#xtykQ
W szkole lawirowałam jak umiałam, na jednej lekcji uczyłam się na drugą i nauczyciele uważali mnie za zdolną uczennicę. Siostra faktycznie była zdolna. Obie skończyłyśmy studia, siostra również doktoranckie. Ale? Ale kompletne negowanie przez naszych rodziców tego, że ich dzieci w ogóle mogą mieć jakieś problemy, brak rozmów poza zakazami, które ja omijałam sprytnie, a siostra stosowała co do joty, sprawiły, że każda z nas na swój sposób odchorowała swoje dzieciństwo, tzn. siostra po wielu latach idealnego życia przeżyła załamanie, a ja... ja nie umiem się nadal przyznać do tego, że mi coś jest.
Od pewnego czasu mam problemy z sercem, chyba dość poważne, bo jest coraz gorzej, ale nie, nie powiedziałam nikomu, że mam takie duszności od byle lekkiego zdenerwowania, że ledwo oddycham, nie, ja przecież zawsze byłam cała i zdrowa, nawet ze złamaną ręką i pewnie z zawałem serca też.
Czy mam pretensje do rodziców? Chyba nie, oni też przecież mieli dzieciństwo i może wtedy nauczyli się być takimi, a nie innymi ludźmi...
Masz pretensje, tylko boisz się do tego przyznać. Ale masz do nich prawo, bo rodzice wyrządzili Ci ogromną krzywdę.
Tak, miałaś gówniane dzieciństwo, ale przestań zwalać na to wszystkie swoje problemy. Jesteś dorosła, jak nie idziesz do lekarza z poważną chorobą to twoja wina, nie twoich rodzicow.
Ładnie pokazujesz zerową wiedzę o psychice ludzkiej.
@ohlala Z drugiej strony jeśli wie się, ze się miało zepsute dzieciństwo, idzie sie do psychologa, a nie szuka wymówek. i to mówie jako osoba ze zepsutym dzieciństwem.
@livanir
Częstym problemem osób z różnymi zaburzeniami jest właśnie to, że nie są w stanie zmusić się do pójścia do lekarza. To jest coś zupełnie innego niż gdy ktoś ma nagły kryzys i potrzebuje chwilowego wsparcia.
Mamy tu do czynienia z typowym "najedzony głodnego nie zrozumie". Ty wiesz, że chory potrzebuje pomocy. A chory myśli np. "potrzebuję pomocy, ale na nią nie zasługuję, po co mam zabierać czas lekarzowi, skoro są ludzie, którzy bardziej zasługują na pomoc". Autorce z kolei wmówiono, że zawsze ma sobie radzić. I w najważniejszych, rozwojowo, latach swojego życia była tresowana do takiego zachowania. Czasami jedno, krótkie, ale traumatyczne zdarzenie wymaga lat leczenia. Więc teraz przełóż to sobie na 18 lat przemocy i pomyśl, jaki to ma wpływ na psychikę i jak ciężka jest to walka.
@ohlala
"Autorce z kolei wmówiono, że zawsze ma sobie radzić. I w najważniejszych, rozwojowo, latach swojego życia była tresowana do takiego zachowania."
Tak. Słowo TRESURA idealnie pasuje do tego typu metod "wychowawczych".
@ms0nobody
Zdaje sobie sprawę, że mają takie myślenie. Sama miałam. Dlatego nie będę i nie ma sensu klepać kogoś po plecach "tak użalają się". Tylko jednak powiedzieć że taka jest konieczność. Zwłaszcza że tutaj problem nie brzmi jak "nie zasługuje" tylko "muszę udawać".
Wiem, że mamy body positive, ale jak ktoś gruby mówi Ci "od Mojej wagi bolą mnie stawy", to mówisz "nie przejmuj się" czy "idź do dietetyka, pomoże dobrać dietę"?
Jasne, została tak nauczona. Więc zamiast głaskać po głowie, nie lepiej jej wprost powiedzieć, że nie musi powielać wzorców? Że można inaczej?
"Wiem, że mamy body positive, ale jak ktoś gruby mówi Ci "od Mojej wagi bolą mnie stawy", to mówisz "nie przejmuj się" czy "idź do dietetyka, pomoże dobrać dietę"?"
Korzystając z analogii pozwolę sobie zauważyć że niektórzy (zgadnij kto) zamiast "idź do dietetyka, pomoże dobrać dietę" użyli by raczej czegoś w stylu "nie szukaj wymówek spaślaku, tam jest bieżnia, zapie&$alaj półmaraton. Jak nie dajesz rady to Twoja wina i nawet nie próbuj mieć pretensji do rodziców że karmili cię w MacDonaldzie!"
Serio, wykazanie się odrobiną empatii jeszcze nikogo nie zabiło a takie obwinianie ludzi że nie dają rady iść na terapię jedyne co da to przyśpieszy próbę samobójczą. Udaną lub nie.
Jest bardzo dużo takich osób jak Wy, niestety. Dzieci z lat '80, '90 i trochę później w większości tak były wychowywane, do tego na ogół dzieci i ryby głosu nie miały, do tego szantaż emocjonalny na każdym kroku. Faktycznie, w zdecydowanej większości przypadków rodzice chcieli jak najlepiej, chcieli, żeby dzieci odniosły jakiś sukces, a nie urabiały sobie ręce po łokcie i kombinowały tak, jak oni musieli. Nie mówię oczywiście, że Rodzice wszystko robili źle, ale pokoleniowe skutki presji na "dojście do czegoś w życiu" są jakie są - mnóstwo dzisiejszych trzydziestolatków ma problemy ze sobą i nie potrafi się dogadać z ludźmi. Tym bardziej smutne, że często owo "coś", co uchodziło w poprzednich pokoleniach za wartościowe (np. wyższe wykształcenie) dzisiaj się mocno zdewaluowało. Na szczęście coraz lepiej zdajemy sobie z sprawę, z tego, jaki mamy bagaż emocjonalny z dzieciństwa, korzystamy z pomocy specjalistów i coraz rzadziej powielamy to, co nas obciąża. Obyśmy nie przęgieli w drugą stronę.
Możesz nie mieć problemów z sercem, tylko z psychiką. Skoro objawy nasilają się przy stresowych sytuacjach. U mnie też tak było, wszystkie wyniki idealne, prawdopoodbnie były to nerwobóle. Ale skoro jesteś już osobą dorosłą, to nie zgrywaj chojraczki tylko rusz dupę na kompleksowe badania. Każdy powinien robić je minimum raz w roku. Mimo, że zostałaś wychowana na cichą męczennicę, to chyba nie warto umierać na coś, co można leczyć.
"... nie sprawiają żadnych problemów i daleko zajdą w życiu."
Jestem zdania, że to się wzajemnie wyklucza.
Nie ma nic złego w pójściu do lekarza. I macie z siostrą prawo mieć żal do rodziców, że wychowywali was na idealne maszyny
poczytaj o wzorze zachowania typu A i zapraszam na terapie
jest tez taka ksiazka Alice Miller, "Dramat udanego dziecka", polecam lekture
Rodzice pewnie chcieli dobrze... Szczerze sugeruję Ci psychologa. Z dzieciństwa wyniosłaś traumę, ale możesz sobie z nią poradzić i resztę życia przeżyć normalnie.
Najprawdopodobniej masz napady paniki. Wiele osób myli napady paniki z zawałem. Potrzebujesz pójść do psychiatry, sprawdzić serce u kardiologa oraz terapii.
Daleko mi do osądów, nie posiadam też wykształcenia medycznego, ale to wygląda na stany lękowe. Oczywiście w pierwszej kolejności powinnaś skierować się do kardiologa, żeby wykluczyć te "poważniejsze" przypadłości, a dopiero jako kolejny krok, jeśli okaże się, że z sercem jest okej do psychoterapeuty/psychiatry. Ja właściwie miałem bardzo podobny schemat, rodzice wiele wymagali ode mnie i siostry, z tym, że ja byłem zdolny, ale leniwy, a siostra po prostu dużo się uczyła. I obydwoje raczej dobrze skończyliśmy, ale na którymś etapie życia pojawiła się u mnie nerwica, depresja, stany lękowe i po którymś razie kiedy po prostu czułem, że umieram (dosłownie, byłem pewny, że zaraz zejdę na zawał), a wizyty u kardiologa poza nadciśnieniem(które zresztą leczę) niczego nie wykazały zdecydowałem się na pójście do psychiatry i jedyne czego żałuję, to tego, że nie poszedłem tam wcześniej. Po raz pierwszy w życiu budzę się i nie czuje się źle, któregoś dnia terapii obudziłem się i byłem przerażony, bo coś było nie tak z moim ciałem. Okazało się, że po raz pierwszy od nie wiem jak wielu lat nie czuje kłócia w klatce, tego, że zaraz zapadną mi się płuca, tego, że mój urojony tętniak w głowie zaraz eksploduje i umrę, tego, że mój urojony kostniakomięsniak właśnie rośnie w mojej prawej łydce na kości piszczelowej. Dziwnym stanem było dla mnie to, że nie czuje, że umieram. I wszystkim komentującym: tak, wiem, że to objawy hipohondrii, ale ja zdawałem sobie sprawę, że nic tam prawdopodobnie nie ma, tylko wyobraźcie sobie przeszywający ból, który sprawia, że nie możesz stanąć na nogę, czy ścisk i kręcenie się w głowie wraz z bólem jakby Ci ktoś butelkę z tyłu głowy rozbił. Tak budziłem się i funkcjonowałem codziennie, z bólem o różnym nasileniu wmawiając sobie, że każdego przecież coś czasem boli. I po latach wyparcia, kiedy w końcu przestałem czuć urojony ból było to dla mnie wręcz dziwne, dopiero wtedy zacząłem zastanawiać się, czy nie umarłem, bo nic nie czułem.