Wyznanie będzie o tym, jak jakiś dzieciak prawie mnie zabił. Jechałam samochodem przez niewielką wioskę, ale bocznymi drogami. Nie przekraczałam prędkości, jechałam zgodnie z przepisami. W pewnym momencie na drogę wybiegło kilkuletnie dziecko. Tak zupełnie nagle, nawet nie widziałam go wcześniej na poboczu drogi, bo to był teren otoczony polami, drzewami i łąkami, więc jakieś krzaki mogły je zasłaniać. To były ułamki sekund i w ostatniej chwili zdążyłam skręcić w bok. Wjechałam w drzewa. Ostatnie co pamiętam to krzyki (jak się potem okazało) matki dziecka "Maciuś! Maciuś!". Potem urwał mi się film i obudziłam się dopiero w szpitalu.
Szczęście miałam ogromne, bo wyszłam z tego wypadku tylko z kilkoma złamaniami, blizną na twarzy i wstrząsem mózgu, a mogło być znacznie gorzej, gdyż niewiele brakowało i po prostu kawałek drzewa wbiłby mi się w głowę. Sprawa oczywiście skończyła się w sądzie, ale tam to był prawdziwy kabaret. Matka "Maciusia" próbowała zrzucić winę na mnie, jakobym przekraczała prędkość, ale to zostało sprawdzone i jej zarzuty natychmiast odrzucono. Za to bardzo pomogli mieszkańcy owej wioski, którzy zeznali w sądzie, że dzieci pani P. często biegają po tej ulicy, bo mieszkają blisko drogi, a ich rodzice wychodzą z założenia, że skoro droga mało uczęszczana, to dzieci mogą sobie biegać. Zeznawał nawet sąsiad tej rodziny, który podzielił się podobnym doświadczeniem, tylko że on zdążył wyhamować, gdy jeden bachor wyskoczył mu na ulicę.
Sprawę oczywiście wygrałam. Jednak zdarzali się ludzie, którzy mimo wyroku stwierdzili, że to moja wina, bo mogłam się DOMYŚLIĆ, że ktoś może wybiec na drogę i że teraz rozwaliłam biedną rodzinę, bo opieka społeczna się zainteresowała zaniedbaniem dzieci pani P. I te biedne dzieci skrzywdziłam, idąc z tym do sądu. Nie wiem, co kieruje tymi ludźmi, ważne, że sprawa dobrze się dla mnie skończyła. Ale przyznam, że od tego czasu boję się wsiadać za kółko i nawet nie kupiłam nowego samochodu. Może mi jeszcze przejdzie.
Mojego męża poznałam jeszcze w czasach szkolnych. Z początku nie przypadliśmy sobie go gustu. Ja, grzeczna dziewczynka z "dobrego domu'', on chowaniec ulicy i chyba samego czorta. Od razu było widać, że w jego domu się nie przelewa. Znoszone ciuchy, poniszczony plecak, starszy model telefonu. To nie przeszkadzało mi w ogóle, jednak jego zachowanie było skandaliczne. Co chwila wpakowywał się w jakieś bójki, pyskował nauczycielom jak najęty, wagarował. Większość uczniów wolała go unikać, wpadał w szał z bardzo błahych powodów.
Zaprzyjaźniłam się za to z jego siostrą, która była klasę wyżej. Od niej dowiedziałam się, że Piotr w domu wcale nie zachowuje się lepiej.
- To wina jego ojca - mawiała często. - Jest zbyt do niego podobny.
Kasia i Piotr mieli innych ojców, jednak tata Piotra odszedł zaraz po jego narodzinach, niedługo później zmarł.
Po jakimś czasie zauważyłam, że Piotr robi do mnie maślane oczy. Próbowałam to ignorować, jednak miał w sobie coś, co przyciągało do niego jak magnes. Zgodziłam się w końcu na randkę, potem na kolejną. Piotr zaczął się przy mnie zmieniać, złagodniał i poweselał. Zakochaliśmy się w sobie na zabój.
Dziwiło mnie to, że gdy podczas kłótni podnosiłam głos, Piotr momentalnie kulił się w sobie i otwierał szeroko oczy. Wyglądał jak przestraszony, bezradny chłopiec. Z biegiem czasu zaważyłam, że ma o sobie podłe zdanie. Mówił, że gdyby nie ja, już dawno skończyłby tę marną egzystencję.
Kiedy po dwóch latach związku zamieszkaliśmy razem, zdziwiła mnie kolejna rzecz. Piotr bardzo często zrywał się w nocy. Nigdy jednak nie chciał opowiedzieć mi swojego snu. Wciąż nie wierzył w siebie i dziwił się dlaczego w ogóle jestem z kimś takim jak on.
Kilka dni temu poznałam prawdę. Kasia wyjawiła mi, co działo się w ich domu kilka lat wcześniej. Dopóki Piotr nie nauczył się bronić, był bity, poniżany i wyzywany. Matka prosto w oczy potrafiła powiedzieć mu, że go nie kocha i żałuje, że nie zdechł jak jego ojciec. Ponoć dlatego, że bardzo przypominał jej byłego męża, więc wyżywała się na synu jak tylko mogła za to, że jego ojciec od niej odszedł zaraz po jego narodzinach. Bicie kijem od miotły czy patelnią były na porządku dziennym. Dochodził do tego oczywiście alkohol.
Wtedy wszystko stało się jasne. Zachowanie Piotra w młodości i jego teraźniejsze dziwne myśli. Tego samego dnia pojechałam do jego matki i prosto na wejściu spoliczkowałam ją, a potem naplułam jej pod nogi. I wyszłam.
Nie żałuję. Piotr mimo wszystko stał się cudownym mężem i ojcem. Dotąd nie mogę pojąć zachowania jego matki.
Świat bywa przerażający.
Kiedy mój pierwszy chłopak zaproponował, żebyśmy oboje oddali się właśnie sobie ten pierwszy raz, moimi pierwszymi pytaniami do niego było, czy jest gotów nieodwracalnie wkroczyć w nową sferę życia i czy będzie gotów zostać tatą, gdyby zabezpieczenia jakimś cudem zawiodły.
Choć niedługo zamieszkamy razem, to seksu to my jeszcze długo po tym pytaniu nie uprawialiśmy :D
Jako dziecko uwielbiałam oglądać ''Supernianię". Nic mi tak nie poprawiało humoru, jak patrzenie na cierpienie innych dzieci.
W liceum w mojej klasie każdy miał coś za uszami. Jeden podpierdalał Pawełki z marketu, inny dokonywał regularnych napadów rabunkowych na chłopaków z młodszych klas, a jeszcze któryś był kibolem-recydywistą spuszczającym powietrze z opon samochodów straży miejskiej. Byli też dilerzy wszelkiej maści środków. Popyt rodzi podaż, więc chłopaków zajmujących się dragami było u nas sporo.
Pewnego dnia ktoś puścił gryps, że w szkole jest policja, miały być rewizje i przeszukiwania toreb. Tłum małoletnich dilerów rzucił się wtedy do kibli, aby spuścić w muszlach cały towar. Większość tak zrobiła. W każdym razie ci, co mieli głowę na karku. Był też Kacperek – nieco opóźniony intelektualnie diler z mojej klasy. Do Kacperka nie dotarło, że szykują się kłopoty i całą sprawę olał. A miał w swoim plecaku wystarczającą ilość prochów, żeby zagwarantować miłe doznania połowie szkoły…
Stało się. W połowie lekcji drzwi do klasy otworzyły się i do sali weszło dwóch policjantów w towarzystwie owczarka. Piesek miał lekko głupawe spojrzenie i chyba był jeszcze szczeniakiem, ale w jego zachowaniu widać było chęć wykonywania obowiązków. Panowie przedstawili się i powiedzieli, żeby teraz nikt się nie ruszał, a ich czworonożna maszynka do wykrywania substancji nielegalnych przeskanuje całą klasę i obniucha nam torby.
Spojrzałem na kolegę z ławki. Kacperek miał minę wskazującą na to, że nie zarejestrował obecności stróżów prawa i najwyraźniej wisi mu, czy zostanie zdemaskowany.
Pies rozpoczął wąchanie. Podbiegał do każdego i oceniał sytuację. W końcu podbiegł do mojej ławki. Zatrzymał się na dłużej, biegał w kółko, głośno prychał, coś mu wyraźnie nie pasowało. Z każdą sekundą moje ciało coraz bardziej pokrywało się warstwą potu. W końcu pies złapał trop i… rzucił się do mojego plecaka. Włożył do niego cały łeb!
Serce przestało mi bić. W tym momencie dotarło do mnie, że padłem ofiarą przekrętu. Kacperek podrzucił mi dragi! Co teraz? Kajdanki, areszt, dom dziecka, krzesło elektryczne? Moim rodzicom serca pękną z żalu, babcia padnie na zawał, a w więzieniu będę pewnie regularnie robił za seksualną niewolnicę dla jakichś wydziaranych gitowców.
Policjanci dopadli psa i zaczęli wyciągać go z mojego plecaka. Nie było łatwo, bo psiak zapierał się jak szalony. W końcu głowa owczarka wydostała się z odmętów mojej torby, a oczom wszystkich ukazała się… kanapka z szynką wystająca z paszczy czworonoga.
Uczniowie wybuchli śmiechem, psiak zaczął radośnie merdać ogonem, a twarze policjantów pokryły się rumieńcem. Panowie przeprosili i szybko wyszli z klasy.
Długo dochodziłem do siebie. Tylu emocji nie zagwarantowałby mi nawet skok na bungie! Tymczasem Kacperkowi nawet powieka nie drgnęła. Chyba był zbyt nażarty jakiegoś świństwa, aby zorientować się, co jest grane.
Historia o szpitalach psychiatrycznych. Tych nieudanych.
Niegdyś w takim pracowałam i powiem tyle - większość historii o pobycie w takim szpitalu to horror. Nieważne, czy masz zaawansowaną depresję, czy po prostu jesteś przygnębiony. Kaftan bezpieczeństwa, bo jeszcze się zabijesz. Przywiązanie do łóżka, bo pogryziesz pielęgniarkę, jak daje ci antydepresanty. Ogółem ciężko tu trafić, ale jeśli trafisz, to twoja choroba nie ma znaczenia.
Piekłem są pasy. Niejednokrotnie mówiłam współpracownikom, że NIE TRZEBA ich zapinać po godzinie dziennie, ale co ja tam wiem. Traktowanie pacjentów jest makabryczne. Niektórzy pracownicy wmawiają im, że są obłąkani, zamiast to wyleczyć. Kiedyś wyżaliła mi się jedna dziewczyna, która - kiedy do nas przyszła - była stosunkowo zdrowa. Powiedziała mi, że nienawidzi tego miejsca, nienawidzi tych codziennych krzyków i płaczów. Z dnia na dzień było z nią coraz gorzej, co dało się zaobserwować. To jest po prostu piekło.
Ale najgorsze jest to, że wszystkiemu winni są nieudolni pracownicy. Nie wiem kto nauczył ich tak postępować z chorymi, ale izolatka na tydzień chyba nie jest dobrym sposobem na wyjście z choroby. A najlepiej jest zapiąć pacjenta w pasy na pięć godzin.
Zaczęłam tam pracować, bo chciałam pomagać ludziom psychicznie chorym. Po miesiącu pracy sama potrzebowałam takiej pomocy. Zwolniłam się, zaczęłam chodzić do psychologa (gdyby ktoś nie ogarniał, to szpital psychiatryczny jest czymś zupełnie innym), ale tego po prostu nie da się wymazać z pamięci i koniec. Wiem jedno: pomimo lat pracy na studiach, nigdy nie podejmę się już takiej pracy. I wam też jej nie polecam.
Nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że to czy tamto było w domu tematem tabu i się o tym nie mówiło w domu, a teraz mają jakieś problemy... Nie chodzi mi o dziewczyny, które jak dostały pierwszego okresu to myślały, że umierają, bo to rzeczywiście problem. Ale o masturbacji czy depilowaniu. U mnie w domu o seksie się nie mówiło, jednak, mama uświadomiła mnie, co to dorastanie, a w sumie, to nie był temat tabu, ale też nie dodała na czym polega seks, bo i po co to dziecku lat około 7-8? Wtedy edukowała szkoła, ale nie WDŻ, ale koledzy i koleżanki z klasy albo klas wyższych, którzy często udawali, że coś wiedzą.
Przez to w wieku 8 lat (około) myślałam, że prezerwatywę zmieniać trzeba przy każdym włożeniu i wyciągnięciu, ale na szczęście potem dowiedziałam się jak jej się prawidłowo używa i nie miałam z tym problemów. Masturbacja? Ciekawością swojego ciała zauważyłam, że jest po prostu przyjemnie, ale dopiero kilka lat później dowiedziałam się dlaczego. Nie rozmawiałam o tym z rodzicami i nie wiem, czego oczekują ludzie, którzy też nie rozmawiali mają teraz problemy. Co oni sobie wyobrażają, że mama małej dziewczynki przyjdzie do niej i jej pokaże jak to się robi? A może opowie? Albo golenie nóg. Czy mama pokazałam mi jak to się robi? Przecież widziałam jak tata goli brodę, to analogicznie nogi, ale jak poczułam, że pianka do golenia nie jest za przyjemna dla miejsc intymnych to przecież można użyć mydła, szamponu, albo odżywki, która daje dobry poślizg.
Wyznania typu: u mnie w domu masturbacja to tabu, więc nigdy tego nie robiłam brzmią dla mnie dziwnie, bo chyba nikt nie chciałby siedzieć i słuchać rodzica opowiadającego jak najlepiej sobie zrobić dobrze, a na 18-stkę dostać pierwszy wibrator. To samo z innymi wstydliwymi sprawami, które nie są związane z dorastaniem czysto biologicznym. Mam ponad 30 lat i nie cierpię na to, że dużej części dowiedziałam się sama, chociaż mogłabym pewnie zapytać mamy o coś ważnego. Byłam na tyle rozgarnięta, aby samemu się dowiedzieć tego, co trzeba, nie zostać matką w wieku 16 lat i wiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak ciąża poza maciczna w kolanie.
Dziewczyna, za którą ostatnio latałem, okazała się lesbijką. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że to czwarty raz, kiedy mi się to zdarza.
Drastyczne. Nie jestem jakąś paniusią. Mieszkam na wsi i codziennością dla mnie jest hodowla zwierząt. Mimo wszystko temat rzeźni i ubojni zawsze był gdzieś daleko mimo 2 rzeźników w rodzinie. I tu pojawia się ona. Naprzeciwko mnie parkuje ciężarówka, a w niej pełno smutnych oczu. Nagle jedna z krów zaczęła kopać nogą w metalowe barierki i nie przestawała mimo otwartej, krwawiącej rany.
Tata siedzący obok mnie krzyknął do kierowcy, żeby jechał dalej to zwierzę się uspokoi. Tata popatrzył za odjeżdżającą ciężarówką i stwierdził z żalem, że ona wie, co ją czeka, ale już niedługo przestanie się męczyć. Nie raz widziałem jak rzeźnik w białym stroju wchodzi do obory i nagle zalega cisza. Zwierzęta wyczuwają nadchodzącą śmierć. Nie wytrzymałam i zaczęłam płakać.
Teraz przechodząc obok działu mięsnego mam łzy w oczach. Nie jestem z tych świrniętych wege, co rzucają obelgami w każdego zwykłego człowieka. Całe życie jadłam babcine mięsne obiadki i nie miałam z tym problemu. Po prostu z dnia na dzień doznałam szoku i nie umiem już patrzeć na mięso bez widoku tej ciężarówki przed oczami.
Dokonałam aborcji.
Zanim mnie znienawidzicie, przeczytajcie moją historię.
Od zawsze byłam temu przeciwna, więc kiedy poznałam mojego teraźniejszego partnera, od razu postawiłam sprawę jasno. Nigdy w życiu nie zgodzę się na aborcję.
Pewnego ranka obudziły mnie dziwne dźwięki i ruchy wydawane przez ukochanego. Obudził się sparaliżowany po lewej stronie ciała. Udar mózgu.
Karetka, szpital. Najgorsze chwile w moim życiu. Rehabilitacja będzie trwała nawet kilka lat.
Dwa tygodnie później dowiedziałam się, że jestem w ciąży.
Spędziliśmy kilka dni rozmawiając na ten temat, starając się rozważyć każdy możliwy scenariusz. I wiecie co? Nie dalibyśmy rady wychować tego dziecka. Mój partner bez pracy, w wózku inwalidzkim i ja w ciąży. Bez pieniędzy.
Jedna z najtrudniejszych decyzji w całym naszym życiu. Minęło kilka miesięcy, a ja mam nadal wyrzuty sumienia. Widok kobiet w ciąży przywołuje wspomnienie bólu, przez jaki przeszliśmy. Ale nie żałuję, uważam, że podjęliśmy słuszną decyzję. W naszej sytuacji nie dalibyśmy dziecku domu, na jaki zasługuje.
Ukochany powoli zaczyna chodzić. Nadal nie może ruszać ręką. Ma 26 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie