieliznę, potem coraz więcej w spodnie... i tak dalej. Finalnie zadowalałam się najbardziej ,,świecą'' na dywanie - ta pozycja rodem z WueFów - i robiąc prysznic na siebie, na wspomniany dywan, podłogę i nawet ścianę.
A potem mi przeszło. Moja fascynacja takim ,,relaksem'' minęła mi po dwóch latach. Stałam się doroślejsza, dojrzalsza, nie chciałam myśleć o tych żenujących wspomnieniach - na których na szczęście nikt mnie nie nakrył, zawsze zdążyłam posprzątać i zawsze wszystko powysychało, nic nie śmierdziało. Ale potem był czas, kiedy sobie przypomniałam o mojej zasikanej bieliźnie. Nie dawałam jej do prania, by nic się nie wydało. Wciskałam ją do szafy, z której korzystam może raz na rok, by wyjąć z niej materac na basen. I tak po tych dwóch latach sięgnęłam do tej szafy znajdując sztywne, wygniecione, uformowane w kulkę parę sztuk moich majteczek.
Nie wiedziałam co z nimi zrobić. Śmietnik? Odpada. Automat? Odpada. Spanikowałam. Spaliłam je we wannie, ogień gasząc wodą.
Krótko i na temat.
Dzisiaj pierwszy raz w życiu miałam kleszcza.
Miałam go w dupie.
Wyznanie z serii moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa.
Otwieram oczy i widzę tatę, jak wstaje z łóżka i biegnie zgięty w pół do łazienki. Idę za nim i widzę, jak wypluwa z ust czerwoną substancję. W tym samym czasie mama bierze mnie na ręce i zabiera do pokoju. Zamykam oczy. Kiedy otwieram je ponownie jestem w chłodnym miejscu, otoczony przez ludzi ubranych na czarno. Niektóre twarze bardziej znajome, inne mniej lub wcale. Wiem, że osoba, która trzyma mnie na rękach to mój wujek. Obserwuję, co się dzieje przede mną. Kilku mężczyzn umieszcza jakąś dużą drewnianą skrzynię w wykopanej wcześniej dziurze. Później wszyscy zaczynają do niej podchodzić i wrzucają garść piasku. Wujek stawia mnie na ziemi i mówi, żebym też tak zrobił. Zamykam oczy.
Po latach wiem, że byłem z rodzicami u babci na weekend majowy. W nocy mój tata źle się poczuł i został zabrany do szpitala. Kilka dni później zaraz po podłączeniu nowej kroplówki jego stan się pogorszył. Zmarł na białaczkę, na którą chorował już od dłuższego czasu. Minęło już wiele lat, a wspomnienia nadal wracają w snach.
Dodaj anonimowe wyznanie