W mojej rodzinie była sobie ciocia Alicja, siostra mojej mamy.
Ciocia Alicja była samotna, bezdzietna, pracowała całe życie jako pani urzędniczka w Urzędzie Gminy naszej miejscowości.
Moja mama jej nie lubiła, ponieważ ZAWSZE się wywyższała nad naszą rodziną, ojciec wręcz ją nienawidził.
Choć ciocię Alicję widywałam raz w roku w dzień Wszystkich Świętych na grobach, to była dla mnie obcą osobą.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak po jej śmierci okazało się, że cały majątek, tzn. dom, działkę, oszczędności przepisała mi. Oprócz mnie miała dwójkę bratanków, którzy ją odwiedzali co jakiś czas.
Słowa mojej mamy, jak się o tym dowiedziała: "w końcu jędza się na coś przydała". Nie wiem co o tym myśleć.
A cioci Alicji zapalam świeczkę na grobie co niedzielę, niech choć po śmierci nie będzie zapomniana.
Nie przypominam sobie, żebym jako dziecko wierzyła w Świętego Mikołaja, Wróżki-Zębuszki, skrzaty, magię i inne tego typu postaci. Nie odczuwałam tego nigdy jako zniszczenia mi dzieciństwa, chyba dlatego, że moi rodzice od małego zawsze tłumaczyli mi świat zamiast bawić się w Greków i Rzymian i sprzedawać mi mity, co uważałam za znacznie ciekawsze ;)
No, ale jako sprytna, chyba pięcioletnia dziewczynka wymyśliłam, że (1) przecież rodzice tak dokładnie nie mogą wiedzieć, w co wierzę, a w co nie, a do tego (2) “Wróżki-Zębuszki” przynoszą mamonę, więc (3) równie dobrze mogę użyć swojego utraconego zęba w celu zdobycia jakiejś gotówki i nikt się nigdy nie dowie, że tak naprawdę to taki drobny przekręt.
Do realizacji planu przystąpiłam następnego wieczora, gdy rodzice kładli mnie spać. Ostentacyjnie poprosiłam o przyniesienie mi mojego zęba (w celach sentymentalnych do dzisiaj składowane są w malutkim kuferku w ich sypialni), a potem wsadziłam go pod poduszkę, głośno wyrażając swoją intencję oddania go w zamian za hajs.
Ale, jak wspomniałam, moi rodzice to ludzie bardzo racjonalni, więc postanowili nie karmić mitu i rano pod poduszką nie znalazłam pieniędzy, tylko mojego spróchniałego mleczaka. No, tak nie będzie — nie porzucimy tak łatwo wizji zarobku. Przybrałam najsmutniejszą minę świata i, dzierżąc ząbek w dłoni, poszłam poszukać taty.
- Wróżka do mnie nie przyszłaaa! - zawyłam rozpaczliwie, odrywając go od pracy nad skałami czy nad czym tam pracują geografowie o bladym świcie. Zamrugał, przytulił, w namyśle pokiwał głową.
- No, no, pewnie była bardzo zajęta. Spróbuj jeszcze dzisiaj. Czasem Wróżka nie przychodzi pierwszej nocy - uciekł się do podstępu, wpadając prosto w moją pułapkę, której nie był świadom. Wiedziałam już, że plan się powiódł. Z szatańskim śmiechem w głowie udałam się z nim z powrotem do mojego pokoju i wsadziłam ząb pod poduszkę.
Następnego ranka znalazłam tam prawdziwy majątek — całe dwadzieścia złotych, chyba w nagrodę za rozczarowanie poprzedniego dnia. Zęba nie było, jednak później tego samego dnia, by potwierdzić swoje przypuszczenia, że żadnej Wróżki nie ma (rozumiecie, nie mogłam być do końca pewna bez dowodów empirycznych), zajrzałam do kuferka i, oczywiście, znalazłam tam mleczaka. Nic nie powiedziałam, ale pomyślałam sobie, że moi rodzice to są jednak beznadziejni w tych całych tajemniczych sprawach i mogliby chociaż zatrzeć dowody swojej ingerencji.
Od tamtej pory i tak zaczęli z podwójnym zaangażowaniem forsować racjonalną wizję świata. Drugi raz numer z zębem nie przeszedł, ale przyznałam się dopiero po osiemnastce ;)
Był początek maja, kilka lat temu. Razem ze znajomymi umówiliśmy się na piwo. Obsługiwała Nas młoda, atrakcyjna dziewczyna (Ania). Będąc już trochę podchmielonym, założyłem się z kumplami że potrzebuje tylko 10 minut na to by zdobyć jej numer Koledzy przystali na zakład. Podszedłem zamieniliśmy parę słów i odszedłem zdobywając jej numer.
Napisałem do Niej następnego dnia i umówiliśmy się na spotkanie po jej pracy. Jako że było dość ciepło zdecydowaliśmy się na spacer w parku i rozmowę. Opowiadała mi że musiała rzucić studia i zająć się pracą ponieważ jej tata zmarł a jej mama pracowała za najniższą krajową pensje i nie starczało jej na życie.
Nie przedłużając jakiś czas później zostaliśmy parą. Problem był taki że moi znajomi nie chcieli zbytnio jej zaakceptować. Wszyscy pochodzili z tzw. dobrym domów gdzie ojcowie i matki to lekarze, prawnicy itd. mój tata sam jest prawnikiem, mama prowadzi.własną firmę i mimo że nie dbałem o to co rodzice powiedzą to nie chciałem by patrzyli na Nia z góry. Wiedziałem także że Ania chce skończyć studia ale przez to że pomagała swojej matce nie było ją na to stać.
Postanowiłem więc pomóc zarówno jej jak i jej matce. Zafundowałem Ani studia, tak by mogła się skoncentrować na nauce a jej matce załatwiłem lepiej płatną pracę w firmie mojego znajomego.
Razem z Anią zamieszkaliśmy w kupionym przeze mnie mieszkaniu (pracowalem w firmie mojej mamy więc o zarobki mogłem się nie martwić). W tym roku planowałem się oświadczyć a w następnym wziąć ślub. Potem wystarczyło wybudować dom, spłodzić potomka i zasadzić drzewo ale wszystkie plany kilka tygodni temu trafił szlag.
Miałem jechać w delegację na drugi koniec Polski, byłem już kawałek drogi od domu gdy klient zadzwonił i przełożył spotkanie. Zawróciłem i miałem napisać SMS do Ani ale stwierdziłem że zrobię jej niespodziankę tym powrotem i spędzimy gdzieś razem weekend.
Gdy zajechałem na moim miejscu stał jakiś samochód. Wszedłem do mieszkania i zobaczyłem zdziwioną mine mojej dziewczyny. W mieszkaniu prócz niej siedział jakiś facet. Przedstawiła mnie, twierdząc że to jej dawny znajomy z pracy. Jednak cały czas zachowywała się jakoś dziwnie. Uciekała wzrokiem, milczała. Gdy stwierdziłem że idę wziąć prysznic nagle się ożywiła i próbowała mnie powstrzymać, twierdząc że jest tam bałagan bo nie zdążyła posprzątać. Gdy wszedłem do łazienki wszystko się wyjaśniło. Na podłodze leżała zużyta prezerwatywa. Próbowała tłumaczyć że to nie tak jak myślę itd. jednak pod naciskiem moich pytań przyznała się do zdrady i że trwa to już dwa lata. Nie chciałem więcej słuchać, wyrzuciłem ich obu za drzwi.
Teraz siedzę, czuję się jak gówno. Starałem się jak mogłem by jej pomóc a w nagrodę okazało się że od 2 lat pieprzy się z jakimś kolesiem gdy mnie nie ma w domu.
Kilka lat temu byłam ofiarą mobbingu w pracy.
Praca ta polegała na przeliczaniu kopert z gotówką, która miała trafić później do banków. Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to najgorsze zajęcie - niestety atmosfera panująca w firmie sprawiła, że po 4 miesiącach zdecydowałam się odejść. Oto niektóre z sytuacji, z którymi się spotkałam:
1. Pierwszy raz liczyłam drobne. Gdy skończyłam, nie byłam do końca pewna, gdzie je odłożyć. Zapytałam o to kierowniczkę - zignorowała mnie, więc zapytałam jeszcze raz. Wtedy inna współpracownica zaczęła (dosłownie) się na mnie wydzierać, że „to przecież logiczne, że na stół kierownika, zacznij w końcu coś ogarniać!” (pracowałam tam wtedy niecały tydzień).
2. Gdy liczyłam dużą ilość kopert, natrafiłam na kopertę z euro. Zapytałam się kierowniczki, co mam w takim przypadku zrobić, bo do tej pory liczyłam tylko PLN. Kazała mi zakleić tą kopertę i zostawić ją na sam koniec. Kilka dni później, gdy na zmianie był inny kierownik, znów spotkała mnie ta sytuacja, więc tak jak mnie nauczono - zakleiłam kopertę z euro i zostawiłam na sam koniec. Akurat jedna pracownica skończyła liczyć swoje koperty, więc wzięła kilka ode mnie. Po chwili podeszła do mojego stanowiska i podniesionym głosem zaczęła mnie wypytywać, dlaczego zakleiłam jedną kopertę. Wytłumaczyłam, że jest to koperta z euro i wcześniej inna kierowniczka kazała mi zaklejać takie koperty, gdy przez przypadek na nie trafię. Wtedy kierownik zaczął mnie ochrzaniać przy całym zespole, że gdy on jest na zmianie, to ma być wszystko tak, jak on karze i zaklejanie kopert jest niedopuszczalne.
3. Obtarły mnie buty, więc przykleiłam sobie na kostkę mały plaster. Poszłam do kuchni zjeść śniadanie, i gdy wychodziłam, plaster musiał mi się odkleić (wcześniej już go poprawiałam) i spadł na podłogę. Gdy wróciłam na swoje stanowisko, pracownica z innego działu przyszła do mnie, i w obecności osób z mojego zespołu zaczęła mówić, że jestem obrzydliwa, bo w kuchni specjalnie zdarłam sobie plaster i rzuciłam go na podłogę.
4. Podczas wpisywania danych w komputerze, pomyliłam się i wpisałam o 100zł mniej, niż miałam w kopercie. Zapytałam współpracownicy, co zrobić - powiedziała, że jeśli to pomyłka, to wystarczy poinformować kierownika. Kilka dni później zaproszono mnie do biura i okazało się, że jeśli pomyliłam dane - to muszę zapłacić tyle, ile wynosi różnica od faktycznej ilości gotówki. W ten sposób odciągnięto mi od wypłaty 100zł.
Takich sytuacji było o wiele więcej, ale przez limit znaków nie mogę ich niestety opisać. Zgłaszałam je do dyrektora działu, lecz niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Całe szczęście, po zwolnieniu się dość szybko znalazłam pracę, gdzie dobrze się czułam i poznałam świetnych ludzi :)
Wystawianie czegokolwiek w internecie „za darmo” nauczyło mnie tylko jednego – ludzie, którzy chcą czegoś za darmo, nie zasługują na nic.
Wystawiałem całą meblościankę wraz z kanapą, ławą i fotelami za darmo – pod warunkiem, że odbierający umie to rozkręcić i znieść do własnego transportu.
Ileż telefonów, wiadomości i SMS-ów miałem typu „jak pan rozbierze i zniesie, to wezmę”, „a przywiezie pan? A POSKŁADA potem u mnie?”. Zagotowałem się, już miałem to wynieść wszystko w częściach (uszkodzony kręgosłup, więc w bardzo małych) do kontenera na gabaryty. Ale wtedy wystawiłem to za 200 zł za wszystko, do negocjacji. Po trzech godzinach dzwoni Ukrainka, że ona z mężem już jadą, już są blisko. Po godzinie zajeżdża bliżej nieokreślony model busa, w środku kilkumiesięczne maleństwo z rodzicami. Facet ledwo łaził, ona ledwo po polsku. Okazało się, że on był ranny na froncie i już nie może służyć w wojsku, więc wyemigrował do żony, która uciekała jeszcze w ciąży.
Do meritum – oddałem im to za darmo. Pomogłem jak mogłem im to znieść do tego busa. Takiej radości dawno nie widziałem.
Podczas spaceru z koleżanką spotkałam chłopaka, który podobał mi się od zawsze. Szybsze bicie serca, moja twarz osiągnęła taką temperaturę, że gdybym położyła jajko, mogłabym mu serwować sadzone instant ... Idzie w naszym kierunku, obserwuję jego uśmiech, czuję to ciepło w brzuchu, które wraz z tabunem motyli powoduje, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Widzę, że patrzy na mnie... jest coraz bliżej
- Masz ognia? - zapytał z wrodzonym urokiem.
- Mam... (czuję, że to miłość)
- Ognia, skarbie. Zapalniczkę.
Wtedy spojrzałam w dół i zdałam sobie sprawę, że chcę mu wyświadczyć przysługę tamponem...
Jesteśmy razem od dwóch miesięcy.
Do mojego mieszkania wpadł nieduży szczur - nie miałem pojęcia jak. Poganiałem go chwilę po domu, ale ponieważ nie mogłem go nigdzie znaleźć, to stwierdziłem, że pewnie uciekł przez otwarte drzwi balkonowe. Wróciłem więc do swoich obowiązków, bo rodzice poprosili mnie, żebym odkurzył w salonie. Włączając odkurzacz usłyszałem tylko duże "chruuump", a że to był stary odkurzacz, który ma metalowy wiatrak zaraz za rurą, to po sekundzie usłyszałem miękkie "ślurp". Długo nie myśląc wziąłem kasę, którą dostałem na ostatnie urodziny, stary odkurzacz ze zwłokami szczura wyniosłem na śmietnik, kupiłem w osiedlowym supermarkecie nowy i odkurzyłem w domu.
Mina mojej matki? Bezcenna. "Już dawno mówiłam tacie, że trzeba kupić nowy! Dzięki, synuś. A co się stało ze starym?". "A nic no, normalnie się zepsuł, to wyrzuciłem" - mówię jej, bo wiem, że uwielbia zwierzęta wszelkiej maści.
Po chwili przyszedł tata:
- Słuchaj, Adaś, kupiliśmy rano twojej siostrze szczurka na urodziny, nie widziałeś go?
- Yyyy... - mało nie skisłem jak to mówiłem - może uciekł przez drzwi balkonowe?
Tamtego dnia kupiłem siostrze myszoskoczki, bo wiedziałem, że to właśnie myszoskoczki chciała mieć najbardziej. Minęło już parę lat i do dziś żadne z nich nie wie co tak naprawdę się wydarzyło :D
Ania, z którą pracuję, spytała dziś rano przy kawie "No, chłopaki, a wy jakie macie rodzaje penisów? Małe, duże, krzywe, spiralki?", ale najdziwniejsze w tej historii jest to, że ona by mogła spokojnie być babcią większości z załogi.
Jestem gejem. Chyba. W każdym razie kręcą mnie faceci i nawet myślenie o nich mnie jara.
Jestem też po ślubie. Żonaty. Z przecudowną kobietą. Nigdy jej nie zdradziłem. Mimo wszystkiego, co dla niej oddałem, ona mi nie do końca ufa.
To takie trochę czekanie, aż się wszystko rozpadnie. Nie chcę jej zranić i zabić wewnątrz, ale jej słowa o braku pełnego zaufania zabiły mnie. Nie wiem co robić. Chcę umrzeć.
Od kiedy zerwałem ze swoją eks, bo wyjechałem do Niemiec, wszystko mi się udaje – od 8 miesięcy tutaj mieszkam, bardzo dobrze rozmawiam po niemiecku, mega szybko się uczę... ale moim problemem jest alkoholizm. Mam 21 lat, a potrafię w samotności wypić 0,7 wysokoprocentowego alkoholu tylko po to, aby mnie odcięło z nóg i żebym nie pamiętał następnego dnia. Na sam alkohol potrafię przewalić ponad 500 euro, gdzie samo mieszkanie to 500 euro. Mam dosyć, miałem próbę po pijaku, właśnie chciałem się powiesić na klamce czy przedawkować. Mam dość swojego życia. Mam takie możliwości, a nie jestem w stanie przestać pić. Nikt z mojej rodziny nie wie, że mam taki problem, ba! ostatnio wszystkie oszczędności jakie miałem wydałem na rodzinę, aby siostra miała lepiej, i udaję, że wszystko jest dobrze. Okłamuję każdego, że jest super, bo przecież jestem w Niemczech. Ale zamiast widzieć swój sukces i się z niego cieszyć, żyję w przekonaniu, że wszystko powinienem oddawać swojej rodzinie, która pisze do mnie tylko kiedy czegoś potrzebuje – prócz mojej siostrzyczki, która jest ode mnie młodsza o 5 lat i pochodzi z ojca, który też umarł przez alkohol. Ryczę jak dziecko, bo to piszę, a starałem się uciekać od tego tematu, oszukiwać samego siebie, że wszystko jest okej. Pieniądze wywalone w terapeutę nie pomagają, bo on daje mi porady, które ja sam znam. Piszę w bardzo niezrozumiały sposób, bo znów jestem pijany.
Dodaj anonimowe wyznanie