#sBYcd

W dzień pogrzebu mojej babci mama obdarzyła mnie tabletkami uspokajającymi. Byłam z babcią bardzo zżyta, więc było bardziej niż pewne, że będę ryczała jak bóbr. Tabletki miały mnie uspokoić i powstrzymać od beczenia. Nikt nie powiedział mi, ile mam ich wziąć, więc połknęłam trzy. Stwierdziłam, że im więcej, tym lepiej.

Kiedy siedziałam już w kościele, a ceremonia trwała, byłam mocno zaskoczona, że lek działa tak dobrze. Nie uroniłam ani jednej łzy. Wręcz przeciwnie. Zaczęły mnie śmieszyć niektóre sytuacje, np. że ktoś smarkał i brzmiał jak słoń; że ktoś miał czkawkę, potem rozśmieszył mnie kościelny zbierający na ofiarę. Był łysy i jego glaca świeciła się jak psie jajca. Wszystko mnie śmieszyło. Rodzina patrzyła na mnie jak na wariatkę, mama zaczęła mnie nawet szturchać. Każdy był zapłakany, a ja ledwo powstrzymywałam się od śmiechu.

Do dziś pamiętam zgorszony wzrok wszystkich żałobników.
Dodaj anonimowe wyznanie