#ynkJw
Po kilkunastu metrach galopu pękła mi siatka z zakupami. W tym cholernym deszczu musiałem wszystko zbierać, upychać po kieszeniach, brać pod pachę, a kilogram pomarańczy wylądował nawet w moim kapturze. Kiedy już wszystko „spakowałem” i mokry od stóp do głów kontynuowałem mój bieg w stronę przystanku, nieoczekiwanie wyrósł przede mną krawężnik. Wysoki na dwa centymetry skurw#syn, przez którego zaliczyłem glebę prosto w kałużę! Myślałem, że już nic gorszego mnie dziś nie spotka. Los postanowił jednak udowodnić mi, że jestem w błędzie.
Gdy już umorusany, zziębnięty i wkurzony na mojego pecha zbliżałem się do przystanku, tramwaj właśnie podjeżdżał. Rzuciłem się biegiem przez ulicę, było czerwone światło, ale na szczęście żadnego auta nie było widać. Zostało mi już tylko kilka metrów. I wtedy zobaczyłem ich – dwóch funkcjonariuszy straży miejskiej idących mi na spotkanie. Byli zupełnie susi, bo zainwestowali w parasole. Tramwaj oczywiście mi uciekł, gdy stojąc w strugach deszczu, usiłowałem wybłagać darowanie kary.
Nic z tego. Musiałem trzymać parasol nad głową strażnika, podczas gdy on wypisywał mi mandat. To najbardziej upokarzająca rzecz, jaka mnie kiedykolwiek spotkała...
Facet biegający z kilogramem pomarańczy w kapturze 🤦
Nie musiałeś niczego trzymac.
Kolejny przykład bezmyślności facetów. Mogłeś sprawdzić pogodę przed wyjściem