Jestem astmatykiem i tak się wydarzyło, że ostatnio astma mi się zaostrzyła. Wybrałem się do lekarza (prywatnie oczywiście).
Czekam na przystanku na autobus, wokół nikogo, gdy nagle obok mnie siada pani, na oko 55-60 lat. Wyjmuje z torebki papierosa, zapala go, zaciąga się i dmucha dymem wprost na mnie. Ja na lekach, ledwo oddycham, ale grzecznie i niezbyt głośno się pytam:
- Przepraszam, mogłaby pani tutaj nie palić?
A ona nic, dmucha we mnie dymem. Więc ja nieco głośniej:
- Proszę pani, słyszy mnie pani?
- Pan do mnie? - Odwraca się zdziwiona.
- Tak, czy mogłaby pani nie palić tutaj, tylko obok przystanku? Nie chcę być narażony na kontakt z dymem papierosowym.
Kobieta wstaje, wyraźnie oburzona, odwraca się do mnie przodem i zaczyna krzyczeć:
- Kto cię kultury nauczył! Nie podnoś na mnie głosu, gnoju, jestem starsza, tak nie wolno! Będę paliła gdzie mam ochotę!
Byłem w naprawdę złym nastroju i ledwo oddychałem, więc bez zastanowienia, z morderczą miną powiedziałem do niej:
- Zamknij się i wypierd*laj.
Pani chyba się trochę przestraszyła, bo dość nieświadomie powiedziałem to głosem podobnym go głosu Bogusia Lindy, i poszła palić jakieś 10 metrów od przystanku, a ja do teraz mam wyrzuty sumienia, bo w sumie pomimo chęci nie popisałem się kulturą. No ale cóż, tak to jest, jak się pali na przystanku. ;)
Byłam zmuszona jechać popołudniem z moim dwuletnim synem komunikacją miejską. Niestety nie mam samochodu ani z kim zostawić dziecka. Młody siedział w wózku.
Wsiedliśmy, jedziemy. Nagle syn dostał napadu złego humoru. Przyznam, że byłam tak zmęczona, że w sumie miałam to gdzieś. Próbowałam go uspokajać, ale tak bardzo chciało mi się spać...
Nagle zauważyłam, że siedząca bliżej kierowcy młoda kobieta dosłownie morduje mnie wzrokiem. Nie wiem czemu, ale jej spojrzenie było tak sugestywne, że poczułam się potwornie głupio i natychmiast opamiętałam. Dotarło do mnie, że dzieciak wyjący od 15 minut w autobusie pełnym ludzi to jednak nie jest to i moje zmęczenie jest tyle samo warte, co innych. Próbowałam jak najszybciej go uspokoić, ale wstyd dosłownie mnie sparaliżował. A młody jest dzieckiem, którego nie można ot tak ugłaskać, gdy się wkurzy.
Serce podjechało mi do gardła, gdy tamta kobieta wstała i ruszyła w naszą stronę. Byłam pewna, że sprawiedliwie mi się oberwie... ale ona po prostu tak zagadała mojego potworka, że jak nigdy wcześniej nagle, ot tak, zamienił się w małego aniołka. Była tak ciepła, zabawna, serdeczna, ale i stanowcza. Dosłownie zaczarowała go. Ale wcale mi nie ulżyło, bo z jej oczu zionęła taka nienawiść...
Wysiadła na tym samym przystanku co my i pomogła mi jeszcze wynieść wózek. Dławiąc się własnym językiem podziękowałam jej, komplementując ile tylko mogłam. Wysłuchała i powiedziała "Nienawidzę takich jak pani i pani bachor. Wystrzelałabym was wszystkich i dopiero była szczęśliwa" po czym wesoło pożegnała się z synem i sobie poszła...
O Boże, jak mi wstyd...
Moja dziewczyna postanowiła, że popisze się kulinarnie i pierwszy raz w życiu ugotowała obiad. No nie powiem, byłem pod wrażeniem, bo dotąd obiady zjadaliśmy w fast foodach albo u rodziców.
Jej dzieło miało postać zielonego makaronu z serem i jakimiś dziwnymi warzywami. Wyglądało i pachniało całkiem nieźle, ale w smaku… ludzie, tego nie dało się przełknąć! Zjadłem z uśmiechem na twarzy, a wewnętrznie umierałem.
Dla niej wszystko - nawet cały dzień na muszli klozetowej.
Jakiś miesiąc temu byłam na pogrzebie mojego dziadka. Było mi trochę smutno, ale jakoś nie czułam się strasznie rozdarta i zrozpaczona. Może dlatego, że nigdy nie miałam z nim dobrego kontaktu, rzadko się widywaliśmy. Oczywiście nikomu tego nie powiedziałam, że śmierć dziadka mną za bardzo nie wstrząsnęła.
Tydzień temu zdechł mój labrador. I to jest dla mnie prawdziwa tragedia. Od tamtej pory nie wychodzę z domu, nie jem, schudłam już dwa kilo. Czuję się okropnie, jakby los odebrał mi najukochańszą i najbliższą osobę na tym świecie. Wciąż płaczę, nie mam ochoty na nic. Wszystko wokół przypomina mi Maksa.
Bardziej zabolała mnie śmierć zwierzęcia niż członka najbliższej rodziny. Wiem, jestem naprawdę okropnym człowiekiem.
Dziś zostałam napadnięta. Lało jak z cebra. Wracałam sobie z pracy osłaniając się przed deszczem moją różową parasolką z wizerunkiem Sailor Moon. Szłam szybkim krokiem chcąc zdążyć na autobus i nie usłyszałam, że ktoś za mną idzie.
Zorientowałam się dopiero kiedy chwycił mnie mocno za ramię i wciągnął do jednej z bram w mijanej przeze mnie kamienicy. Odwróciłam się i zobaczyłam wielkiego, pozbawionego szyi gościa w bluzie z dużym „pe” z kotwicą i dresowych spodniach z kilkoma paskami. Najbardziej zaskakujące było to, że facet miał na głowie plastikową maskę… kota. Bandyta nie ukradł mi portmonetki, naszyjnika czy telefonu. Nie. On mi zabrał parasolkę i trzymając ją nad swoją łysą głową, wielce ukontentowany oddalił się rzucając na odchodne: „Kotecki nie lubią deszczu”.
Miałam wtedy ze 13 lat. Wiedziałam dobrze czym jest seks i o co w tym wszystkim chodzi. Wiedziałam też czysto teoretycznie czym jest orgazm, ale na tyle niedokładnie, że nie potrafiłam sobie tego wyobrazić.
Pewnego popołudnia wpadłam na porąbany pomysł: zabawę w seks. Rozebrałam się do naga i oczami wyobraźni dojrzałam w swoim wielkim pluszowym koniu upragnionego kochanka. Co tu dużo mówić... Przeleciałam pluszaka. W pewnym momencie zaczęło mi się robić przyjemnie, więc nie przestawałam, aż w końcu... Pierwszy raz w życiu doszłam. Byłam tak zdezorientowana, że pierwsze co, to poleciałam do łazienki, bo myślałam, że chce mi się siku.
Żeby nie było, że niedokończone: później już ogarnęłam o co chodzi i, jak wielu zebranym: spodobało mi się. 😄
PS. Nie jesteśmy z koniem małżeństwem. Był już bardzo stary, więc jakiś rok później poszedł na śmieci. Wykorzystany i porzucony. 😀
Kiedy jechałam do pracy zauważyłam mojego faceta na chodniku. Okradał akurat jakąś kobietę z torebki.
Zawsze, gdy chcę dobrze wypaść, to wychodzę na dziwną.
Na obronie pracy dostałam czkawkę i ciężko mi było cokolwiek mówić, aż komisja się śmiała. Do tego chcąc wyjść na inteligenta, omawiając prezentację dużo gestykulowałam i podchodząc do ekranu, żeby zwrócić uwagę na pewien szczegół na zdjęciu, potknęłam się, wpadłam w ten biały ekran, gdzie wszystko się wyświetla (wypadła mi aktualnie nazwa z głowy). Wszystko się przewróciło, huk, a profesorowie szybko lecą z pomocą i mnie podnoszą.
Okej, wstaję, trzymam fason i kontynuuję przemowę. Następnie pytania od komisji, a ja zamiast "panie profesorze" - mówię "proszę księdza". Komisja prawie zaczęła płakać. Wychodząc już z sali i dziękując komisji, oczywiście nie otworzyłam drzwi, tylko walnęłam w nie głową, aż mi pociemniało przed oczami.
Myśląc, że na dzisiaj dzień pecha się skończył, spadam ze schodów i rozrywam sobie sukienkę. Już płacząc nad moim losem, idę do sklepu po sok, bo po wygłoszeniu prezentacji zaschło mi w buzi. Ale chyba każdy wie, że idąc nie powinno się pić - złamał mi się obcas, a sok wylał na koszulę.
Tak że jeśli ktoś widział dziewczynę idącą boso, z rozerwaną spódniczką i poplamioną koszulą, to ona wcale nie wracała z wojny, tylko z obrony pracy.
Pozdrawiam wszystkich pechowców.
Niektórzy to potrafią sobie w życiu radzić. Dziś do tramwaju, w którym jechałem, weszła kobieta z wózkiem. Od razu wszyscy zerwali się z miejsc, żeby pani mogła sobie usiąść. Jako że ja akurat byłem najbliżej, wybrała moje siedzenie.
Młoda mama przycupnęła sobie i zaczęła bujać wózkiem do przodu i do tyłu, aby uśpić leżące w środku dziecko. Co jakiś czas nachylała się tez nad nim, coś tam mówiła szeptem i uśmiechała się. Raz nawet wyjęła z kieszeni grzechotkę i zatrzęsła nią nad maleństwem.
Lubię niemowlaki i chciałem rzucić okiem cóż to za istota kryje się w wózku. Dyskretnie schyliłem się i zobaczyłem… wielki, owinięty siatką baleron. Tak, kobieta podróżowała z potężnym kawałkiem wędzonej wędliny tylko po to, aby mieć specjalne przywileje.
Spojrzałem na lekko tylko zażenowaną „mięsną matkę”. „Nawet nie chcę wiedzieć, jak u pani wygląda pora karmienia” - mruknąłem..
Na początku roku akademickiego zdałam sobie sprawę, że nasz wykładowca od ekonomii ma dziwny zwyczaj częstego kończenia zdania pytaniem „tak?”. Nudziło mi się i postanowiłam zrobić małą kalkulację. Za każdym razem, gdy padał ten wyraz, ja zaznaczałam to w tabelce, którą specjalnie na tę okazję przygotowałam.
Dziś na trwającym 50 minut wykładzie padło dokładnie 72 „tak?”, co nam daje 1,44 „tak?”/min. To lepszy wynik niż ten z poprzedniego tygodnia, gdzie „tak?” wypowiedziane zostało zaledwie 67 razy. Od początku roku rekord ustanowiony został w styczniu, kiedy „tak?” usłyszeliśmy 118 razy! Najsłabiej było w połowie kwietnia. Wówczas „tak?” zabrzmiało 39 razy. Póki co w skali roku średnia to 1,53 „tak?”/min.
Do jasnej cholery! I niech ktoś mi powie, że studenci nie uważają na zajęciach!
Dodaj anonimowe wyznanie