#rjZhT

Jestem dorosła, ale prześladuje mnie „miłostka”.
Poznałam go w przedszkolu, przeszłam z nim całą podstawówkę. Podobał mi się zawsze, wiedziałam, że nie będziemy razem, ale pozwalałam mu wracać po każdym podboju. Co chwilę w jego życiu była inna, na moment, durne szkolne związki. Nie chciałam tego, bo było to dziecinne dla mnie, miałam wystarczająco swoich problemów, żeby bawić się w relacje w tym wieku. Zawsze byłam dojrzalsza, a on był moją odskocznią, moim spontanicznym uśmiechem. Kiedy podbijał czyjeś serce, cierpliwie czekałam, czasami nawet go w tym wspierałam, wiedziałam, że i tak wróci. Kiedyś chciał spróbować, ale go odrzuciłam, za karę związał się z moją koleżanką. Nie winię jej za to. W jego oczach można było utonąć jak za syrenim głosem. Zbliżaliśmy się w przerwach od jego kolejnych zdobyczy. Leżał na mnie, obejmował, czasami całował w szyję czy kącik ust. Pozwalałam mu na to, bo go lubiłam, bo mi się podobał wizualnie, bo czułam jakąś więź między nami. Niewidzialną nić. Kiedyś stwierdził, że mnie kocha, jakiś czas było między nami magia. Chciał więcej, a ja czułam, że z nim mogłabym to zrobić i byłoby po prostu miło. Postawiłam warunki, częściowo ich dotrzymał, ale po czasie źle odebrał moje relacje z kolegami i uznał, że złamałam mu serce. Pewnie spodziewał się, że skoro zawsze go witałam z otwartymi ramionami, będę robić wszystko, żeby był przy mnie. 
Szkoła się skończyła. W liceum kontakt się skończył. Słyszałam, jak wykorzystuje naszą historię i złamane serce do podbijania kolejnych. Przynajmniej tak przedstawiali mi to inni. Taki typ. Potrzebował miłości i uwielbienia. Przez lata się mijaliśmy. Poznawaliśmy innych ludzi. W końcu się spotkaliśmy i czułam, jakbyśmy byli w jakiś sposób związani ze sobą, choć nie wierzę w takie rzeczy. Byłam jednak w szczęśliwym związku i nie odpowiedziałam na propozycję kolejnego spotkania. 
W trakcie studiów okazało się, że jest moim sąsiadem, chociaż nie wiedzieliśmy o tym. Coś sprawiło, że w ogromie tego miasta zamieszkał na tym samym osiedlu. Nie mieliśmy więcej kontaktu. Ale czasami myślałam „co by było, gdyby”. Gdybyśmy się jednak związali na którymś etapie. 
Ostatnio pojawia się w moich snach, mówi, że żałuje wielu rzeczy, że nigdy nie da mi spokoju, że do końca życia będę go wspominać, że jesteśmy połączeni na zawsze. Mam już od dawna swoje spokojne szczęśliwe życie, nie myślę o nim, bo to stare czasy, ale te sny nie dają mi spokoju, są bardzo wyraźne, mam wrażenie, że czuję jego obecność, pocałunki w dawne miejsca palą moją skórę i tonę w jego oczach. Budzę się z obłędem i proszę, żeby to już się nie zdarzało. Bylibyśmy włoskim małżeństwem, latałyby między nami talerze, a nie tego w życiu potrzebuję. Czy on kiedyś da mi spokój? Kiedyś powiedział, że nigdy...
fairenough Odpowiedz

Eh. Nadal lepsza historia miłosna niż "Zmierzch".

Dodaj anonimowe wyznanie