Mój chłopak ma ten przywilej, że dwa dni w tygodniu pracuje zdalnie. Ostatnio miałam akurat wolne, gdy przypadł zdalny dzień w jego grafiku i zobaczyłam, jak to wygląda w praktyce.
Wstał o 6.00, by ustawić na najwyższą głośność powiadomienia w laptopie, po czym poszedł spać do południa. Po wstaniu otworzył piwo i oglądał seriale. Gdy nadszedł czas „spotkania biznesowego” na Skype, ubrał koszulę, piwa nalał do filiżanki i rozmawiał z klientem w samych gaciach, udając, że pije espresso.
A ja haruję po 9 godzin pięć dni w tygodniu i zarabiam połowę jego pensji.
Kilka lat temu zakończył się mój poprzedni, wieloletni związek. Teraz mogę o tym napisać. To był bardzo przystojny i zadbany mężczyzna, wykształcony, zaradny, z naprawdę przepięknym, wyrzeźbionym ciałem. No wręcz uosobienie męskości - na zewnątrz.
A jak było naprawdę?
Oprócz agresji i długotrwałej przemocy emocjonalnej, rzucania przedmiotami i niewiarygodnej wulgarności było coś jeszcze.
Nie jestem zazdrosna i nigdy nie byłam.
Na początku imponowało mi to, że mój partner nigdy nie oglądał się za innymi dziewczynami w mojej obecności. Nie żeby mi przeszkadzało, ale nigdy nie usłyszałam od niego jakichkolwiek informacji o preferencjach - blondynki, brunetki - szczupłe, czy może nieco większe? A jakie ubrania lubi oglądać na kobietach? Włosy długie czy może elegancki bob? NIGDY nic się nie dowiedziałam.
W klepach, przy stanowiskach z czasopismami spędzał długi czas przeglądając prasę i magazyny fitness dla panów. Nasłuchałam się o męskości i wizerunku wielu popularnych aktorów (przeze mnie też lubianych zresztą) za wszystkie czasy. Myślałam, że to po prostu zainteresowanie sportem, fizycznością, dbaniem o siebie, itp. - bo przecież siłownia była jego drugim domem. Naprawdę spędzał tam dużo czasu. Nigdy nie skomentował żadnej kobiety, żadnej aktorki czy piosenkarki, nie pochwalił jakiegoś stroju czy wizerunku, nie powiedział co się podobało, itp. Co innego panowie.
Wiecie już gdzie zmierzam?
Seks między nami miał miejsce tylko na początku związku. Bez szału, ale jednak był. Potem wszystko umarło śmiercią naturalną. Upodliłam się do błagania o intymność, o podjęcie jakichkolwiek działań, by ratować cokolwiek między nami. W ostatnich latach kiedy w ogóle dochodziło do zbliżeń, potrafił "dojść" tylko stosując siłę wobec mnie - czyli bardzo mocno i na szczęście króciutko. Z perspektywy czasu sądzę, że co najmniej kilka z tych zbliżeń kwalifikowałoby się jako gwałt. Nienawidziłam siebie i swojego ciała, bo sądziłam, że to moja wina. Nie wiedziałam jak to przerwać. Nie, nie jestem "pasztetem", wręcz przeciwnie, uchodzę za bardzo atrakcyjną kobietę, szczupłą i zadbaną.
Jestem przekonana, że były partner jest osobą co najmniej biseksualną z silną preferencją wobec mężczyzn, do czego nigdy się nie przyznał, ale też nie zaprzeczył. Publiczne ujawnienie w jego rodzinie byłoby sporym skandalem, no i w jego oczach - "niemęskie". Spędziłam tak kilkanaście lat swojego życia, na walce z jego frustracją i agresją, moim strachem, zerową samooceną i poczuciem beznadziejności.
Teraz jestem w zupelnie innym miejscu, z innym mężczyzną. Kocham seks. Kocham intymność. Patrzę na siebie przychylnie. Jest mi wspaniale, ale moje "poprzednie życie" jeszcze trochę będzie się za mną ciągnąć.
Mam żal do rodziców.
Kochają mnie, dbają o mnie, traktują mnie na równi z dwójką rodzeństwa. Pozwalają mi na wiele rzeczy, których inne osoby w moim wieku nie mogą (decydowanie o wyglądzie, kieszonkowe, wybór szkoły, wybór religii i poglądów), są tolerancyjni.
Jest jedna rzecz. Jedna rzecz, która doprowadza mnie do szału, przez co nie jestem w stanie kochać i odwdzięczać się rodzicom za miłość.
Jest to kontrola nad całym moim życiem.
Dostajesz kieszonkowe? Musimy wiedzieć, na co je wydajesz! To nie jest zwykłe martwienie się o to, na co idą ciężko zarobione pieniądze, to jest robienie afery, jak zginie jakiś rachunek za batonika i oni go nie zobaczą.
Jak po raz pierwszy poszłam spędzić sylwestra z najlepszą przyjaciółką (w sumie to tylko dlatego, że mama sama zaproponowała) i planowałyśmy w sumie całą noc przesiedzieć na rozmowach i graniu na konsoli, to rodzice co godzinę dzwonili, żeby sprawdzić, czy się nie upiłam.
Mimo że ja gardzę alkoholem, zwłaszcza u nieletnich. A oni o tym wiedzą.
Jak chodzę do szkoły, to oni muszą znać plan lekcji, godziny, o których kończę i czas, jaki zajmuje mi powrót do domu. Jeśli się spóźnię chociaż 5 minut, to wyrzuty robią mi przez miesiąc.
Kolejną rzeczą jest kontrolowanie elektroniki. Obserwowanie mojej aktywności na portalach społecznościowych, aplikacje kontrolujące urządzenia, bardzo ścisłe godziny, w których mogę korzystać z komputera i telefonu.
Doprowadza mnie to do szału. Przez nich mam paranoję, że ktoś cały czas obserwuje i ocenia każde moje działanie. Przez to każda rzecz, którą robię, jest mi dodatkowo utrudniana przez wszelkie czynności, żeby ukryć swoje działania.
Nie mam zbyt wiele do ukrycia. Jestem zwykłą nastolatką, która głownie w internecie ogląda sztukę innych ludzi, albo czasami sobie gra, pieniądze wydaje na hobby, a z przyjaciółkami rozmawia. Nie robię nic, o co mogli by mieć taki problem z zaufaniem.
Jedynym efektem jest to, że czuję się tym przyduszana. Każda rzecz, którą robię, oni wiedzą. Znają każdy mój sekret, każdą lokalizację w jakiej byłam, każdą stronę internetową, jaką odwiedzam, każdą moją przyjaciółkę.
Boję się odzywać, cokolwiek sobą pokazywać. Jak tylko mogę, korzystam z każdej luki w "obserwacji", by poczuć na chwilę wolność.
Nie dlatego, że mam coś do ukrycia. Robię to dlatego, żeby przestać czuć się obserwowaną.
Teraz siedzę na wycieczce szkolnej, na fałszywym koncie z drugiego konta na urządzeniu (telefon ma opcję kilku użytkowników) i piszę to wyznanie. Modląc się, by moi rodzice nie odkryli kolejnego sposobu na kontrolę dziecka.
Mam taki rodzaj skóry, na którym bardzo łatwo robią się blizny. Niestety nie tyczy się to tylko kolan i łokci (ech te rowery...), ale również twarzy - będąc nastolatką lubiłam wyciskać pryszcze, byłam wręcz od tego uzależniona, czego efektem jest to, że mam ją ponaznaczaną śladami. Całą, poza nosem i policzkami, chociaż tyle się organizm zlitował. Teraz mi to nie przeszkadza, bo zbledły i przykrywam je podkładem, gorzej było w gimnazjum. Wtedy było połączenie ich i świeżych pryszczy, mimo opieki dermatologa wyglądało to średnio.
Pod koniec pierwszej klasy, kiedy przerobiliśmy cały materiał, oglądaliśmy na biologii film dokumentalny o trądzie. Mi się podobał, ale jednemu chłopakowi przypadł do gustu aż za bardzo. Kojarzycie ten typ człowieka, który tak bardzo nie ma życia, że musi niszczyć go innym? To ten. Do repertuaru wyzwisk (na szczęście nigdy nie odważył się na nic więcej, ale dla mnie, jako wrażliwca, było to aż nadto i on dobrze o tym wiedział) dodał, że jestem trędowata. Nie do końca wiem, skąd mu się to wzięło, bo zmiany skórne w przebiegu tej choroby wyglądają inaczej. Ważne, że kiedy mnie tylko widział, tak się ze mną witał, kilka, nawet kilkanaście razy dziennie.
Dla mnie, jak już wspomniałam, było to trudne. Rodzice, mimo najszczerszych chęci, nie zdołali dać mi rady lepszej, niż nie przejmowanie się nim. Zwróciłam się do wychowawczyni, po olaniu sprawy przez nią do ulubionej nauczycielki od historii. Ona wysłuchała mnie, otarła łzy i powiedziała, że jeszcze nie wie, co z tym zrobi, ale mu nie popuści.
Okazało się, że wiele robić nie musiała. Był nieklasyfikowany chyba z trzech przedmiotów, z kolejnych dwóch miał jedynki na koniec. Nie przeszedł klasy, po wakacjach już go nie spotkałam. Z tego, co wiem, to nie skończył technikum, teraz pracuje czasem na czarno, ale generalnie stacza się coraz bardziej. Czy mam mściwą satysfakcję? Trochę. Ale też myślę, że gdyby spotkał odpowiednich ludzi, którzy by naprawdę okazali mu zainteresowanie (w domu miał biedę i patologię), by się tak niekoniecznie musiało skończyć. Te wyzwiska pewnie też z tego powodu były. W gruncie rzeczy szkoda mi go.
Nie jem mięsa ani ryb od kiedy pamiętam. Moi rodzice jedli wszystko i tego starali się nauczyć też mnie i moją siostrą. No cóż, nie udało się. Kiedyś próbowali mnie zmuszać, jednak zauważyli, że to nie pomaga, a ja dalej nie chciałam tego jeść, więc przestali. Nigdy nie wybrzydzałam, nie żądałam ani nie gotowałam dla siebie nic innego. Jak na obiad były ziemniaki z kotletem i surówka, to jadłam ziemniaki z surówką. Zupę gotowaną na mięsie jadłam, nie było to dla mnie problemem, a nawet z czasem rodzice pozmieniali część przepisów tak, aby każdy z nas był zadowolony. Taki stan rzeczy był zrozumiały dla każdego z mojej rodziny, nikt mnie nie zmuszał do robienia czegoś wbrew mojej woli, ja tak samo nie nawracałam ich.
Gorzej było poza domem, o ile nastolatkowie i ich rodziny nie mogły tego pojąć, to już w ogóle cyrki pojawiły się u rodziny mojego męża. „Przecież człowiek jest mięsożercą”, „Jak zajdziesz w ciążę, to będziesz musiała zacząć jeść mięso”, „Jak tak można jeść, tylko na sałacie?!”. Nie jestem nawiedzoną osobą i naprawdę nikogo nie zmuszam, aby przestał jeść mięso. Nawet czasem coś mięsnego ugotuję dla męża albo kupię mu szynkę. Ja po prostu nie jem, bo nie lubię, bo nie jest mi to potrzebne - to wszystko. Nie przypisuję do tego żadnej ideologii. I naprawdę nie potrafię zrozumieć, dlaczego skoro ja nikogo nie namawiam, nie obrażam i nie patrzę się dziwnie jak coś je, to dlaczego dla innych jest to takim problemem?! Dziwne spojrzenia, głupie teksty, wyśmiewanie się, no po co?
Zaproponowałam mojemu 5-letniemu synkowi, żebyśmy zjedli coś z McDonald’s na niedzielny obiad. Mały powiedział, że nie chce. Po chwili dodał: „ugotuj mi zupkę, bo jest zdrowa, frytki nie są zdrowe”.
Moje dziecko jest mądrzejsze ode mnie.
Mama myła mi włosy aż do końca gimnazjum, a ja nie widziałam w tym nic dziwnego.
Ostatnio przewija się tutaj sporo wyznań ofiar molestowania, i w związku z tym chciałabym podzielić swoją historią, która ciąży mi na sumieniu i właściwie sama nie wiem co o tym sądzić.
Miałam wtedy około 9-10 lat, i w moim domu przeprowadzany był generalny remont. Robotnicy kręcili się po domu cały dzień, i spali w pokojach gościnnych naszego domu. Ponieważ były wakacje, jako znudzona dziewczynka chętnie „pomagałam” im podając młotek czy nalewając wodę do wiaderka z zaprawą. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili, udawali, ze moja pomoc jest nieoceniona co sprawiało, ze tym bardziej chciałam z nimi przebywać. Szczególnie jeden, M. zlecał mi wiele „zadań” i mówił o tym jak jestem fantastycznym budowlańcem i widzi dla mnie przyszłość w tej branży.
W nocy przed dniem zakończenia prac i ich wyprowadzki M. przyszedł do mojego pokoju i wsunął rękę w moje majtki. Byłam tak przestraszona, że nie mogłam się ruszyć, więc udawałam, że śpię. Serce waliło mi jak młotem, a on dalej mnie dotykał. W końcu zebrałam się w sobie i nadal udając, ze śpię przekręciłam się na bok i wyciągnęłam przed siebie nogi, żeby go odepchnąć. Poskutkowało. Wyszedł z pokoju, a ja zostałam tam sama ze swoimi myślami i walącym sercem.
Do dzisiaj nikt nie wie, co zaszło w tej nocy. I sama ta historia jest jest tym anonimowym elementem.
Anonimowe jest to, ze jego wcześniejsze zainteresowanie mi imponowało, więc sama często chciałam zwrócić jego uwagę. Na swój dziecięcy sposób podrywałam go uśmiechając się do niego, siadając mu na kolanach, głaszcząc go po głowie. Wiedziałam już wtedy mniej więcej co to flirt, seks itp. Byłam mocno uświadomionymi dzieckiem i w moim ówczesnym mniemaniu, na znane mi jako dziecku sposoby staram się wzbudzić w nim zainteresowanie.
Podobno nic nie tłumaczy aktów pedofilii, bo tym właśnie było jego zachowanie, ale gdzieś w środku mam poczucie, ze to naprawdę ja go sprowokowałam i dostałam do czego chciałam.
Nie ma na świecie osoby, która denerwowałaby mnie bardziej niż moja siostra.
A tak konkretniej. Siostra jest ode mnie 8 lat starsza. Gdy miała lat 19, wydała na świat swoje pierwsze dziecko, córkę. Po pół roku od jej urodzenia siostrze zostały ograniczone prawa rodzicielskie, ogólnie lubiła sobie wypić, pójść na imprezę i sypiać z nowo poznanymi mężczyznami. Pomocy od moich rodziców nie chciała, dziecko trafiło do biologicznego ojca, chłopak nie chce na siostrzenicę alimentów, siostra dziecka do tej pory widzieć nie chce.
Przez hulaszczy tryb życia siostra poroniła minimalnie 4 razy (liczę tylko te "razy", gdy moja mama chodziła do niej do szpitala przynosząc ciuchy, jedzenie itd.).
W wieku 24 lat urodziła kolejne dziecko. Ojciec nieznany. Nasza mama obiecała jej pomoc w opiece nad synem, czy też czasem wspierać finansowo, ale tylko jeżeli ograniczy imprezy. Zastosowała się.
Od tamtej pory minęły cztery lata, a ja mam zszargane nerwy. Siostra jest u nas codziennie od rana do wieczora. Gdy tylko wrócę do domu, od razu słyszę "o, przylazłaś w końcu, zajmij się nim". Siostra nie wie co to znaczy posprzątać po sobie i dziecku. Jej syn przeklina, pluje na ludzi, gryzie i bije. Gdy zwracam mu uwagę, że tak nie można, zaczyna płakać, jakbym go ze skóry obdzierała. W rezultacie słyszę "to tylko dziecko/to nie twoje dziecko, więc go nie pouczaj/weź idź do siebie/jak będziesz miała dzieci, to...".
Często też słyszę, że powinnam rzucić szkołę, znaleźć sobie faceta i urodzić dziecko. A faceta trzeba upolować, więc powinnam się zacząć ubierać w kuse spódnice czy wyuzdane bluzki, a nie w spodnie, jak facet. Żebym zaczęła się zachowywać jak normalna dziewczyna.
Szlag mnie trafia, gdy udaje taką odpowiedzialną, doświadczoną i najmądrzejszą na świecie.
Działo się to, kiedy miałam 10 albo 11 lat, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie siedziałam sobie obok mojej prababci przy stole, a ta jedząc obiad, zapytała: "Oooo! Helenko, a czy ty masz już włosy ma swojej (uwaga, uwaga) małej cipeczce?'' Tak, to pytanie było mega niezręczne, zwłaszcza, że słyszała je cała rodzina siedząca przy stole. Na dodatek kiedy się zaczerwieniłam i nie odpowiedziałam, powiedziała "Odpowiedz! No co, babuni się wstydzisz?!"
Dobra, zrobiło się to bardzo żenujące, odpowiedziałam, że nie mam ochoty o tym mówić, zwłaszcza przy jedzeniu. A ta się obraziła, bo jej zdaniem "nie okazuję szacunku dla jej osoby i w dodatku jeszcze pyskuję".
Dodaj anonimowe wyznanie