#n7mWl

Historia z czasów, kiedy miałem lat trzy, a w telewizji puszczali reklamę "kremu na skorygowanie zmarszczek".

Pewnego dnia moja mama weszła do swojej sypialni i zastała tam mnie. Z opuszczonymi majtkami i jakąś tubką w ręku.
- Co ty robisz? Co to jest? - zapytała zdziwiona.
- Klem na skolygowanie zmalscek - odpowiedziałem sepleniąc.
- A gdzie ty masz zmarszczki?
- Na jajeckach...

Mama miała niezły ubaw, podczas gdy ja nie miałem pojęcia, z czego się śmieje. Moje myślenie było proste. Są zmarszczki, jest krem - to korygujemy. Sytuacja jest dość chętnie wypominana mi przez rodziców, szczególnie kiedy jestem w gronie znajomych.

#pkYH2

Marzec tego roku. W związku z pandemią firma, w której pracuję została zamknięta. Część pracowników poszła na postojowe, inni wzięli urlopy opiekuńcze, czy zostali wysłani na zaległe urlopy wypoczynkowe. Ponieważ firma znajduję się na uboczu, parę kilometrów od miasta, część pracowników miała pozostać w pracy. Pełniliśmy jednoosobowe dyżury – polegające głównie na pilnowaniu obiektu i ew. odbieraniu telefonów, czy odpisywanie ma maile. Po powrocie z zaległego urlopu także miałem pełnić takie dyżury. W firmie wszystkie drzwi, okna i bramy były pozamykane. Co istotne część drzwi posiada mechanizm, umożliwiający zamknięcie jedynie od zewnątrz, od wewnątrz by otworzyć wystarczy nacisnąć klamkę. Podczas pierwszego dyżuru, usłyszałem głośny łomot od strony podwórza – wiatr wywrócił śmietnik, który uderzał o szybę. Wyszedłem przestawić śmietnik w inne miejsce i oczywiście przypomniałem sobie o drzwiach dopiero gdy się zatrzasnęły - zawsze były otwarte i zapomniałem, że teraz są zamknięte.

Brawo ty idioto! – pomyślałem. Obszedłem cały budynek, sprawdzając czy może coś jest otwarte – wszystko było pozamykane. Sytuacja robiła się nieciekawa, wszystkie klucze od firmy, telefon służbowy i prywatny, kluczyki od auta, nawet ciepła kurtka - wszystko zostało w budynku, a było chłodno na zewnątrz. Co tu robić? Wyważyć drzwi? Wybić szybę? Iść po pomoc? - do najbliższej cywilizacji było jakieś 5 km. Wezwać straż pożarną, policję? Zadzwonić do kogoś z firmy? Zresztą i tak nie znam do nikogo numeru - wszystko było zapisane w telefonie. Może udało by się u kogoś zalogować do Facebooka z nadzieją, że jakiś kolega czy koleżanka z pracy będą online i skontaktują się z szefem, co wcale by nie poprawiło mojej sytuacji, bo jakby szefostwo się dowiedziało, co właśnie odwaliłem to bym chyba wyleciał. Próbowałem podnieść bramę garażową – nawet nie drgnęła, waży chyba z 200 kg, ale w bramie są kratki wentylacyjne. Próbowałem je wyłamać – nic z tego, przecisnąć rękę i sięgnąć do przełącznika – za wąskie. Ale olśniło mnie - fotokomórka! W pobliskim lesie znalazłem odpowiedni kij, do którego końca przywiązałem znalezioną w śmietniku szmatę. Kij ze szmatą przecisnąłem przez kratkę i machając nim w środku udało się uruchomić fotokomórkę. Brama się otworzyła. Uff, jestem uratowany!

Cała ta akcja spowodowała że zmarzłem i zgłodniałem. Zamówiłem sobie coś do jedzenia z dowozem. Płacąc kurierowi, oczywiście znowu zapomniałem o drzwiach, ale kij ze szmatą na szczęście zostawiłem na zewnątrz.

#5UV2D

Kiedy przywieźli mnie z sali operacyjnej, byłam osłabiona. Chyba działały jeszcze środki usypiające, bo gdy poszłam do toalety, chwiałam się na nogach, a potem w sumie częściowo przesypiałam kolejne trzy dni.

Wiecie, człowiek po anestetykach może – choć nie musi – gadać od rzeczy, powiedzieć coś, czego normalnie by nie powiedział. Może się też dziwnie zachować.

Przyszła więc do mnie pielęgniarka z termometrem, takim nowoczesnym, na podczerwień. I nie wiem, co mi się uroiło w mojej bogatej jeszcze w anestetyczne pozostałości głowie, ale... podniosłam się gwałtownie do pozycji siedzącej, chwyciłam dłoń pielęgniarki, usłyszałam wystraszony głos pielęgniarki: „Ale ja ci tylko temperaturę przyszłam zmierzyć”, po czym resztki snu momentalnie czmychnęły w niebyt, a ja wydukałam:
- Przepraszam! Myślałam, że to pistolet...

#tekn2

Lata temu pojechaliśmy z kolegami na wagary do Warszawy. Koledzy jak zwykle wyjęli papierosa i zaczęli palić, a ja stwierdziłem, że pójdę się przejść do parku.

W parku widzę mężczyznę. Wydaje mi się, że twarz znajoma. Podchodzę, a tu Kuba Wojewódzki! Spytałem o autograf i poprosiłem, czy mógłby powiedzieć do mnie "Cześć, Seba", jak będę przechodził z kolegami.

Parę minut później idziemy przez park, kolega zauważa Kubę. Zaczyna się rozmowa, że jest okazja autograf wziąć, pogadać. W końcu idziemy w jego kierunku, a Kuba  mówi "Ooo, cześć Seba".

Miny kolegów nie do opisania :)

#6Equo

Zawsze uważałem się za kogoś wyjątkowego. Od najmłodszych lat ojciec czytał mi dzieła Goethe, Fichtego i Nietzsche. Puszczał Wagnera, gdy wracałem z podstawówki. Pokazywał mi różne obrazy, głównie z okresu baroku, pytając, jaki mają dla mnie smak, zapach, melodię. Spoglądałem więc na wszystkich z góry. Byłem wyjątkowy. Nic więc dziwnego, że równie wyjątkowa była moja pierwsza (nieodwzajemniona) miłość, która przerodziła się w obsesję.

Chodziłem za nią, kryjąc się wśród tłumu. Ukradkiem robiłem zdjęcia. Wysyłałem anonimowo pogróżki jej partnerowi. W kolejce w sklepie starałem się stać jak najbliżej, by choć przelotnie poczuć jej zapach, dotknąć skrawka jej ubrania. Była dla mnie święta. To uczucie miało kolor bieli, szarego nieba, było czyste i nieskalane pożądaniem, którym się brzydziłem. Miałem wtedy 16 lat, ona zaś była praktykantką, przysłuchującą się nauczycielce języka polskiego. Doprowadzała mnie do szaleństwa.

Nie mogąc znieść, że dotyka ją ktoś inny, wpadałem w szał. Kaleczyłem dłonie, ręce, waliłem głową w biurko. W końcu wpadłem w obłęd. Byłem jednocześnie zbyt dumny, aby się do niej zbliżyć. Kochałem ją i brzydziłem się jej. Wszystko naraz. Miałem wrażenie, że przez ten obłęd doznaję pęknięcia w sobie, ta intensywność mnie wykańczała. Kilka lat później stwierdzono u mnie zaburzenie osobowości - możecie spekulować, jakiego rodzaju.

To ciągnęło się cztery lata, wyżerając mnie od środka. Pewnego dnia po prostu mi przeszło. Obecnie jestem po studiach, pracuję w jednej z bardziej popularnych fundacji. I nie jestem w stanie kochać. Nikogo. Nazywając ją swoją miłością życia, nikim nie potrafię się nawet zauroczyć. Więc tak trwam w tej rzeczywistości, samotny niczym śmiertelny bóg, zastanawiając się, czy kiedykolwiek spotkam kogoś, kto mną tak wstrząśnie, jak ona.

#IS3Je

Moi rodzice wiecznie na wszystkim oszczędzali, bo przez większość życia żyli w skrajnej biedzie. Mieli się też za dobrych ludzi, więc przygarniali bezdomne zwierzęta. I tu zaczyna się część anonimowa.

Zwierzęta prawie nigdy nie widziały weta, jedynie na szczepieniu przeciw wściekliźnie, bo wścieklizna była w tamtych czasach plagą w naszej okolicy. Suki szczeniły się dwa razy w roku dając po pięcioro dzieci, a rodzice władali je do reklamówek i zakopywali żywcem. O kastracji nie było mowy, bo za to się przecież płaci. Raz suka wróciła z wielkim wygryzionym kraterem na plecach, kazali mi to tylko przemywać wodą utlenioną. Kot miał ogromne problemy z łapami, cierpiał tak bardzo, że ciągle krzyczał. Rodzice dali mu kawałek ibupromu w karmie. Najdłużej żyjący kot dożył 7 lat, większość umierała chyba na koci katar (ropa w oczach, gil w nosie). Karmą były resztki z obiadu, jak nie było resztek to chleb ze smalcem, lata później zaczęli kupować najtańszą psią karmę,w której znaleźć można było pęki krowiej sierści.

Rodzice mieli kilkadziesiąt tysięcy złotych odłożone na czarną godzinę, a żałowali tych kilku stów na sterylizację, by przestać mordować i na jakiekolwiek lepsze warunki życia dla tych zwierząt. Ale zawsze opowiadają jakie to mają miękkie serca.

#z1klV

Mój chłopak kilka tygodni temu gdy był u mnie sprawdzał skład mojego dezodorantu. Następnie stwierdził, że idziemy do drogerii kupić nowy. Zdziwiona spytałam "czemu?", a on na to, że oglądał w szkole film dokumentalny na temat aluminium i że ma ono negatywne działanie na otoczenie. Jak się dowiedział, 99% dezodorantów zawiera właśnie miedzy innymi aluminium, które - jak było powiedziane w owym filmie - może wywołać raka piersi.

Gdy mój chłopak miał 11 lat, jego mama umarła właśnie na raka piersi. Powiedział, że chce mieć mnie jak najdłużej przy sobie. Prawie się popłakałam ze wzruszenia i dlatego jeszcze tego samego dnia kupiliśmy dezodorant bez zawartości aluminium. Z dumą mogę powiedzieć, że mam najlepszego chłopaka na świecie :)

#dV9n0

Mam pięcioletnią córę i jak już się jej nudzą lalki i inne zabawki, wciąga mnie w swoje zabawy. I tak pewnego razu mówi: "Mamo wymyśl zabawę!".
- OK... więc ja będę mówiła zwierzątko, a ty będziesz je naśladowała. 
- Jak robi krowa... Muuuu
- Jak robi koń... Ihaaa
- Jak robi kura... Ko ko
- Jak robi kogut... i tak dalej

Pomyślałam, że mała musi ruszyć głową, bo to za łatwe i zastanawiałam się, jakie zwierzątko nie wydaje dźwięku. Mam! Teraz cię zażyję... Ha, ha.
- Jak robi lemur?
Ma co moja córa bez zastanowienia:
- Wyginam śmiało ciało :)

#jsuEc

Zawsze marzyłam o prawku. Lubiłam samochody i oczywiste było, że jak tylko skończę osiemnastkę, albo i wcześniej, idę na kurs. Nic z tego nie wyszło, bo nie było mnie stać. Wciąż pamiętam ten smutek i nawet zazdrość, kiedy w liceum wszyscy przechwalali się i opowiadali, jak to super jest na kursie i tak dalej. Ja niestety nie mogłam się tym chwalić.
Po pewnym czasie udało mi się odłożyć pieniądze i z niecierpliwością czekałam na pierwszą lekcję.
Ogólnie nie było źle na kursie, dawałam sobie radę, ale na egzaminach już nie. Wtedy zaczęłam wątpić, czy to ma sens. Zrezygnowałam. Wróciłam po kilku miesiącach i zdałam. Radość była ogromna. Już wyobrażałam sobie wycieczki...
Niestety, nie potrafię. Boję się prowadzić samochód, kiedy jestem sama. Jak obok ktoś siedzi, to jest okey, ale sama nigdzie nie pojadę.
Nie wiem czemu, nikomu o tym nie mówię, ale obawiam się, że moi najbliżsi i tak to podejrzewają.
Minęło 5 lat odkąd posiadam mój wymarzony dokument, a sama wybrałam się gdzieś samochodem ze dwa razy.
Może ktoś coś poradzi?
Dodaj anonimowe wyznanie