W jakiejś bajce była taka scena: postać, która przez całą historię była złą, postanowiła być dobrą. Ktoś mógł spełnić jej życzenie, więc je wypowiedziała i stała się dobra. Gdybym mogła w tak magiczny sposób zmienić siebie, kazałabym zabrać od siebie całą melancholię i ponuractwo. Potrafię się śmiać i cieszyć, ale jak mnie coś zdołuje, to kaplica, a dołuje mnie prawie wszystko: koniec lata, kolejna zniszczona rzecz w domu (jestem po przeprowadzce i prawie nie mam mebli, potłukło mi się już wiele naczyń, czajnik porysował się od sąsiedztwa tarki do warzyw i tego typu drobnostki, którymi zadręczam się codziennie), krytyczna uwaga szefa, to, że nie potrafię być w swojej branży bardzo dobra. Fakt, że dopiero uczę się zawodu, ale idzie opornie. Pierwsze oznaki starzenia i to, że za kilkanaście lat będę panią w średnim wieku, a nawet jeszcze starszą. To, że na świecie źle się dzieje. Chciałabym żyć normalnie i nie dołować się wszystkim.
Po ślubie zamieszkaliśmy razem z mężem w jego domu rodzinnym, który był podzielony na kilka części i w każdej mieszkał ktoś z jego rodziny. W naszej części domu mieszkała też babcia i dziadek mojego męża. Dzieliliśmy z nimi kuchnię i łazienkę. Na początku było całkiem znośnie, po prostu każdy zajmował się swoimi sprawami, pracą, hobby itp., z czasem babcia coraz bardziej zaczynała grać mi na nerwach. Nie była ona miłą osóbką i coraz częściej krytykowała wszystko co robię, do tego uważała, że tylko ona ma we wszystkim rację plus jeszcze dodajmy jej fanatyzm na punkcie pewnej partii politycznej, której przewodzi kawaler z kotem. Byłam nieraz świadkiem, jak bardzo źle traktuje dziadka, wyzywa o byle co i krytykuje. Dowiedziałam się też, że jej własne dzieci nigdy nie lubiły swojej matki, jak to powiedział mój teść – „matka zawsze była wredna”. Po krótkim czasie od mojego wprowadzenia dziadek męża zmarł i wtedy babcia zaczynała się robić jeszcze bardziej nie do zniesienia. Na porządku dziennym było niesprzątanie po sobie, robienie strasznego sajgonu w toalecie i kuchni. Nie chcieliśmy z mężem się wyprowadzać, więc jeden pokój przerobiliśmy na kuchnię. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu mogłam spokojnie przygotować posiłek i nie musiałam myć ponownie „umytych” przez babcię w brudnej wodzie po pierogach noży i widelców. Żyliśmy sobie tak, a babcia z każdym miesiącem coraz bardziej się zmieniała i powoli zaczynał się koszmar. Babcia zaczęła dużo zapominać, waliła do nas do drzwi po nocach i sama nie wiedziała co chciała, zachowywała się agresywnie, coraz częściej nas wyzywała i obwiniała o kradzieże, myliła nas z innymi ludźmi, załatwiała się poza ubikacją, przestała się myć i w całym domu był bardzo brzydki zapach. Domyśliłam się, że to musi być choroba Alzheimera. Najgorsze w tym wszystkim było to, że rodzina, która mieszkała z nami, ale w drugiej części domu, m.in. jej synowie, nic sobie z tego nie robili. Olewali ją i olewali nas. Mówili, że przesadzamy, że ona jest po prostu stara, że jaki tam Alzheimer, że po co do psychiatry. Nie obchodziło ich, że muszę codziennie babrać się w jej odchodach w toalecie, że nie mogę nikogo zaprosić do domu, że jestem wyzywana od najgorszych za nic i że nie mogę w spokoju się wykąpać, bo ona próbuje mi wyrwać drzwi od toalety.
Moja katorga trwała 3 lata. Miesiąc temu babcia złamała nogę w taki sposób, że nie będzie już chodzić i jest leżąca. Nigdy nie cieszyłam się z czyjegoś nieszczęścia, ale w tym przypadku czułam się jak nowo narodzona. Skończyła się moja męka. A do rodziny karma wróciła. Teraz oni muszą się babrać w odchodach, zmieniając pampersy (często słyszę, jak wyzywają), a próbowali mnie do tego zaciągnąć... Do tego babcia leży w pokoju, który jest pod pokojem jej syna i często całą noc wali mu w sufit, że on nie może spać. Nigdy więcej.
Mając 16 lat miałam szczerą nadzieję przeżyć "swój pierwszy raz" z moim nauczycielem historii. Facet miał wtedy prawie 50 lat... Na szczęście wstyd wziął górę i nigdy nie powiedziałam mu tego wprost .
Do tej pory żałuję tylko jednego - że nie widziałam jego miny, kiedy przeczytał miłosną wiadomość w czerwonej kopercie dostarczoną przez szkolną pocztę walentynkową.
Nigdy nie umiałam gotować. Kiedyś próbowałam, ale niezbyt dobrze to się kończyło.
Jednak niedawno rodzice dali mi szansę na zrobienie obiadu.
Ja cała szczęśliwa, ale i przerażona, zaczynam robić jedzenie, kiedy to rodzice byli u siebie i oglądali jakiś film.
Siedziałam w kuchni dobre 1,5 h. A co w tym czasie zdarzyłam zrobić? Podpalić ścierkę, przez którą podpaliłam dywan i stłukłam talerz.
A wiecie co jest najlepsze? Robiłam sałatkę.
Mam 23 lata i mieszkam z chłopakiem. Kiedyś przez 3 dni puszczałam takie cichacze, że biedak odsuwał wszystkie meble, otwierał okna i sprawdzał wszystkie możliwe miejsca, ponieważ podejrzewał, że smród pochodzi od martwej myszy.
Do dziś nie wie, że to moja sprawka, a na moje sugestie, że to on jest sprawcą tego odoru odpowiedział, że żaden człowiek nie puszcza takich śmierdzących pierdów.
Mam młodszą siostrę.
Gdy była mała, wkręciłam ją, że dzieci są na gwarancji do 15 roku życia i jeśli będzie mnie denerwować, to powiem rodzicom, aby ją oddali.
Uwierzyła :D
Strasznie denerwuje mnie chrapanie. Nigdy nie mogłem jeździć ze znajomymi na jakieś wspólne wypady i mieszkanie w jednym domku, bo szlag mnie trafiał, jeśli ktoś chrapał. Tak samo nie cierpię, kiedy w trakcie podróży ktoś chrapie.
Ostatnio leciałem samolotem - lot niedługi, 4 godziny. Oczywiście jeden z pasażerów niemiłosiernie chrapał, w życiu bym się nie spodziewał, że można tak zaciągać, ale tak strasznie, że koleś siedzący obok niego postanowił go nagrać na komórkę i potem mu pokazać filmik.
No więc obejrzałem ten filmik i z pokorą przeprosiłem wszystkich pasażerów za wydawane przeze mnie odgłosy. Nawet nie wiecie jak mi wstyd, bo wiem jak to potrafi denerwować.
O spaczonym łaknieniu słów kilka.
Moi rodzice mają dom - ani stary, ani młody, ot, nieco ponad ćwierć wieku sobie stoi. Gdy zaczynali budowę, byli nastawieni na jej szybko koniec - mieli znajomości, by zdobyć materiały (tak, to te czasy, gdzie nie wszystko dało się dostać od ręki), ręce do roboty i zapał. Nie przewidzieli tylko jednego - drugiego dziecka i zwiększonej liczby obowiązków i wydatków - i tak dom stoi do tej pory "do finalnego wykończenia''. Wygląda to tak, że parter jest gotowy, a w kilku pomieszczeniach na piętrze wylana jest posadzka, zatynkowane na szybko ściany i wstawione okna. Pokoje te służą jako składzik (na zabawki i inne graty, które "jeszcze kiedyś się przydadzą''. I tu rozpoczyna się moja historia.
Dzieciństwo moje należało do tych szczęśliwych - niczego mi nie brakowało, rodzice zajmowali się mną i rodzeństwem, żyliśmy na stabilnym średnim poziomie ;) Jedzenia nam nie brakowało nigdy, ale moim ulubionym posiłkiem był odspojony ze ścian tynk cementowy, zagryzany odłupanym fragmentem posadzki. Stan ten trwał kilka lat, rodzice nie zauważali uszczuplającego się stanu wykończenia w tych pokojach (rzadko tam w sumie wchodzili) i nigdy mnie nie przyłapali - a widok siedzącego w kącie dzieciaka, uśmiechającego się psychopatycznie pod nosem i szepczącego do kawałków ściany w dłoni mógłby być widokiem, który zapamiętuje się na całe życie.
Lata mijały, trzeba było rozpocząć studia... No i cóż, rozpoczęły się, a jakże. Na budownictwie.
Moją pierwszą pracą w zawodzie była praca u dewelopera - zakres prac szeroki, gdzie uczestniczy się od momentu wbicia łopaty w ziemię do przecięcia wstążki z napisem "Budynek ukończony - nie powinien się zawalić''. Moim ulubionym etapem było wylewanie ścian i stropów (beton mocno), murowanie ścian (zaprawa taka cementowa) i wykonywanie posadzek (słodki piaseczku półsuchy płukany). Moim zadaniem było nadzorowanie prac, a łatka "nadgorliwca'' przylgnęła do mnie na kolejne lata - było mnie na budowie pełno, patrzyłam wykonawcom na ręce, kręciłam się od siódmej do siedemnastej po placu, byleby tylko być w pobliżu tych prac... Gdy ktoś pyta o moją ulubioną potrawę, w nozdrzach czuję aromat cementu, świeżego, który jeszcze przelewa mi się przez palce... Największym rozczarowaniem w moim życiu okazały się nie zawody miłosne, małe zarobki czy inne niepowodzenia. Moje serce pękło, gdy okazało się, że rzadko kiedy robi się tynki cementowe, że w mieszkaniówce dominuje gips. Od jedzenia się powstrzymałam (ze względów higienicznych, brudnymi rękoma pracowali, hłehłe), ale napawałam się tym aromatem cementu. I takim sposobem łączę przyjemne z pożytecznym - pracuję w zawodzie, gdzie regularnie się odurzam i dostaję dreszczy na samą myśl o kolejnym dniu w pracy. A wykonawcy... Żodyn nie wie, że sprawdzałam ich po to, by się sztachać. Żodyn.
Można zazdrościć ludziom różnych rzeczy. Jedni zazdroszczą pieniędzy, inni urody, a ja zazdrościłam kuzynce tego, że... nie ma ojca. Po prostu jej rodzice rozeszli się, gdy była bardzo mała. Odkąd zaczęłam zauważać, że w moim domu są problemy, uważałam, że kuzynka ma fajnie, bo nie ma ojca i ma w domu spokój. Może to nie zazdrość w czystej postaci, ale chciałam mieć tak, jak miała ona. Cieszę się, że moje marzenie spełniło się w dorosłości.
Wiecie, jakie to uczucie być grubasem? Mam 176 cm wzrostu, a ważę 110 kg. To jest grubo ponad 30 kg nadwagi. Zresztą tego już nie można nazwać nawet nadwagą. To już jest otyłość. Mam 23 lata. Otyłość niszczy mnie psychicznie i fizycznie. Brzuch jak betoniara, d*** jak stodoła. Gdy jest bardzo gorąco, pocę się jak świnia. Obcierają mi się pachwiny, wrastają mi paznokcie, chodzenie sprawia mi ból. Sapię jak jakiś staruch. Nie mogę znaleźć żadnej odzieży, a w szczególności spodni. A jak już znajdę, to zawsze rozdzierają się na d****, i to momentalnie. Moje sadło jest nieestetyczne. Cycków może mi pozazdrościć niejedna dziewczyna. Mam ogromny kałdun, nie widzę mojego ptaka. Jestem po prostu paskudny. Doprowadziło mnie to depresji. Dobrze, że chociaż robotę mam. A tak to zero znajomych. Cały wolny czas siedzę w domu przy kompie. Każdy wolny dzień samemu. Nikt mnie nie lubi. Nikt się nie odezwie. Zero imprez. Na jakąkolwiek dziewczynę żadnych szans. Mam wysokie ciśnienie krwi. Ciężko mi się oddycha. Brak kondycji. Ciężko mi się chodzi po schodach. To wszystko dlatego, że się obżeram. Żrę bez opamiętania. Nie mogę przestać, wiecie? To taki przymus, takie uzależnienie. To jest jak alkoholizm, narkomania…
Dodaj anonimowe wyznanie