#iyPjt

Miesiąc temu miałam dość ważny występ solowy na dużej scenie.
Żeby nie kusić losu, zamówiłam obiad ze sprawdzonej knajpy, gdzie regularnie jadam od kilku lat i jeszcze nigdy nie miałam problemów po ich jedzeniu. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, prawda?

Jakieś 5 minut przed występem miałam okropne gazy, których nie dało się powstrzymać, ale myślę sobie, spokojnie, to tylko cichacze, więc nie ma tragedii. Przy którejś śpiewanej piosence niestety mój cichacz przerodził się w "mokrego" (chodzi mi o dźwięk) bączura, którego było słychać na całej sali. Ale ja udawałam, że wszystko jest okej i śpiewałam dalej. Podczas całego koncertu zdarzyło mi się to jeszcze kilka razy.

Wiecie co jest najgorsze? Że na nagraniu to wszystko słychać. I to nagranie poszło w świat. Kurtyna.

#dz42N

Wiecie, jak to jest w akademiku. Dużo imprez, mało snu...

Był poniedziałek, pierwszy wykład o godzinie ósmej. Przyszedłem punktualnie i przez pierwsze dwadzieścia minut pilnie słuchałem profesora opowiadającego swym monotonnym głosem o wpływie zmian klimatu na ekonomię państw śródziemnomorskich. Potem była już walka. Powieki zaczęły mi opadać, potem osuwała mi się głowa, usiłowałem walczyć. Ba, broniłem się wszystkimi siłami, ale potęga Morfeusza wzywającego mnie na swój mięciutki dywanik okazała się silniejsza. Zaległem przyklejony policzkiem do blatu ławki. „Tylko minutka...” - obiecałem sobie, gdy już gasł ostatni bastion mojej świadomości.

Kiedy otworzyłem oczy, wokół mnie siedzieli zupełnie obcy mi ludzie, a na środki sali stała jakaś pani, która energicznie gestykulując gadała coś o kulturze Łemków. „Te, paczcie! Obudziła się księżniczka!” - krzyknął ktoś na auli. Przynajmniej dwie setki par oczu odwróciły się w moją stronę, skutecznie odstraszając resztki snu.

Okazało się, że pan profesor pozwolił mi przespać cały wykład, a kiedy ten skończył się i ja nie wykazywałem chęci wyjścia z sali, to cały rok, w zmowie z naszym wykładowcą, pozwolił mi zostać. Ta, piętnaście minut później, zapełniła się studentami etnologii, którzy także uznali, że nie wypada mnie budzić. Do żywych wróciłem dopiero po godzinie, w połowie wykładu.

Teraz jestem legendą. To miłe. Trochę gorzej, że wszyscy nazywają mnie „śpiącą królewną”...

#btzMl

Za każdym razem, kiedy ma miejsce jakaś tragedia (zamach, katastrofa lotnicza, wypadek samochodowy etc.) i wydarzenie jest na bieżąco relacjonowane w tv lub w internecie, co kilkanaście minut odrywam się od aktualnego zajęcia tylko po to, żeby dowiedzieć się o rosnącej liczbie ofiar. Nie dlatego, że odczuwam nagły przypływ empatii, bynajmniej. Od dziecka ekscytowały mnie takie sytuacje. Nie jestem w stanie racjonalnie tego wytłumaczyć. Z jednej strony współczuję ofiarom i ich bliskim, a z drugiej z nadzieją czekam, aż liczba na ekranie powoli się zwiększy.

#qwPV3

Czuję, że jestem zły.

Mam siostrę, Oliwię, ma 9 lat. NIENAWIDZĘ JEJ. Dlaczego? Jest okropna, rozpieszczona, chociaż rodzice dobrze ją wychowywali.
Nienawidzę jej głównie dlatego, ponieważ nie potrafi normalnie rozmawiać, jedyne słowa jakie potrafi powiedzieć do mnie to: "zamknij się","no sam se zrób", "no przynieś mi". Na wszystko co nie idzie po jej myśli reaguje krzykiem i płaczem.

Kolejnym powodem jest to, że jest głupia, ale nie dlatego, bo ja tak mówię. Nie, nie, według badań jej iloraz inteligencji wynosi 62 IQ...
A co za tym idzie, w normalnej szkolnej nie poradzi sobie, ale do specjalnej szkoły też nie może iść, bo "poradzi sobie" - tak twierdzi psycholog. Codziennie moja mama siedzi z nią 2 godziny tylko po to, żeby nadrobić to co jest na lekcji, a potem kolejna godzina na odrabiania zadania domowego, przez co nie ma dla mnie czasu. Nawet, żeby porozmawiać.

Może ma ktoś na to jakaś radę? Jak ją ignorować?

#TpeU4

Wysłałam chłopaka po zakupy, bo lodówka pusta, no a obiad z niczego się nie zrobi. Więc napisałam mu listę zakupów i mówię, że gdyby miał jakieś wątpliwości do tego co ma kupić, to zawsze może zadzwonić. No i wyruszył biedaczek na podbój sklepu, oczywiście przekonany, że da radę i że to żaden problem dla niego.

Po dwóch godzinach wraca z kilkoma pełnymi siatami, ledwo co je wniósł do domu, takie wielkie były. Patrzę na niego lekko zdziwiona, bo na kartce było napisane maksymalnie 15 rzeczy, a ten mi tu połowę sklepu do domu przyniósł!
No dobra, może dodał coś od siebie.

Rozpakowuję te zakupy i nadziwić się nie mogę, jakich bzdetów mi tu nakupował.
Pytam się, po co nam trzy słoiki miodu, skoro rzadko go jemy, a on na to, że promocja była, jak weźmiesz dwa, to trzeci gratis. Dalej 5 paczek ptasiego mleczka, bo też była jakaś tam promocja, to stwierdził, że weźmie do pracy i poczęstuje szefową, żeby u niej zapunktować (jak się później okazało, ona nie przepada za ptasim mleczkiem). Do tego kupił karmę dla psów, bo też była przeceniona i stwierdził, że nasz kot to jest głupi i pewnie się nie zorientuje, że je coś innego, a on nie ma zamiaru wydawać tyle pieniędzy na sierściucha.
I na koniec najlepsze - kupił ciasto szarlotkę zamiast cebuli. Napisałam mu wielkimi drukowanymi literami "szalotka", a on sobie pomyślał, że zapomniałam dopisać "r".

Niby lodówkę zapełnił, tyle że produktami, których nie lubimy i na co dzień nie jemy. A obiadu i tak nie ugotowałam, bo z tego co mi przyniósł, to mogłam co najwyżej ugotować makaron spaghetti z mrożonymi frytkami.

Wyślij chłopa do sklepu :D

#mc2RY

Ostatnio czytam dużo o karmieniu piersią w miejscu publicznym i chcę opisać historię, która przytrafiła się mi kilka dni temu.

Okres przedświąteczny, wiadomo, zakupy trzeba zarobić. Od 2 tyg. mój samochód stoi u mechanika, miał być naprawiony przed świętami, jednak wyszło inaczej, więc co tu zrobić, zostaje komunikacja miejska (do centrum z 35-40 min. jazdy autobusem). Więc biorę wózek i moją 4-miesięczną córeczkę.

Centrum handlowe, zakupy zrobione, idę do pokoju maluszka, mała nakarmiona, więc teraz ja mogę coś zjeść na szybko. W centrum jest restauracja, w której mogłam cokolwiek zjeść, ale zamówienie zrealizują dopiero za godzinę (przez tłum ludzi). Zrezygnowałam, bo po drodze na autobus jest bar, w którym zazwyczaj nie ma kolejek, więc ruszyłam.

Weszłam, zamówiłam obiad, czas oczekiwania 10 min. Mimo że ludzi dość sporo, usiadłam przy stoliku. Nagle mała zaczyna krzyczeć, sprawdzam, czy to pampers - pampers suchy, biorę maleństwo na ręce, ale dalej krzyczy, a ludzie patrzą na mnie, jakbym była jakaś nienormalna. Patrzę na zegarek, ok. 30 min temu przecież jadła, ale może za mało, więc idę z nią do WC, bo przecież tyle się czyta o matkach karmiących. Wchodzę do WC, a tam tylko umywalka i kibel, w którym czuć, że ktoś niedawno postawił tam dwójkę. Stoję w drzwiach, mała płacze, zerkam na WC, na małą, myślę co robić i słyszę za plecami "korzysta pani czy zwiedza?", więc odpowiadam "niech pan wejdzie przede mną". Mała krzyczy dalej, szybka kalkulacja - do domu z 40 min + dojście na autobus 5 min + dojście do domu 8 min, co daje 53 min drogi. Co mam robić? Pieluchy tetrowej brak, szalikiem nie przykryję, bo gruby i jeszcze dziecko uduszę. Raz się żyje... Wyciągnęłam pierś, zasłaniając się jak mogę, wykrzywiona tak, żeby nikt nic nie widział i zaczynam karmić. Czuję, jak twarz robi mi się czerwona, mała spokojnie je. Kelnerka przyniosła obiad, podziękowałam karmiąc dalej, gdy nagle podszedł młody chłopak i wyciągnął swoje przyrodzenie mówiąc "smacznego" i wyszedł z baru. Ludzie w śmiech, jedna osoba zaczęła nawet bić brawo, ja łzy w oczach. Jakaś starsza pani podeszła i dała mi chusteczkę, mówiąc "niech pani nie przejmuje się tym burakiem". Po nakarmieniu małej poszłam zapłacić za obiad i wyszłam z dzieckiem, zostawiając obiad tak jak go dostałam. Nigdy w życiu nie było mi tak przykro i wstyd.

#LgHp9

Od kilku lat jestem całkiem sama, po śmierci babci nie został mi już nikt bliski. Musiałam wynająć pokój, pracowałam w sklepie.
Zostałam zwolniona dyscyplinarnie po tym, jak jedna ze współpracownic po prostu mnie wrobiła.
Pracy obecnie nie mogę znaleźć żadnej.

Pokój mam opłacony tylko do końca miesiąca, więc od 1 stycznia będę bezdomna, a w portfelu zostało mi niecałe 50 zł.

Święta spędzę jedząc puszkę makreli w sosie pomidorowym. Na sylwestra wypiję ruskiego szampana za 5 zł. W Nowy Rok spakuję cały swój dobytek i stopem ruszę przed siebie.

Cholernie mnie to przeraża, od zawsze żyłam skromnie, ale miałam co jeść i miałam ciepłe łóżko, w którym mogłam się wyspać.
Dodaj anonimowe wyznanie