Posiadam wyjątkowy dar przyciągania do siebie dziwnych osobników płci męskiej.
W wieku 6 lat po raz pierwszy „związałam się” z chłopakiem. W dowodzie miłości dostałam od niego balona, którego wcześniej obsikał.
W latach wczesnogimnazjalnych podszedł do mnie w autobusie jakiś pan. Powiedział, że mam piękne oczy oraz wyraził swoją nadzieję, że mój chłopak mnie w nie całuje, po czym sobie poszedł.
Liceum. Pewnego dnia, gdy czekałam na instruktora jazdy, zagadał do mnie na ulicy staruszek. Po krótkim monologu o jego wnukach powiedział, że chciałby mi dać pieniążka na drożdżówkę, ale nie ma drobnych, bo dopiero otrzymał rentę. Podziękowałam ślicznie i powiedziałam, że nie trzeba. Po chwili pan zniknął – po to, aby zaraz się pojawić ponownie, wręczając mi 20 zł. Zaznaczę, że nie wyglądałam na bezdomną, głodną czy w potrzebie.
Studia. Wymordowana po tygodniu wykładów wracałam wieczornym pociągiem w rodzinne strony. Udało mi się znaleźć pusty przedział, więc postanowiłam, że chwilę się prześpię. Dobrze oczu nie zamknęłam, a już mnie ktoś szturcha. Obracam się i widzę młodego chłopaka z gaciami spuszczonymi do kostek i sprzętem na wierzchu. No i tak sobie patrzymy na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu bardzo kulturalnie zapytał, czy zechciałabym mu dogodzić...
Serio? Z oferty nie skorzystałam.
Mawia się, że jeśli mężczyzna otwiera kobiecie drzwi do samochodu, aby wsiadła, to jedno z nich jest nowe.
W czasach gdy auta nie miały zamków centralnych na pilota, można było przeprowadzić tzw. test zamka, szczególnie przydatnego na pierwszej randce połączonej z użyciem samochodu. Należy podejść z wybranką do prawych drzwi, otworzyć kluczem zamek, a następnie drzwi jako takie. Po tym, gdy wsiądzie, możliwie delikatnie je zamknąć. Następnie obchodzi się auto od tyłu, idąc do drzwi kierowcy. Pytanie jest, co wybranka zrobi w tym czasie. Nic? Zajmie się sobą? Czy przechyli się w lewo i odblokuje drzwi kierowcy od środka? To ostatnie jest wskazówką na autentyczne zainteresowanie drugą osobą i skłonność do partnerstwa. W wypadku przeciwnym, raczej na skupienie na sobie samej, co nie jest dobrym omenem na przyszłość.
W moim wieloletnim małżeństwie posiadaliśmy auta raczej okazjonalnie i zwykle były to stare, najprostsze egzemplarze. Samochód był zawsze dość nisko na naszej liście priorytetów. Aktualnie jeździmy od prawie 2 lat 5-letnim Polo. Nieco zdefasonowanym, ponieważ nasz syn perfekcjonował na nim swoje umiejętności jako kierowca, krótko po zdobyciu prawa jazdy. Jest to nasze pierwsze auto z zamkiem centralnym na pilota.
Stosunkowo często zdarza się, że podchodzimy razem do prawych drzwi i otwieram je mojej żonie. W zasadzie zawsze widzę jej urwany ruch w lewą stronę. Taki refleks, którego do tej pory się nie pozbyła.
Jestem zdania, że jeśli choćby tylko trochę i choćby tylko od czasu do czasu traktować partnera tak jak na pierwszej randce, otrzymuje się +20 do szczęścia.
Nie pomogłam dziś bezdomnemu. Ale takiemu faktycznie potrzebującemu pomocy, nie żadnemu alkoholikowi.
Wychodziłam po strasznie przesranym i ciężkim dniu z zakupów z marketu i zaczepił mnie bezdomny (w Łodzi to praktycznie codzienność). Facet miał ogromną dziurę w stopie, z której sączyła się ropa, i błagał o pieniądze na maść i nocleg. Zaniemówiłam i postanowiłam oddać mu wszystkie drobne, jakie miałam (czyli pewnie jakieś marne 5 zł), jednak w portfelu miałam tak naprawdę jeszcze dwie pięćdziesiątki, mimo to powiedziałam, że to wszystko co mam i nie mogę nic więcej zrobić. Czuję się jak potwór. Co prawda nie zarabiam dużo, sama zaciskam portfel od wypłaty do wypłaty, ale co te 50 zł by zmieniło, może bardzo bym mu pomogła, może mógłby dzięki temu uzbierać na nocleg? A ja dałam mu te drobne i po prostu poszłam. Żałosne. Na szczęście widziałam, jak jakaś pani wychodziła z marketu i dała mu bez namysłu 20 zł. Ja już nic nie zrobię, ale mam nadzieję, że niektóre osoby mu pomogły.
Teraz wróciłam do mieszkania i nie wychodzi mi ta sytuacja z głowy. Niby tak narzekałam, jaki ten dzień był beznadziejny, a teraz jest mi wstyd. Przecież mam dach nad głową, mam co zjeść i wypić. Często narzekam w myślach, że coś mnie boli – a to to, a to tamto, to sramto, a co ma powiedzieć ten biedny człowiek, który ledwo chodzi? Czuję się, jakbym zabiła tego człowieka, bo może te moje 50 zł by go uratowało chociaż trochę.
Rozstałem się z kobietą po kilkunastoletnim związku. Po 3 miesiącach poznałem inną partnerkę. Zakochaliśmy się w sobie do szaleństwa i od paru miesięcy mieszkamy razem. Bardzo łatwo mi było zapomnieć o poprzedniej i cieszę się, że zniknęła z mojego życia. Nie myślę o niej i już na pewno nie darzę jej żadnym uczuciem.
Problem jest taki, że zdarzyło mi się kilka razy zwrócić do mojej dziewczyny po imieniu mojej eks. Kilka razy, tzn. mam na myśli raz na dwa tygodnie albo miesiąc, nie wiem, bo nie liczę interwałów. Zawsze znosi to bardzo wyrozumiale i nie ma żadnych spięć, przeproszę i po kłopocie. Ostatnim razem, jak ją nazwałem imieniem mojej eks, a nawet nie nazwałem, tylko wymówiłem pierwsze dwie litery i się zahamowałem, to już widziałem zauważalny smutek na jej twarzy i padło pytanie, czy za 5 lat też będę do niej tak mówił. Ogólnie też sam na siebie byłem bardzo zły. Najgorsze jest to, że nie mam nad tym żadnej kontroli :/ Nie chcę jej tak nazywać, to się dzieje po prostu samo z siebie raz na jakiś czas.
Dodam, że obydwie mają dość krótkie imiona, zaczynające się od tej samej litery i trochę wywnioskowałem, że mój mózg sam mi klepie w głowie to, czego się nauczył przez tyle lat, ale nie jestem ekspertem.
Jest jakaś metoda na to, bo czuję się bezsilny?
Zorientowałam się, że przez sześć godzin chodziłam po centrum handlowym z wystającą z kieszeni spodni podpaską, o czym żadna z moich przyjaciółek nie raczyła mnie poinformować. W czasie tych 6 godzin zdążyłam m.in. spotkać chłopaka, który bardzo mi się podoba – trochę z nim gadałam, więc uznałam, że nie było szans, żeby nie zauważył.
Wkurzyłam się na przyjaciółki, ale jedna powiedziała: „Spokojnie, przecież wyjęłyśmy ci ją, jak zaczęłaś z nim gadać i włożyłyśmy z powrotem, kiedy sobie poszedł”.
Nie wiem czemu, ale strasznie mnie to rozczuliło <3
Mam 15 lat.
Moja matka 30, a ojciec 90.
Gdy się urodziłam, ona miała 15, a on 75 lat.
Wstyd mi okropnie jest się przyznać przed koleżankami.
Wiem, że oni mnie nie chcieli, ale to okropne uczucie wiedzieć, że twój ojciec to jednocześnie dziadek.
Pracuję jako kelnerka. Ostatnio jakiś wąsaty Janusz (koło 50.), wraz z kolegami, obchodził w naszej restauracji urodziny, niby nic nadzwyczajnego. Byłam odpowiedzialna za obsługę tego stolika.
Po obiedzie panowie zaczęli zamawiać różnego rodzaju trunki. No i stopniowo solenizant robił się śmielszy. Tu zarzucił jakimś komplementem, tu próbował klepnąć w tyłek. Wkurwiało mnie to okropnie, ale dalej starałam się być miła, bo tak wypada. Po kolejnej flaszce leciały już propozycje dołączenia się, żarciki typu „może pójdziemy na zaplecze, he, he”. Oczywiście jego koledzy mieli przy tym pełno śmiechu.
Po kilku godzinach mordęgi, policzków bolących od sztucznego uśmiechania się, nastał moment zapłaty rachunku. Moment zemsty.
Janusz kładzie pieniądze na „talerzyku” i pstryka na mnie palcem. Przychodzę. Uśmiecha się, puszcza oczko i mówi, że reszta dla mnie, jako napiwek za miłą obsługę. Z dość dużego rachunku otrzymałam jakieś 7 zł z groszem... Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Dzięki, tato, ale wolałabym, żebyś płacił alimenty, bo za 7 złotych, to przez miesiąc nie wyżyję”. Szczęka mu opadła do ziemi, przy stole kompletna cisza, a ja odeszłam. Mina jego i kolegów zrekompensowała mi ten przejeb*ny wieczór.
Czy zrobiłem dobrze? Oceńcie sami.
Swego czasu spotykałem się z pewną dziewczyną. Duża rodzina, troje rodzeństwa, mieszkali wszyscy z rodzicami i babcią (matką matki). Moi rodzice ją uwielbiali, moja siostra też. Byliśmy ze sobą ponad 2 lata, zaręczyliśmy się, mieliśmy wstępne plany na ślub, ale nigdy nie doszło do zbliżenia, „bo to nie po bożemu”. Pochodziła z bardzo religijnej rodziny (wręcz fanatycznej) – na każdej ścianie w domu wisiały dewocjonalia, sama była organistką w kościele w swojej wsi. Jednak „prawdziwymi chrześcijanami” byli tylko na papierku. Ojciec w domu nie miał nic do powiedzenia, zaszczuty przez jej matkę i swoją teściową. Przychodził z pracy, dostał jeść i wyjazd do roboty przy gospodarstwie (mieli świnie, kury, kaczki). Niemal codziennie chodzili do kościoła, ale za plecami to matka z babką jechali po wszystkich we wsi – plotki, osądzanie, fochy były na porządku dziennym. Ale do kościółka i na tle mieszkańców wsi to idealna rodzina.
Po pewnym czasie dziewczyna zaczęła powielać zachowania z domu – obgadywanie innych, plotki, fochy, obrazić się potrafiła i nie odzywać, mimo że siedziała obok i mówiłem do niej, to zero reakcji, a kościół i ksiądz to priorytet życiowy. Dochodziło nawet do tego, że gotowali księdzu obiad, czy to u siebie, czy na plebanii i zapraszali go raz w tygodniu na niedzielny obiad. Miarka się zaczęła przebierać, gdy po 12 godzinnej harówce w polu przy ziemniakach nie dość, że nie usłyszałem nawet dziękuję, to nad ranem trafiłem do szpitala z migotaniem komór (choruję przewlekle na serce). Nikt mnie nie odwiedził, mimo że siedziałem tam tydzień – nie przyjdę, bo mamy wykopki, nie przyjdę, bo msza rocznicowa, nie przyjdę, bo coś tam.
W pewnym momencie daliśmy sobie miesiąc na naprawę związku, nic to nie dało, więc spróbowałem to ratować kolejnymi trzema miesiącami, gdzie ustaliliśmy co zrobimy, by to naprawić. Nadal nic to nie dało. W pewnym momencie postawiłem już krzyżyk na moim związku i przestałem się starać, tak jak ona, ale zaraz były pretensje i roszczenia, oliwy dolewali moi rodzice i siostra, bo winy szukali we mnie.
Pewnego wieczoru napisałem do koleżanki z pracy, chciałem po prostu z kimś pogadać, popisaliśmy raz, drugi, piąty i w końcu spotkaliśmy się tak o, na spacer/ kawę. Zaczęło mi zależeć na kimś, kogo interesuje moje życie, pasje, problemy. I tak doszło do sytuacji, gdzie zacząłem się spotykać z ową koleżanką, prawie trzy miesiące minęły, zanim rozstałem się z poprzednią dziewczyną. Dzisiaj minęły już trzy lata, jak jesteśmy razem, z czego dwa jesteśmy po ślubie. Z moją rodziną nie utrzymuję kontaktu, pokłóciliśmy się i zostałem wydziedziczony. Nie żałuję. Ani przez moment. Wyniosłem się od rodziców, zmieniłem nazwisko, żyjemy z żoną skromnie w wynajętym mieszkaniu i możemy na siebie liczyć.
Wniosek? Walcz o siebie, zanim będzie za późno i obudzisz się w toksycznym małżeństwie.
Pracuję w sklepie, który ostatnio zyskuje coraz większą popularność w Polsce. Można tu kupić wszystko do domu, biura, drobne gadżety, przekąski itp.
Kilka lat pracowałem w hurtowni, hurtownia upadła, więc postanowiłem wyjść do klientów detalicznych, bo co złego może się stać?
Ano może.
Szeroko pojęte buractwo i cwaniactwo.
Podium zajmują klienci i klientki z Ukrainy, większość zdecydowanie nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś nie rozumie ich języka i mówienie głośniej i puszczanie przekleństw co drugi wyraz, nie sprawia, że magicznie nauczę się języka w pół minuty. Ci, którzy umieją polski, nie rozumieją słowa „nie”. Nie można odpakować produktów, nie można zwrócić bielizny, nie można zareklamować bez paragonu i tak dalej. Tu już ogranicza mnie tylko ilość znaków, jakie mogę użyć. Na dokładkę – przepychanie się przez kolejkę, ubliżanie pracownikom, kradzieże.
Drugie miejsce na podium zajmują oczywiście Polacy.
Proszę, dziękuję, przepraszam. Tych trzech słów nie zna 90% klientów. Dzień dobry, do widzenia – tych przy kasie zapomina 99%.
Słowo klucz – klient. JA JESTĘ KLIENT, JA MOGĘ! Mogę wchodzić z psem, mimo że nie wolno, mogę odpakować wszystkie artykuły, mimo że nie wolno. Ja mogę wszystko, bo inaczej więcej tu nie przyjdę (ojej, serio? nikt nie zatęskni). Dziecko zrzuciło produkty z półki? Plebs pracowniczy posprząta. Dziecko zsikało się na podłogę? Wytrę ręcznikiem z półki i go tam odłożę (autentyczne! I jeszcze wielka obraza majestatu, jak pracownik zareagował, bo widział to na kamerach). Zjedzone przekąski podczas zakupów? Opakowanie wrzucę w półkę. Nie zliczę, ile razy usłyszałem na kasie, gdy odmówiłem zwrotu przez brak paragonu, że jestem każdym epitetem polskiej mowy podwórkowej.
A teraz pozytywy – Azjaci. Jest ich u nas w rejonie bardzo dużo, potrafią pięć słów po polsku – proszę, dziękuję, przepraszam, dzień dobry i do widzenia. Podchodzą uśmiechnięci, łamią te dzień dobry, pokazują na Google translator, o co im chodzi i cieszą się, jak im się pomoże i pokaże. Nigdy nie robią burd, nigdy nie są uciążliwi, chamscy...
Już planuję zwolnienie, niestety. Bo gdy widzę, że na parking podjeżdża kolejne auto i wysiada madka Polka z dwoma bąbelkami i mężem patusem, albo zajeżdża bryka typu porsche i wysiada parka z pieskiem, to już wiem, że znowu będę nazywany tak jak pewne panie w domu publicznym.
W życiu nie spodziewałem się, że ludzie potrafią być takimi chamami. Znakomita większość jest negatywna, a te kilka osób, które potrafią faktycznie się normalnie po ludzku zachować są mniejszością.
Pracowałem tu 1,5 roku i odpadłem.
Aspekty najbardziej pozytywne, to 10-, 14-latki, którzy przy zakupie podróbki nerfa upewniają się trzy razy, czy gdyby nie działał, to można z paragonem zwrócić, po czym chowają go do specjalnej przegródki w portfelu w Spidermana czy innego mana. Jest dzień dobry wtedy, do widzenia...
Doszedłem do takiego momentu w życiu, że obecnie była, z którą się przyjaźniłem 15 lat i przez rok byliśmy w związku, doprowadziła mnie do takiego stanu, że teraz chodzę na terapię do psychologa. Daje mi cały czas szansę na powrót, ale za każdym razem dobija słowami, że jest moją byłą albo nazywa mnie kumplem, a nie chce nic, co najwyżej przyjaźń. Czeka mnie długa terapia, a ją chyba całkowite urwanie kontaktu z mojej strony, bo się zachowuje, jakby nic się nie stało, a ja nie potrafię.
Dodaj anonimowe wyznanie