Mam taki lifehack odnośnie świąt.
Przez cały rok zbieram/kupuję różne przydatne lub fajne rzeczy dla rodziny lub znajomych. Po prostu jak jest okazja kupić coś taniego albo bardzo ciekawego i myślę, że może się przydać tej osobie, to kupuję, chowam do szafy i czeka na grudzień.
Dzięki temu w grudniu mam dużo nieprzypadkowych rzeczy do podarowania, a jednocześnie nie rujnuje to mojego budżetu. W zasadzie przed świętami to nic nie kupuję. :)
Uwielbiam patrzeć na swojego męża, kiedy śpi. Po części z miłości, a po części dlatego... że to świetna komedia. Nieraz robi dziwaczne miny, mówi różne rzeczy typu "nie jedz moich płatków z nutellą" czy "kolor prawy jest w kremie". Inna sprawa, że to świetna zemsta. Głupia mina, telefon i cyk! mam gotową kartę przetargową.
Jestem okrutna, ale on nie jest mi dłużny ;)
Nie wiem jak to powiedzieć, ale wydaje mi się, że jestem potencjalnym gwałcicielem. Tzn. nie zrobiłem nikomu niczego złego, ale boję się, że może do tego dojść.
Może zacznę od początku.
Nigdy nie byłem w związku (nawet się nie całowałem) i przez to dużą część czasu spędzałem oglądając porno. Od początku interesowały mnie tylko specyficzne typy filmów (brutalne sceny, inscenizacje gwałtów itp.). Myślałem że to tylko takie upodobanie, ale w momencie gdy poszedłem do prostytutki, zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie uprawiać normalnego seksu (nawet mi nie drgnął po długich próbach reanimacji sprzętu przez profesjonalistkę). Wtedy to zdałem sobie sprawę, że podnieca mnie jedynie dominacja nad kobietą i brutalne łamanie jej oporów. Wiem, że to coś złego i takich ludzi powinno się usuwać ze społeczeństwa (jednak ciężko to zrobić, jeśli chodzi o ciebie samego), a jedynie co mnie powstrzymuje przed dokonaniem takiego czynu to świadomość, że zniszczyłoby to życie potencjalnej ofierze, a ja naprawdę nie chcę nikogo skrzywdzić.
Nie mam pojęcia czemu taki jestem i naprawdę chciałbym to zmienić. Wydaje mi się, że może to mieć coś wspólnego z traumami z dzieciństwa (nie pamiętam niczego z czasów gdy byłem młodszy niż 5 lat), a istnieje podejrzenie, że jeden z partnerów biologicznej matki (zostałem jej zabrany w wieku 5 lat) mógł być pedofilem.
Właściwie to nie wiem czemu to piszę, lecz wydaje mi się, że muszę to z siebie wyrzucić (z naturalnych powodów nie chwalę się tym osobom w moim otoczeniu).
Jestem niska (154 cm), mój facet wręcz przeciwnie - 190 cm. Ostatnio w sklepie motocyklowym ekspedientka zapytała "A kombinezon dla córki też pokazać?".
Mam 24 lata, on 25.
Miałam dzisiaj straszny sen.
Śniło mi się, że przyjechała do mnie znienawidzona teściowa. Zamknęła się ze mną w łazience i zmuszała mnie do jedzenia proszku do prania. Plułam straszliwie, bo:
1. Proszek był obrzydliwy.
2. Bałam się, że się otruję, a ona dalej wpychała mi w usta ten %@#$ proszek do prania.
Kiedy się obudziłam byłam cała opluta, poduszka cała w ślinie, pościel u góry też, wszystko do prania.
Nie mam teściowej.
Mieszkam w domu rodzinnym mojego męża. Jesteśmy świeżo po ślubie, ale mieszamy ze sobą już grubo ponad rok. Kończymy sobie "górę", ale zanim doprowadzimy to z pustaków i wylewki do stanu użytkowego, kuchnię i łazienkę muszę dzielić z domownikami z parteru. Tyle tytułem wstępu.
Mój mąż ma 17-letnią siostrę. Największy leń, jakiego widziałam. Nic za sobą nie posprząta, ciągle siedzi na fejsie, snapku, insta i ogląda swoje seriale w sieci. Jednym słowem gdzie co upadnie, tam leży aż nie zgnije, albo mamunia nie posprząta. Ostatnio wyniosła z jej śmierdzącego pokoju miskę z resztką płatków śniadaniowych, na której rósł grzyb. Ręce już dawno mi opadły. Laska jest leniwa i próżna do szpiku kości.
Ale ostatnio przesadziła...
Godzina 23 - wracam z drugiej pracy, mąż ma nocną zmianę, rodzice pojechali do większego miasta zająć się chorą babcią i mieli wrócić dopiero następnego dnia, w domu tylko młoda i jej równie leniwy kot. Było późno, ja zmęczona do granic wytrzymałości, bo od 4:50 na nogach, padam twarzą na ryj. Chcę otworzyć drzwi... ups! Klucz jest włożony po stronie wewnętrznej, nie da rady, musi ktoś zrobić to od środka. Dzwonię na dzwonek - nic. Raz, drugi, kolejny... Zero reakcji. Dzwonię więc na telefon - dziesięć razy też nic. Tłukę w drzwi i okno na parterze (młoda ma tam pokój) - nic. Myślę sobie - no świetnie... zamarznę! Jakieś minus 7, a ja stoję przed drzwiami już ponad godzinę. Obeszłam dom z 10 razy, waliłam wszystkim we wszystko. NIC! Zrezygnowana i przemarznięta myślałam, że zaraz się popłaczę. Przecież nie mogę zostać do rana na zewnątrz!
Chwila ciszy, znów walę w drzwi jak opętana. Nie ma bata, musi mi ktoś otworzyć... Rozumiecie, że młoda otwarła mi drzwi po prawie 2h?! Świetnie słyszała walenie od początku, ale musiała wiedzieć, czy X wybaczy Y zdradę w jej ulubionym serialu. Stałam na mrozie prawie 2h, bo ONA OGLĄDAŁA SERIAL!
Ogarnęła mnie dzika furia i szał. Przegięła mówiąc, że przecież gówno mi się stało, jak się trochę przewietrzyłam. Wparowałam do pokoju, wyrwałam laptop z ładowania i roztrzaskałam na przedpokoju o podłogę. Teraz jestem najgorsza w rodzinie zdaniem młodej i teściów. Za to mąż powiedział, że żałuje, że laptopa rozbiłam o podłogę, a nie na twarzy jego durnej siostry...
Siedzę na obiedzie u rodziny. Rozmawiamy właśnie o tym, że żona brata dostała awans, zostaje szefem działu. Mąż siostry również ma niezłe sukcesy, duże bonusy za pracę. Moja matka patrzy się na mnie i wymownie pyta:
- A ta twoja to kiedy w końcu coś zrobi?
Pewnie jak się wybudzi ze śpiączki, Mamo.
Właśnie gdzieś w sieci czytałam artykuł, w którym jakaś kobieta lamentowała, że majętna rodzina dała mało do koperty na ślubie. Normalnie bym temu przytaknęła, ale po ostatnim weselu, na którym byłam gościem, moje zdanie jest inne.
Ja również jestem majętną osobą.
Jechaliśmy z mężem z daleka wiele godzin, nasz przyjazd był dogadany już miesiąc wcześniej. Ktoś miał być w domu i na nas czekać.W dniu przyjazdu dzwonię, że za kilka godzin będziemy zgodnie z planem i słyszę, że będziemy musieli sobie sami poczekać cały dzień gdzieś w obcym mieście, bo ona (panna młoda) zapomniała zostawić nam klucze i załatwić, aby ktoś tam jednak był i to nasz problem, bo ona ma dużo na głowie. OK, rozumiem, wesele to stres, a zostało tydzień do wielkiego dnia. Tyle że można by jakoś powiedzieć to grzecznie, a nie z gębą, albo chociaż jakoś przekazać klucze. Przez dzień przestoju nie udało nam się załatwić ważnych urzędowych spraw, o których ona wiedziała.
Byłam świadkową na tym ślubie, więc i podobno najlepszą przyjaciółką. Nikt tak okropnie nas nie traktował od lat. Nikt nawet się z nami nie przywitał po przyjeździe. Przy drzwiach już były pretensje, że my się uważamy za lepszych, bo dużo podróżujemy i zarabiamy dużo, a przecież ona ma magistra i klepie biedę, to niesprawiedliwe. WTF ? Nigdy niczym się nie przechwalałam ani nie dawałam do zrozumienia, że niby jestem lepsza.
Potem było tylko gorzej, za wszystko obrywałam. Była wściekła, a ja do tej pory nie wiem, co ją ugryzło. Wszystkich tak traktowała. Współczuje jej mężowi, bo tak go poniżała, że aż przykro było patrzeć. Rozumiem, że jedynaczki tak miewają, ale takiej królowej dramy dawno nawet w TV nie widziałam. Nie poznawałam swojej już byłej przyjaciółki.
Wcześniej miałam zamiar dać jej duży prezent, ale kilka godzin przed weselem zmniejszyłam prezent do minimum. Mam gdzieś, że cała rodzina nabrała kredytów, aby to opłacić. Nikt im nie kazał robić tak drogiego wesela ani się zapożyczać. Mimo że nas stać, nasze wesele było 4 razy tańsze i wszyscy się mega bawili. Nam zwróciły się wszystkie koszty.
Ja pomagałam jej cały tydzień wszystko ogarnąć, a że jestem kosmetyczką, to robiłam jej i jej mamie makijaż i paznokcie. Oczywiście za darmo. Nawet nie usłyszałam dziękuję, były tylko znów pretensje, że za mało tapety itd. Cały ślub i wesele ganiałam za nią, aby jak najlepiej wywiązać się ze swoich obowiązków, a ona przy wszystkich tylko warczała na mnie. Żałuję, że nie było kamerzysty, bo miałaby piękną pamiątkę, jak się zachowywała. Nie wiem, co zrobiła drugiej druhnie, bo tamta całe wesele płakała. Goście się średnio bawili, oprócz tych, co sporo wypili. Pewnie teraz mnie nie cierpi jeszcze bardziej, ale nawet się z tego cieszę, bo toksyczna osoba sama się usunęła z mojego życia. A ja mam czyste sumienie.
Kiedy byłam mała myślałam, że konfesjonał to winda do piwnic kościoła. No cóż.
Jestem przerażony zachowaniem mojego 12-letniego syna. Jest wredny, pyskuje, obraża wszystkich wokół, nie chce się uczyć i mógłbym jeszcze wymieniać w nieskończoność. Najpierw myślałem, że to nasza wina (rodziców). Dosyć brzydko się rozwodziliśmy i młody średnio to przyjął. Starałem się być wyrozumiały, ale to przechodziło wszystkie akceptowalne granice. Zabieranie telefonu i odcinanie internetu nie pomagały- było wręcz gorzej. Miarka się przebrała, gdy musiałem pilnie jechać do pacjenta i zostawiłem go pod opieką mojej siostry. Zadzwoniła do mnie o 2 w nocy, cała zapłakana, mówiąc jak ją wyzywał i uderzał pięścią, bo kazała mu wyłączyć telefon i iść spać. Co zrobiłem? Powstrzymując chęć mordu, dorwałem gówniarza, zdarłem sobie na nim głos i zakazałem wychodzić z pokoju.
Następnego dnia odbyliśmy długą rozmowę o jego zachowaniu, ale on nie widzi w niczym problemu. Na wizytę u psychologa stwierdził, że to ja go potrzebuję. Jest coraz gorzej. On sobie z tego nic nie robi, traktuje mnie jak śmiecia. Przez tyle lat starałem się go dobrze wychować, organizowałem wspólne wyjazdy, poświęcałem swój czas. Chciałem mieć z nim jak najlepszą relację. Ale teraz wszyscy uważają, że to moja wina. Moi rodzice nie chcą mnie znać, siostra nie chce znać mojego syna, u żony nie mogę liczyć na pomoc. Psycholog twierdzi, że to bunt i że to normalne. Staram się udawać silnego, ale naprawdę zaczynam się poddawać. Zrezygnowałem z wszystkich moich przyjemności, łykam tabletki uspokajające i robię ćwiczenia oddechowe, żeby nie popaść w depresję. Mam tylko nadzieję, że mój syn wie, że jestem dla niego i czekam, aż zechce do mnie wrócić. Oby tylko nie było za późno.
Dodaj anonimowe wyznanie