#rY6Uv
Kocham swoją pracę i wykonuje ją z pasją, dla niej poświęciłem swoje życie prywatne ale wierzę, że robię właśnie to po co się urodziłem.
Cóż, wiecie co jest najśmieszniejsze w mojej pracy?
Po wielu trudach i wysiłkach, nieprzespanych nocach, kombinowaniu i po prostu robieniu wszystkiego co tylko jestem w stanie, aby ocalić ten organizm. Po niewyobrażalnie bolesnej przegranej walce o życie.
"Najśmieszniejsze"* jest mówienie rodzicom, że ich dziecko umrze.
*najbardziej ironicznie przerażające i chore, wręcz śmiesznie niesprawiedliwe, popier*one i ku*wa okropnie pojeb*ane.
Ale nic, dla mnie to końcu to tylko następny organizm, który się wyłączył... bo gdybym
patrzył na te dzieciaki jak na małego, myślącego, kochającego człowieka, mającego duszę i w przyszłości mającego dorosnąć i założyć rodzinę, to już dawno temu skończyłbym w psychiatryku.
House świetnie opisał podejście doktora, mówiąc do trzynastki "Ludzie umierają. Ty, Amber, wszyscy. Nie udawaj, że Cię to dziwi"
Jakąś godzinę temu obejrzałem ten odcinek :o
Jaki to odcinek? 😂
@RickForrester sezon 5 odcinek 1, już po jej śmierci.
współczuję, nie dałabym rady
Dużo siły! Praca wymagająca, cholernie stresująca, ale nieoceniona. Pomogłeś pewnie wielu młodym pacjentom i tego się trzymaj. A śmierć zawsze jest niesprawiedliwa, kiedy zabiera dzieci, które jeszcze nie zdążyły poznać wszystkich smaków, nie doświadczyły wszystkich emocji... z tym nigdy nie można się pogodzić i mówię to z perspektywy osoby stojącej z boku, niezaangażowanej. Życzę Ci żebyś znalazł kiedyś kogoś z kim będziesz mógł dzielić swoje emocje i codzienność, bo to z pewnością byłoby odskocznią od szpitala. W sumie sobie też tego życzę ;/
każdego to spotka. każdy umrze. z takim podejściem dużo łatwiej iść w świat
Mnie tam czyjaś śmierć (z powodów naturalnych, a nie ingerencji drugiego człowieka) nie rusza. Cierpienie i ból (również te psychiczne) jak najbardziej, ale sama śmierć nic a nic. Ot ktoś był i go nie ma... Nieważne czy to rodzina, czy ktoś obcy (choć nikt jeszcze z najbliższej mi nie umarł, więc może się to zmienić).
Raczej się zmieni. Miałam tak samo. Ktoś umarł? Trudno, żyję się dalej. Ale gdy umarł mój dziadek to wcale nie żyło się dalej.
mnie śmierć dziadków nie ruszyła
Ja też tak mam. I straciłam kogoś bliskiego, bardzo.
Wszystko zależy od tego jaki mamy kontakt z dziadkami. Mnie śmierć drugiego dziadka już tak nie ruszyła. Wręcz poczułam ulgę, że już się nie męczy (leżał przez ponad 6 lat, spadł z dachu, uderzył się w głowę, miał nawet problem z poznawaniem ludzi). Ale po śmierci osoby, z którą spędziłam pół dzieciństwa i która mi ciągle powtarzała, że bardzo mnie kocha nie byłam w stanie funkcjonować. Najpierw nie wierzyłam i modliłam się o to, żeby to był głupi sen. No cóż, nie był to sen.
@GraczLoLa jestes zalosny/a XDDDD “nie rusza mnie to ale w sumie to mnie to nigdy nie spotkalo” (??????)
mnie nie rusza śmierć obcych ludzi, ani myśl, że ja kiedyś umrę, za to przeraża mnie, że kiedyś umrą moi najbliżsi. wiem, że to okrutne, ale wolałabym żeby umarła setka dzieci i ja na dokładkę, zamiast moich rodziców, brata albo mojego faceta.
@Mammalia @Fanmagdygessler @Mammalia
Umarli mi dziadkowie, babcie i wujek od strony taty. Ze wszystkimi miałem bardzo dobry kontakt od samego dzieciństwa. Jedynie babcia szykowała się na śmierć (mówiła o niej i czekała na nią jak na wybawienie), choć wszyscy oni byli bardzo wierzącymi osobami i wiem, że w ich rozumieniu poszli do lepszego miejsca. Było trochę smutku, ale nic wielkiego. Bardziej płakać mi się chce na niektórych filmach, niż na pogrzebach.
Mówiąc o najbliższej rodzinie, miałem na myśli mamę, tatę, rodzeństwo... tutaj już może być inaczej... I mam nadzieję, że się zbyt prędko nie przekonam jak to jest.
Mammalia, mnie śmierć sąsiadów czy kogoś tam obcego również nie ruszała za bardzo. Żal mi było tylko ich bliskich na pogrzebach. Ale gdy umarła moja mama (jestem przed 30), to mną tąpnęło. Nie płakałam na pogrzebie. Ale w głębi duszy wyłam. Nie mogłam patrzeć, jak moje starsze rodzeństwo płacze. Nie mogłam znieść tego, że moja nastoletnia siostra wyje mi w ramionach. To było okrutne. Mówiłam jej, podczas opuszczania trumny, że zaraz wszystko się skończy. A to dopiero początek... Minął miesiąc od jej śmierci, a to nadal boli...
Autorze, dla Ciebie szacunek. Ja bym po godzinie w hospicjum dla dzieci bym zwariowała...
Mój narzeczony powtarza zawsze mówiąc o osobach, które chcą popełnić samobójstwo: idź do hospicjum dla dzieci, popracuj chociaż dzień. Zobacz jak one bardzo chcą żyć, a nie mogą. A później wyciągnij wnioski.
* Tak, za dużo razy ,,bym,, napisałam.
* Tak zrozumiałam, że autor nie pracuje w hospicjum, to tylko przykład z mojego punktu widzenia.
Mówienie czegoś takiego nie ma najmniejszego sensu. Gdy ktoś ma ciężką depresje to on nie wymyśla, jest w tak samo kiepskim stanie jak osoba chora na raka. To jest tak idiotyczne jak mówienie anorektyczce żeby nie wymyślała i jadła normalnie. To po prostu NIE działa. To tak jakby powiedzieć osobie na wózku ale z nogami żeby nie wymyślała i normalnie chodziła bo są przecież ludzie, którzy nawet nóg nie mają. Przecież to nie sprawi, że taka osoba nagle wstanie i pójdzie szczęśliwa.
Nie wyrobiłabym nawet jednego dnia
Szkoda, że szpitale nie zatrudniają na osobnym etacie takich posłańców złej nowiny, bo widziałbym tam bogatą ścieżkę kariery dla swojej socjopatii i mizantropii.
Hmm... Skąd ja to znam...
Gdzie raki zimują? W hospicjum
Żeby pracować na stanowisku lekarza nie trzeba mieć doktoratu.
A ci mający już doktorat zazwyczaj potrafią pisać lepsze opowiadania
A ta informacja to w jakim celu podana? Uważasz, że skoro ma się już te uprawnienia do wykonywania zawodu, to nie ma sensu się dalej rozwijać i doskonalić, czy co..?
Czasem na dane stanowisko w niektórych szpitalach wymagane są pewne kwalifikacje