#rL92q
Któregoś cudownego wieczoru przyszła do mnie na pogaduchy koleżanka i powiedziała mi, że u nich jedna dziewczyna odchodzi i szukają kogoś na jej miejsce. Dla mnie była to rewelacyjna wiadomość, gdyż praca była w systemie zmianowym w jednym ze sklepów odzieżowych w galerii i na dodatek na umowę o pracę, o co w tych czasach ciężko. Następnego dnia zaniosłam CV i już następnego dnia zostałam umówiona na rozmowę. Spośród jedenastu dziewczyn wybrano mnie i jeszcze jedną dziewczynę. Byłam bardzo szczęśliwa. Po paru dniach od rozmowy, po przejściu badań, miałam rozpocząć pracę. Poprzedniego dnia położyłam się wcześniej, żeby nie zaspać, bo przecież nie wypada się spóźnić pierwszego dnia.
Uff, udało się, dotarłam do pracy 15 minut przed czasem, kierownik zaprowadził mnie na zaplecze, pokazał, gdzie jest moja szafka itd. Następnie wyszedł, żebym się spokojnie przebrała i wyszła na salon. Pech chciał, że tego dnia założyłam płaszczyk przed kolano ze skórzanym obcisłymi rękawami i rozpinając zamek na wysokości klatki piersiowej w zamek wplątała się podszewka, im bardziej ciągnęłam, tym było gorzej, zamek w ogóle się nie ruszał. Mija dziesięć minut nic się nie zmienia, ja zdenerwowana szarpię zamek, wiem, że muszę zacząć pracę, a tu nie mam jak wyjść, bo w kurtce nie wyjdę. Wybija godzina, w której mam rozpocząć pracę, a ja w kurtce. Wpadam więc na pomysł - zdejmę przez głowę. Cholera, moje włosy, mój warkocz francuski, będę rozczochrana. No trudno, próbuję, szarpię, prawie łeb utknął na nosie, stoję z rękami w górze z twarzą zakręconą w kurtce, łapię oddech, szarpię się i nagle wchodzi kierownik.
I już o nic nie pyta, widzi, czemu jeszcze nie pracuję. No cóż, zdana na kierownika stoję jak czubek, a kierownik próbuje uwolnić mnie z kurtki. Ściąga ją przez głowę, czuję, jak sweter odsłonił brzuch. A tu nagle wchodzi na zaplecze któraś z dziewczyn, która tam pracuje. Ja jeszcze nic nie widzę, ale słyszę "OK, nie przeszkadzam" i wychodzi. Wtedy kierownik mnie uwalnia, ja stoję czerwona jak burak z podartym nosem od zamka i rozczochranymi włosami, czuję, że zapadam się pod ziemię. Kierownik daje mi chwilę na ogarnięcie się i podjęcie pracy.
Wychodzę, a tam każdy na mnie patrzy jak na dziewczynę, która pierwszego dnia "miziała się" z kierownikiem... Sprawa później została wyjaśniona, pracuję tam już ponad dwa lata i teraz się śmiejemy z tej historii, chociaż wtedy nie było mi do śmiechu...
Najbardziej anonimową część to chyba ta, że autorka 2 lata po studiach pracuje w odzieżówce i się cieszy z tego :D
Lepiej niż w Biedrze byznesmenie.
Żadna praca nie hańbi. Znam ludzi, którzy po studiach prowadzą warzywniak i dobrze im się wiedzie
System szkolnictwa wyższego w Polsce jest nastawiony na masową produkcję licencjatów/magistrów. Posiadanie wyższego wykształcenia właściwie o niczym nie świadczy. Poza tym niekiedy w takich sklepach zarabia się całkiem nieźle, zresztą to gdzie się pracuje i ile się zarabia nie ma aż takiego znaczenia, chyba ważniejsze jest znaleźć pracę gdzie panuje przyjazna atmosfera, szef to normalny człowiek a nie jakiś psychol, pracę do której się idzie z przyjemnością a nie jak skazaniec na egzekucję, którą się po prostu lubi.
Lepsza praca, gdzie traktują Cię jak człowieka, niż jak niewolnika.
Zdobycie tytułu magistra, nie jest obecnie specjalnym wyczynem (w przypadku większości z dostępnych kierunków). Jeżeli taki tytuł to wszystko, co ma się do zaoferowania podczas rozmowy o pracę, to później najłatwiej jest mówić "I jak to u nas w kraju bywa".
To już każdy kto skończył studia musi być przedsiębiorcą?
Mój komentarz tyczył się tego, że w dobie bycia jedną z kilku tysięcy osób z dokładnie takim samym tytułem, minimum starań zazwyczaj przyniesie minimum korzyści. Zamiast tracić czas na narzekanie na kraj, można go poświęcić na zdobycie dodatkowych kwalifikacji lub na rozwój umiejętności interpersonalnych. Zaradność jest w cenie.
Zasłyszana kiedyś w urzędzie pracy autentyczna rozmowa:
- W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem
- A jakie ma pan wykształcenie?
- Magister zarządzania
Same wykształcenie nic nie daje i samo w sobie jest nic nie warte.
Morał z tego taki ze studia są do niczego niepotrzebne 😐
Może Tobie. Ja bez moich nie mógłbym wykonywać mojego zawodu.
Trafiłem na fajny tekst:
Braki w wykształceniu są jak braki w uzębieniu. Są niewidoczne, dopóki gęby nie otworzysz.
Co to za studia, że zadowala Cię po nich praca w odzieżówce? Nie czaje, po co marnować 3-5 lat na naukę, która nie zapewnia rozwojowej pracy i wgl jakieś kariery... Strata czasu.
Za hajs starych baluj.
O to to :) ja w trakcie studiów zdobywałam doświadczenie zawodowe i odbior dyplomu nie miał żadnego wpływu na moją sytuację na rynku pracy. Tak to jest, jak ktoś przez 5 lat imprezuje i jest zawodowym studentem, a później się okazuje, że mgr przed nazwiskiem nie otwiera żadnych drzwi.