#w64L9

Jakiś czas temu miałem okazję do ciekawej rozmowy. Babcię odwiedziła kuzynka, z którą były dość blisko za młodu. Kobieta, lat 90+, przyjechała na kilka miesięcy do polski z córką z Wielkiej Brytanii (gdzie spierdzieliły za komuny), żeby "zobaczyć ojczyznę przed śmiercią". Rozmawiałem z nią kilka razy i opowiedziała mi ciekawe rzeczy. Dawno temu była feministką, spotykała się z podobnymi sobie, walczyły o prawa kobiet. Jak już były w Polsce, pewnego razu usłyszała, że będzie spotkanie feministek. Postanowiła pójść, zobaczyć jak to teraz wygląda, bo od czasów emigracji przestała się udzielać. Mówiła, że to co zobaczyła zasmuciło ją bardzo. Za dawnych czasów, gdy się udzielała, i z tego co opowiadały jej starsze koleżanki - było inaczej. Kobiety walczyły o MOŻLIWOŚCI. Chciały pracować na stanowiskach/w zawodach zdominowanych przez mężczyzn, chciały możliwości udzielania się w polityce, możliwości wstąpienia do armii i bronienia ojczyzny, możliwości wyrwania się z roli "kury domowej", która tylko rodziła dzieci, możliwości robienia kariery. A to co zobaczyła teraz to była walka o PRZYWILEJE. Najgorsze dla niej były wystąpienia bohaterek:
- kobiety, która miała 4 dzieci i była znów w ciąży, która żądała więcej kasy na dzieci i "emerytury matki"
- kobiety, która opowiadała jak zarabia naprawdę duże pieniądze na publikacji w internecie nagich zdjęć i filmików
- kobiety, która żaliła się, że w jej firmie jest mniej menadżerów kobiet niż mężczyzn.

Nie wytrzymała i wyszła. Z tego co mówiła, to dla niej było najgorsze. Że te feministki cofały to, co dawne feministki wywalczyły. "Parytety? Co to ma być? Jak pracownicy firmy mają szanować kierownika/dyrektora, jak widzą, że dostał posadę za to, że jest kobietą? Dawniej my walczyłyśmy, żeby pokazać, że poradzimy sobie w fabryce na ciężkim stanowisku. Mówiłyśmy: Daj mi tę posadę przy tokarce - ja ci pokażę, że jestem tak samo dobra jak każdy mężczyzna! A teraz co? Tylko daj, daj i daj. Że będę "kurą domową" albo obiektem seksualnym ? Nie przeszkadza mi to - będę leżeć i pachnieć i będę szczęśliwa".

Opowiadała mi też o dawnych czasach za komuny, gdzie kobiety były coraz bardziej widoczne w życiu zawodowym, polityce.
Szczerze - podziwiam te dawne feministki. One w tańcu się nie pierdoli.y. Mówili im - Daj spokój, nie dasz rady na tym stanowisku, to za ciężkie dla ciebie. A one mówiły: Tak? To zobaczysz! Potrzymaj mi kota i patrz!

#zKw9V

Anonimowe czytam od dawna i choć nie udzielam się w komentarzach ani nie napisałem jeszcze wyznania, to teraz przyszła pora i na mnie. Będzie to typowe żalenie, więc od razu ostrzegam. Jestem osobą, która nie lubi mówić o sobie ani się zwierzać, ale obecna sytuacja mnie dobija.


Jestem chłopakiem, tegorocznym maturzystą, gdy zacząłem uczęszczać do liceum poznałem K. K to chłopak z pobliskiej miejscowości. Chodzę z nim na jeden przedmiot już przez trzy lata. Pochodzi on z bogatej rodziny, ale nie okazuje tego, nie jest próżny a wręcz sympatyczny, chociaż nie gada dużo. W dodatku jest bardzo przystojny i to typ ucznia idealnego, dobre wyniki sportowe jak i wyniki w nauce. Problem tkwi w tym, że się w nim prawdopodobnie zakochałem. Od trzech lat próbuje złapać z nim większy kontakt, dzielę z nim ławkę na tym jedynym przedmiocie, na który razem uczęszczamy.


Z tego co zauważyłem to z naszej grupy rozmawia tylko ze mną. Ma on dziewczynę i wątpię żeby kiedyś pomyślał sobie o mnie w inny sposób niż jako o koledze z ławki, jednak cały czas robię sobie nadzieję. Nieraz na lekcji zdarzyło się, że przez przypadek szturchnie mnie nogą, w normalnej sytuacji każdy by od razu odsunął nogę, jednak on ją pozostawia i nasze nogi przylegają do siebie. Poza tym często zdarza się, że przyłapuje go jak na mnie spogląda na korytarzu.



Ostatnio mieliśmy studniówkę, on oczywiście był ze swoją dziewczyną, ja z koleżanką. Nieraz nasze spojrzenia się ze sobą spotykały, a w dodatku za każdym razem gdy zabierałem partnerkę do tańca, po chwili on pojawiał się na parkiecie, ze swoją dziewczyna tuż obok. Nie wiem co o tym myśleć. Był moment kiedy myślałem, że przeszło mi zauroczenie, jednak powróciło to ze zdwojoną siłą, a sytuacja ta mnie dobija. Czuję, że robię sobie tylko nadzieję i wmawiam sobie, że jednak może coś być na rzeczy, jednak nie potrafię przestać o nim myśleć. Zostaje mi tylko wzdychać z miłości, patrząc z daleka na niego aż skończymy szkołę. Musiałem się wyżalić, bo dobija mnie to od środka, a nie miałem komu tego wyznać.

Dziękuję jeśli przeczytaliście moje wypociny i od razu przepraszam za jakiekolwiek błędy, nie jestem dobry w pisaniu, a w szczególności gdy piszę to wyznanie pod wpływem emocji.
Życzę miłego dnia wszystkim Anonimowiczom, a sam wracam do własnego życia z uśmiechem, ale bólem w sercu. :)

#f9fJl

Sytuacja z liceum, kiedy to na godzinie wychowawczej postanowiliśmy zrobić kawał dziewczynom.

Kupiliśmy myszkę (żałuję, że nie szczura, bo kosztował 2 zł drożej, a był o wiele większy, ale nie chcieliśmy być aż tak chamscy ;)). Kiedy wszystkie podchodziły do biurka wychowawczyni załatwiając różne sprawy, podrzuciliśmy mysz pod biurko i wszyscy chłopcy przeszli na tył klasy, aby nie zostać podejrzanymi. Czekaliśmy długo, ale w końcu myszka pokazała się dziewczynom...

Krzyk, pisk oraz miny dziewczyn skaczących po ławkach były bezcenne :) Oczywiście chłopaki ruszyli od razu bohatersko na ratunek, łapiąc myszkę. Wdzięczność dziewczyn - bezcenna :D


PS Okazało się, że wychowawczyni kocha zwierzęta i zabrała myszkę do siebie :)

#311Ht

Będąc na pierwszym roku studiów, nie mogłem ominąć najważniejszego wydarzenia w życiu studenta, jakim są oczywiście Juwenalia. Po należycie wypełnionym studenckim obowiązku w typowo pojuwenaliowym stanie udałem się na przystanek celem oczekiwania upragnionej sto pięćdziesiątki dziewiątki. Zmęczony swoim stanem usiadłem na ławce obok niemniej strudzonego studenta. Po chwili kolega zdecydował się wykorzystać moje ramię do odpoczynku i tak, będąc jego podporą, wspólnie z nim oczekiwałem na przyjazd autobusu.

Po kilku minutach pod przystanek przyjechała taksówka, a miły pan taksówkarz obwieścił, że oto zgodnie z zamówieniem gotów jest do jazdy. Mimo miłego zaskoczenia próbowałem wytłumaczyć, iż osobiście taksówki nie zamawiałem i podziękuję za przejażdżkę, jednak miły pan stanowczo zaznaczył "chłopaki, jestem na pewno po was". Cóż było robić, trzeba było posłuchać taksówkarza. Po kilku próbach zbudzenia towarzysza, nie chcąc przeszkadzać mu w głębokich marzeniach sennych, zostaliśmy z kierowcą zmuszeni do wniesienia kolegi do taksówki. Podając kierowcy miejsce docelowe, usiłowałem również dokonać opłaty za przejazd. Tu również napotkałem na opór ze strony taksówkarza, który oznajmił, że przejazd jest już opłacony. Zdziwiony, ale i bardzo zadowolony dojechałem wkrótce do końca naszej trasy. Wesoło wysiadając, żegnając się z taksówkarzem już chciałem odejść, gdy kierowca uświadomił mi, że w taksówce nadal pozostaje mój śpiący przystankowy kolega. Nie mając pojęcia o miejscu zamieszkania znajomego, a sam mieszkając w dzielnicy opanowanej przez studentów, postanowiłem pozostawić go w tym miejscu. ''W końcu otoczony studentami na pewno po obudzeniu będzie się czuł na miejscu'' - pomyślałem. Tak więc ponownie z miłym panem wzięliśmy jegomościa pod pachy i usadowiliśmy go na przystankowej ławeczce. Zadowolony z pomocy jaką okazałem, a także z darmowego i wygodnego transportu, oddaliłem się ku nie mniej wygodnemu łóżku.

PS: Pozdrawiam kolegę z przystanku, w ten dzień musiałeś uwierzyć, że teleportacja istnieje.
PS2: Dziękuję nieznanym sponsorom taksówki, anioły stróże są wśród nas :D

#NTJqV

Kompleksy to domena nastolatków. Wydawało mi się, że ze swoich również się wyleczyłem.

Kiedyś byłem niski i chudy, 125 cm wzrostu i ~25kg wagi w 4 klasie podstawówki. Bilans 10-latka znalazłem przy okazji grzebania w papierach. Do 24 roku życia udało mi się dobić do imponujących 172 cm wzrostu i 48 kg. Plus dodatkowe 48 kg kompleksów, począwszy od nadgarstków, które można objąć kciukiem i najmniejszym palcem, przez kurzą zapadniętą klatkę, aż po łydki, na które wciągałem rękawy bluzek i było miejsce na gazetę.

Zacząłem pracować; lwią część wypłaty przeznaczałem na swoją sylwetkę, jednak przemiana materii działająca na zasadzie "przełknij i wydal" wymuszała na mnie spożywanie 4000 kcal dziennie. Po roku takiej diety zacząłem mieć wstręt do jedzenia, budziłem się przejedzony. Ale 67 kg waga wskazywała. Do tego później ćwiczenia cardio, basen, bieganie i waga stoi nieprzerwanie na 64 kg, gdzie wymiarowo mam w klatce 100 cm, w talii 74, w udzie 60, ramię 33 - nie piszę tego po to, żeby się pochwalić, tylko dla lepszego zobrazowania całej sytuacji - żebyście mnie źle nie zrozumieli. Bardzo wzrosła mi pewność siebie, jako że i na brzuchu mam zarysowane mięśnie, zrobiłem się - w moim odczuciu - barczysty, musiałem wymienić wszystkie ubrania. Na pamiątkę zostawiłem sobie tylko jedną koszulę w rozmiarze XS, którą musiałem zwężać, żeby na mnie nie wisiała, a teraz nie jestem w stanie jej wciągnąć na plecy.

Chodziłem z głową w górze, nie pusząc się, aczkolwiek jako człowiek znający swoją wartość, który dużo osiągnął. Co słyszę dalej - chudzielec, wieszak, Oświęcim, ty przytyłeś w ogóle, gdzie niby? Dorośli ludzie - ja bym naprawdę zrozumiał, gdyby osoby wydające taki osąd miały po 14 lat. Dalej uważam, że znam swoją wartość, jestem wysportowany, zdrowy fizycznie, mam książkowe wyniki. Jednak pewność siebie jak była, tak się rozmyła. Co z tego, że dalej dbam o siebie ćwicząc, skoro znów patrząc w lustro widzę tego samego chudzielca, który zaczynał przygodę z siłownią. Dla dowartościowania zakładam czasem tę koszulę z dna szafy, jednak nie ma już takiego spektakularnego kopa w zad jak kiedyś. Tłumaczę sobie to zachowanie ludzi tym, że są leniwi i takie uwagi kierują ze zwyczajnej zawiści i bólu zada. Mimo tego, nie mam teraz nawet odwagi by zaprosić gdzieś jakąś koleżankę, choć kiedyś nie robiło mi to żadnego problemu.

#vaD7z

Od zawsze boję się dentystów... A jakiś czas temu, przez swoją własną głupotę, musiałam wyrwać ząb. Pierwszy raz w życiu! Ile stresu, nerwów, emocji. No, ale OK - umówiłam się do chirurga i nastawiłam się, że przecież nie może być tak źle.

Gdy weszłam do gabinetu, zobaczyłam przystojnego pana chirurga. Z natury jestem gadatliwą osobą, więc rozpoczęłam rozmowę, powiedziałam o moich obawach w związku z pierwszym wyrywaniem zęba. Dostałam znieczulenie i pan chirurg zaczął działać. Trwało to kilka minut, ja cała zestresowana siedzę na fotelu z myślą, że dałam radę! Między nami wywiązał się dialog:
- I jak? Nie było tak źle?
- W sumie nie, ale na tym fotelu można robić lepsze rzeczy. Chyba wie pan jakie.

Dopiero po wyjściu z gabinetu uświadomiłam sobie, co właśnie powiedziałam...

#81EY4

Mam pewną nieprzyjemną przypadłość. Otóż jąkam się. Szczególnie w stresujących sytuacjach. Życia mi to nigdy nie ułatwiało, ale dzięki życzliwości ludzi nigdy nie miałem powodów do szczególnych narzekań.

To było jakieś 10 lat temu. Wtedy pracowałem w hotelu. Uwaga – jako recepcjonista, bo musicie wiedzieć, że operuję czterema różnymi językami. Ponadto chyba polubił mnie kierownik recepcji, który osobiście mnie zarekomendował dyrektorowi hotelu.
Kontakt z osobami z wielu krajów świata sprawił, że trochę się otworzyłem i coraz rzadziej zdarzało mi się jąkać. Aż do tego feralnego dnia. Stałem wtedy za ladą i perlistym uśmiechem szczerzyłem się do starszego pana, który właśnie zbliżał się do recepcji. Uśmiech szybko zszedł mi z twarzy, gdy sędziwy jegomość przemówił:
- M...m…m...mam re...re...r...rez...rezerwa-a-cję n..nnn..nnn...na dzi..dzi...dziiiś.

Momentalnie zestresowałem się. Otworzyłem paszczę i odparłem:
- N...nnnn...nnnn…naaa ja...ja...ja...jjj...jakie… n-nn-nn...nnnaaaz...n...nazwiiii…naz-wiiiskoo?

Staruszek zrobił się czerwony i zaczął wściekle się jąkać machając ramionami niczym wiatrak po spotkaniu z tajfunem. Potem zrobiło mu się słabo i portierzy posadzili go na jednej z kanap. Dziewczyny z szatni przyniosły okłady, ktoś zaczął machać przed sinym już w tym momencie staruszkiem wielkim arkuszem papieru. Rozsierdzony do nieprzytomności dziadek kazał natychmiast wezwać mojego przełożonego. Po chwili przybiegł do nas kierownik recepcji. Spocony, roztrzęsiony starzec wyryczał mu w twarz:
- T...t…ten gnnn...gnój żar...żarty… so...soo...sobie ze mn...mn...mnie ro...ro...roooobi!!!

Kierownik przełknął ślinę i spokojnym głosem odparł:
- N… n… nie wy...wyyyy...wydaje mi-ii…s… się!

Bo, widzicie - mojego przyszłego przełożonego spotkałem podczas zajęć logopedycznych dla osób jąkających się. Sytuacja, którą wam opisałem była dla nas tak komiczna, że z wielkim trudem tłumiliśmy śmiech. Dziadek dopiero po dłuższej chwili ochłonął, dał się udobruchać i sam uznał to zajście za przedziwne zrządzenie losu.

#x7uQ9

Moja mama uczy w klasach 1-3 szkoły podstawowej od około 30 lat. Od 18 lat uczy w jednej ze szkół na warszawskiej Woli. Sama do tej szkoły chodziłam i wiem, że środowisko jest bardzo przemieszane (aczkolwiek większość dzieciaków wykazuje pewne skłonności do zachowań patologicznych).



Ludzie mówią, że nauczyciele powinni pracować z pasją i zapałem. Oczywiście jest to prawda. Widzę jak każdego dnia moja mama wstaje o 5 rano, żeby sprawdzać sprawdziany, kartkówki czy też przygotować się do lekcji. Pomimo że kończy lekcje o 13, to do domu wraca o 18 (dyrekcja placówki ma prawo wymagać od niej wyrobienia większej ilości godzin w szkole, nie wliczając w to wspomnianych testów). Jeśli akurat wypadnie rada pedagogiczna, to zdarza się, że mama wraca o 23. W jeden z niedawnych weekendów w ogóle jej nie widziałam, a oba dni spędziłam ucząc się w domu.


Odkąd pamiętam jest uwielbiana przez dzieciaki. Oczywiście jest to efekt wysiłku, który wkłada w pracę. Natomiast ten fakt w zupełności nie wpływa na wyższe wynagrodzenie. Mama wraca z pracy padnięta i nie ma siły na nic. Jak byłam mała to myślałam, że kocha mnie mniej od cudzych dzieci. Dopiero teraz, kiedy mama czuje się gotowa, żeby opowiadać mi o swojej pracy (wcześniej bała się, że znam osoby, które uczy i mogę powiązać fakty), to widzę jaki wycisk ma z niektórymi bachorami (bo tego dzieckiem się nazwać nie da).


Aktualnie ma w klasie takiego jednego chłopca. Reszta jest relatywnie w porządku. Tenże (ośmioletni) chłopiec bije wszystkich, przeklina, rozlewa po sali picie, żeby przeszkodzić w lekcji, wlał mleko do segregatorów z książkami zakupionymi przez szkołę, stale niszczy dekoracje, które moja mama robiła albo kupiła i dbała o nie przez bardzo długi czas.



Co na to rodzice? Po pierwsze za szkody nie zapłacili nigdy. Portfel mojej mamy cierpi, bo ona wykłada z własnych pieniędzy, żeby dzieci miały ładne bombki na choince itd. Rodzice chłopaka wiedzą o wszystkim, mówią że nie zabiorą mu z kieszonkowego, bo im urządzi jazdę w domu, a sami nie mają pieniędzy żeby pokryć koszta. Twierdzą, że w domu zachowuje się tak samo! To już nawet nie to, że się wypierają. Po prostu im się nie chce. Twierdzą, że przecież ich dziecko spędza większość czasu w szkole i to szkoła powinna zareagować, a nie oni. Dodatkowo uważają, że to wina nauczycielki, że nie upilnowała ich syna (50-letnia kobieta ma biegać za każdym dzieciakiem w sali, wspaniały pomysł).


Każdy kto miał w klasie takiego rozrabiakę wie, że ma to też bardzo zły wpływ na resztę dzieci (albo naśladują, albo nie mogą się skupić na lekcji). Ja wiem też, że fatalnie to wpływa na moją mamę i mam nadzieję, że nie będzie musiała tego znosić już nigdy.

#Vtr3E

Zawsze miałam mały problem z ludźmi. Z ich rozpoznawaniem. Twarze nowo poznanych osób zawsze mi z pamięci uciekały, nawet wyglądu stałych znajomych czy rodziny nie potrafiłam przyzwać przed oczami na zawołanie. Jestem w stanie poznać większość ludzi głównie dzięki ich konkretnym, wyróżniającym ich cechom. Włosy, zarost, kolczyki, dziary, sposób poruszania się, ubrania, ba nawet zapach są mi niezwykle pomocne!



Poza tym, że niekiedy wychodziłam na małego buca, nie miałam z tym większych problemów, nauczyłam się z tym żyć. A przynajmniej do czasu, aż półtora roku temu nie zostałam zgwałcona.
I bezradna.
Chociaż sprawę zgłosiłam, szukali go, ja nie potrafiłam nawet stwierdzić, kim był, jak wyglądał. Nic. Nie zapamiętałam z tego spotkania z nim nic, poza bólem i płaczem.
Od tamtego czasu boję się. Przeraża mnie myśl, że mogę go mijać codziennie, może widzę go w autobusie, przechodzę obok niego gdzieś w mieście. A może to ktoś znajomy?
Nie wiem. I ta niewiedza mnie przeraża.

Ale spokojnie, radzę sobie; jest okey, ułożyłam sobie życie i poza tym strachem kręcącym mi się po łbie, nic mi w zasadzie nie jest.

PS. Dla ciekawskich - ten mój problem to poropagnozja.

#wcTAt

Mama zawsze ostrzegała: nie spoufalaj się z obcymi, nie łaź sama w odludne miejsca, zwłaszcza po zmroku (tj. na cmentarz, do parku, nad rzekę i pobliskiego lasu), ubieraj się tak, żeby nie świecić tyłkiem i przede wszystkim módl się, żeby w czarnej godzinie ktoś przyszedł ci z pomocą... to MOŻE nic złego się nie stanie i kleszcza jeszcze nie złapiesz.

Mieszkam na obrzeżach sporego miasteczka. Wracałam od koleżanki do domu, było piękne lato, słońce właśnie znikało za linią sosnowego boru. Na przełaj, przez las, miałam do domu może z 500 - 750 metrów, ale oświetloną drogą ze dwa razy tyle. Nagle ziemia drży. Czuję wybijący gejzer w okolicy kości ogonowej. Ale do lasu niet, bo ciemno, jestem sama, tyłka trzeba pilnować, bo mam tylko jeden...

5 minut później niemal wszystkie przestrogi mojej mamy poszły na urlop. Zapuściłam się całkiem sama, po ciemku, głęboko w las, świeciłam tam dupskiem i przy okazji modliłam się, aby nikt mnie tam nie zdybał. Prawie poleciałam na Marsa.

Majtki i spódnica ucierpiały (trochę popuściłam przy poślizgu w leju po bombie, spódnica się porwała), więc je wyrzuciłam do najbliższego śmietnika pod lasem i tak człapię w ciemności pobocza do domu z palącym tyłkiem, zakrywając się długim swetrem i tuniką. Brakowało mi 100 metrów, gdy przywaliły się do mnie dwa dziki - jeden w dresach, drugi z szablami. Święta od spraw beznadziejnych, do której kierowałam moje modły, musiała mieć tamtego dnia wybitnie złośliwe poczucie humoru, bo od tego drugiego uratował mnie ten pierwszy pan, płosząc dzika krzykiem i petardą. Pan dres troskliwe odprowadził mnie do domu, a gdy potknęłam się na schodach i zaświeciłam zadkiem, stwierdził: "Też bym się zesrał, jakby mnie dzik gonił i obcy chłop zaszedł drogę. Dobranoc!".

Nie wiem, kto to był, ale serdecznie mu dziękuję!
Dodaj anonimowe wyznanie