#kK1nI

Jestem oszustem. Ale nie byle jakim - oszukuję wykładowców. Studiuję bowiem na uczelni, zaocznie. Dla niewiedzących jak to wygląda: z każdego przedmiotu są dwa rodzaje zajęć: wykłady oraz ćwiczenia. Z ćwiczeń trzeba mieć obecności, z wykładów już nie.
No okej, ale o co chodzi z tym oszukiwaniem?

Nie przychodzę (bo nie muszę) na wykłady, ponieważ prezentacje z tych wykładów mamy udostępnione na platformie w internecie, do której się logujemy, lub wykładowcy sami nam je przysyłają na grupowego maila. A na ćwiczenia pojawiam się tylko na 20 minut: czyli wchodzę, jest lista obecności, OK. Po 15 minutach rozwiązywania zadań wychodzę "do toalety", a tak naprawdę robię sprawozdania, ściągi na fizykę, uczę się na inne ważne przedmioty itd., a następnie 10 minut przed końcem zajęć przychodzę. Zazwyczaj nie zauważają lub mają to gdzieś.

Raz jak mnie pytał wykładowca na koniec kolokwium i wahał się między oceną 3 a 4, to spojrzał w listę obecności i powiedział "Wie pan... pan był na wszystkich ćwiczeniach, to dam panu 4".
Ciągnę tak dwa semestry, życzcie mi szczęścia dalej :D

#EdrFX

Zamówiłem w drukarni 10 tysięcy książeczek dla mojej firmy. Na każdej zarobię po 10 zł, więc ogólnie i w dużym przybliżeniu taka operacja daje mi blisko 100 tysięcy zysku. Super. Szkoda tylko, kurna, że wysłałem nie ten plik i wydruki poszły z cholerną ilością błędów i to z błędami na okładce włącznie. Tym sposobem mam na stanie kilka palet książek, za które zapłaciłem 120 tysięcy - wszystko do wyrzucenia. WSZYSTKO!

Żadnemu pracownikowi się nie przyznałem, jakim jestem kretynem. W domu też nikt nie wie.

#3dC8B

Miałam kiedyś koleżankę z bardzo katolickiej rodziny. Rodzice uczyli ją jak żyć "prawidłowo": seks tylko po ślubie i tylko dla prokreacji, antykoncepcja to zło, a miejsce kobiety jest w domu.
Dopiero ja zwróciłam jej uwagę (gdy miałyśmy po 16 lat), że fakt, iż urodziła się 4 miesiące po ich ślubie trochę nie pasuje do schematu.

#1s9SJ

Jestem mało atrakcyjny z wyglądu, czego jestem świadomy i już dawno się z tym pogodziłem. Pracuję w pewnej firmie, w której większość stanowią mężczyźni. Pewnego dnia do naszego zespołu dołączyła ona - przepiękna dziewczyna o wspaniałym charakterze. Swoją obecnością potrafiła rozjaśnić nawet najciemniejsze wnętrze, a patrzenie na jej piękną twarz było czysta przyjemnością. Od razu skradła nam wszystkim serca i byliśmy nią zauroczeni. Wspomnę również, że w naszej firmie obowiązuje tzw. buddy system, polegający na tym, że każdej nowej osobie przydzielany jest starszy stażem pracownik, który ma za zadanie „zaopiekować się” nową osobą. Jak być może się domyśliliście, zaszczyt bycia buddy naszej piękności przypadł właśnie mi. Szybko złapaliśmy kontakt, również na gruncie prywatnym. W pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie, że nasza nowa koleżanka ze mną flirtuje, ale byłem pewien, że tylko to sobie wmawiam, bo gdzieżby tak piękna kobieta zainteresowała się takim brzydalem jak ja.
Nie wydawało mi się. Nie wdając się w szczegóły, po jakimś czasie zostaliśmy parą, a niedawno się zaręczyliśmy :)
Tu niestety kończy się przyjemna i urocza cześć historii.

Problem polega na tym, ze ludzie nie potrafią uwierzyć, że łączy nas prawdziwe uczucie. Co chwilę słyszę komentarze, że na pewno jest ze mną tylko dla pieniędzy (obecnie pracujemy na tym samym stanowisku i zarabiamy dokładnie tyle samo), że coś musi z nią być nie tak albo że powinienem z nią zerwać, bo na pewno mnie zdradza. Kiedy wychodzimy razem w miejsca publiczne i chcąc nie chcąc zachowujemy się jak para, co chwilę słyszymy za plecami analogiczne, a nawet gorsze komentarze.

Ludzie, czy tak ciężko uwierzyć, że piękna dziewczyna nie musi być pustą lalą lecącą tylko na kasę albo tępaków z siłki? Takie komentarze niesamowicie ranią nie tylko mnie, ale i moją narzeczoną, która wyzywana jest od najgorszych tylko dlatego, że związała się z mało atrakcyjnym facetem.

To tyle, po prostu musiałem to z siebie wyrzucić.
Pozdrawiam wszystkich brzydali!

#sOAgK

Z A znam się już od paru lat. Obydwie chodzimy do tego samego liceum, mieszkamy niedaleko siebie, stąd często razem spędzamy czas. Niestety jest w naszej przyjaźni malutki problem. Otóż A jest otyła. Zanim zaczniecie mnie hejtować, proszę przeczytajcie do końca.

Nie przeszkadza mi jej wygląd, ale zwyczajnie martwię się o jej zdrowie. Jak już wspomniałam dziewczyna jest otyła, to nie zwykła nadwaga (175 cm/103 kg, ważyła się u mnie parę dni temu). Nie przyjmuje żadnych leków, tylko po prostu okropnie się odżywia. Gdy idziemy na miasto, potrafi zamówić dużą słodzoną kawę, a do tego jeszcze dosypać więcej cukru przy stoliku. Raz na drugie śniadanie dostała chyba z 1/4 sernika z polewą. Na drugie śniadanie! Wychowuje ją samotnie matka razem z młodszym braciszkiem. Braciszek miał normalną wagę... do pewnego czasu. Chłopczyk ma 2 lata, a nadal pije parę butelek pełnotłustego mleka dziennie! W domu jędza tłuste mięso najgorszej jakości (chociaż wcale nie nalezą do biednych, wakacje, nowe telefony itp.). Normalką jest, według A, zjedzenie 5 naleśników z serkiem na śniadanie. Dziewczyna i jej braciszek tyją w oczach. Robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby przekonać ją do ćwiczeń i zdrowego odżywiania. Przynosiłam jej zdrowe kanapki na drugie śniadanie, kupowałam owoce dla brata, przesyłałam jej zdrowe przepisy. Cóż, zrobiłam postęp, bo teraz A codziennie praktykuje jogę i chodzi częściej na spacery. No ale co z tego, jak po tym spacerze zje cały pucharek lodów. Nie słucha mnie, bo według niej jestem "wegeterrorystką", choć nigdy nie namawiałam jej do weganizmu. Ba, nawet tłumaczyłam jej jakie ryby i mięso są najzdrowsze, ale nic to nie dało. Oliwy do ognia dolewa chłopak A, który również jest otyły. Zamiast razem zmienić tryb życia, to on jeszcze jej mówi, że A ma "śliczny", kobiecy tłuszczyk! Jak tak dalej pójdzie, to A dobije 200 przed maturą. Nie wiem co mam zrobić. Próbowałam gadać z jej mamą, ale kobieta nie mówi po polsku (obydwie przyjechały z Ukrainy, od strony Rosji, więc mówią w domu po rosyjsku). Ja wiem, że to inna mentalność, ale nie mogę spokojnie patrzeć, jak A i jej brat niszczą sobie zdrowie.

Matka A jest, o dziwo, bardzo szczupła.

#eOzH4

Po obejrzeniu horroru „Obecność” bałam się chodzić po własnym domu. Kilka dni po obejrzeniu filmu, w salonie, niedaleko stolika stojącego w kącie pokoju, utrzymywał się dość nieprzyjemny zapach... Zapach stęchlizny. Przypomniawszy sobie pewien dialog z filmu, że smród ten gości przy obecności w domu bytu pozaziemskiego, demona lub stworzeń nieludzkich, wywnioskowałam, iż będę robiła wszystko, by demon nie opanował mojej rodziny. Nie zbliżałam się do tamtej części pomieszczenia, mając podejrzenia, iż za firanką kryje się kobieta, która popełniła samobójstwo w horrorze niedawno przeze mnie obejrzanym.

Cały zapach zniknął, kiedy wyrzuciłam bukiet kwiatów, który stał na stole od dwóch tygodni :D

#KZtwc

Wczoraj mój pięcioletni braciszek Adaś powiedział do mamy, że w swojej nowej sukience wygląda bardzo grubo. Nasza rodzicielka, która jest absolutną oazą niezmąconego spokoju, usiadła koło młodego, pogłaskała go po główce i zaczęła tłumaczyć, że nie można mówić takich rzeczy w ten sposób, bo to może zranić czyjeś uczucia.
Adaś przerwał jej wywód i powiedział: „To niemożliwe. Przecież brzydcy ludzie nie mają uczuć!”.

#JIwKe

Historia, którą wam opowiem wydarzyła się, kiedy miałem okrągłe 8 lat....

Normalna akcja. Mama robi obiad w czwartek aż do momentu, w którym nie odkryła, że nie ma w domu mleka (mama robiła naleśniki, w sumie to nie wiem jak wcześniej tego nie odkryła). Ja się bawię, a wtedy mama mnie woła. Pyta się, czy bym nie pojechał do sklepu po mleko. Ja na to, że tak, już się zrywam. Jadę rowerem do sklepu (od domu do sklepu jest 2,5 km). Mój rower był i po siostrze, i po bracie, więc miał swoje lata i nie był najpiękniejszy. Zapinam go, wchodzę do sklepu, szybko biorę mleko i biegnę do kasy. Czekam, płacę i sprawdzam, czy mnie nie oszukali (często tak robili w stosunku do dzieci). Stoję przy parapecie, pakuję, gdy podchodzi do mnie jakiś pan i pyta się, który to mój rower. Jak to dziecko bez wahania mu pokazuję. On dziękuje i sobie idzie. 5 minut później, kiedy wychodzę, nie było żadnego roweru oprócz mojego (był środek lata i wszyscy byli rowerami, tak jakoś 20-30 rowerów). Na następny dzień w gazecie mówili o kradzieży 26 rowerów spod sklepu.....

Trochę się dziwię tej historii do dzisiaj, ale ona przynajmniej dowodzi, że sympatyczni złodzieje jeszcze są.... Chyba :D

#oOgTc

Działałam kiedyś w rekonstrukcji historycznej, wraz ze znajomymi odtwarzaliśmy XV wiek. Dziewczyna i chłopak z tej grupy brali ślub w strojach z epoki (wyglądali obłędnie!), nas poprosili, żebyśmy pojawili się również w odpowiednich ubraniach.
Nie byli pewni, jak ich rodziny zareagują, na szczęście podeszły do tego z pełnym zrozumieniem. Ba, niektórzy nawet prosili o uszycie albo o wypożyczenie! Nie byłoby jednak historii, gdyby nie pewna ciotka, niech będzie jej Maria, miała jakoś tak. Najpierw siedziała cicho, potem starała się podburzyć część rodziny pana młodego, bo to jego krewną była, że tak być nie może, że nie wypada, że tradycja, tak się nie godzi i prawie że ślub nieważny.

Większość zlewała jej teksty, dostała upomnienie jedno, drugie i trzecie, bo w końcu informacja dotarła do głównych zainteresowanych. Gdy to nie poskutkowało, została poinformowana, że nie ma wstępu na wesele, do kościoła niestety zabronić pójść się nie dało, bo przyjść może przecież każdy. Ona obmyśliła zemstę.

Jak to pani w okolicy emerytalnej, należała do kółka różańcowego. Miała tam swoje przyjaciółki, z którymi strasznie wpieniały proboszcza, były bowiem świętsze od papieża i krytykowały wszystko, co się dało. Nie było więc niczym trudnym przekonać je, że taki ślub to skalanie boskie. Na samej mszy oczywiście się pojawiła... z nimi. Weszły do kościoła kilkanaście minut wcześniej, krytykując brak ozdób w postaci kwiatów na ławkach, źle ubranych ludzi (bo przecież suknia z XV wieku to tragedia, nie? co z tego, że potrafi kosztować tyle, co taka z modnego butiku), że panna młoda siedzi w kościele, a nie czeka przed. Czaicie klimat, nie?

Zostały usadzone gdzieś z tyłu, cała msza przebiegła dość spokojnie. Czas na składanie życzeń. Zaczekały na sam koniec, dokładnie i głośno obmawiając każdego, kto się zbliżył do pary młodej. W końcu podeszły i one, chociaż panna młoda chciała uciekać. Życzyły m.in. szybkiego powrotu do zdrowia psychicznego.

Sytuację uratowała... mała dziewczynka, która zapytała się swojej mamy, dlaczego te panie są tutaj, a nie na swoich pogrzebach.
One, państwo młodzi i generalnie najbliższe otoczenie niemal zamarło. Panie nie miały dobrej riposty i wycofały się, fukając tylko na "niewychowane gówniary". :D
Dodaj anonimowe wyznanie