#rFdnB
Czuję się jak nieudacznik, taki życiowy nikt i zero. Mój wygląd determinuje życie, nie pozwala nikogo poznać, znaleźć dobrej pracy, niszczy życie towarzyskie, jakie mają normalni ludzie. 26 lat życia, brak dziewczyny, brak mieszkania, brak pieniędzy, brak znajomych, brak choćby kogokolwiek, żeby mnie wysłuchał. Nie rozumiem dlaczego to akurat mnie musi spotykać? Dlaczego to ja muszę być tym, z którego się śmieją, którego nie szanują, który nie może znaleźć dziewczyny? Chciałbym się urodzić w innym ciele.
Nie wiem jak wyglądasz, ale z wyznania bije tak bardzo negatywną energią, że mógłbyś wyglądać jak młody bóg i nadal nie chciało by mi się z Tobą gadać. To co o Tobie świadczy to nie wygląd a charakter. Wyglądu nie zmienisz łatwo, ale nad charakterem mógłbyś popracować...
Gdyby tak wyglądał to nie byłoby tej negatywnej energii. W moim przypadku podobnie bo gdybym miał "wzrost prawdziwego mężczyzny" czyli 180 cm to też bym nie był takim frustratem. Ale brakuje mi 10 cm do "wzrostu prawdziwego mężczyzny" i już mam końcowy wzrost.
Anon ma rację. Jak tutaj zmienic nastawienie na pozytywne kiedy wszystko wokół mowi mi ile jestem warty?
Ej, ej, ej. Wiesz kiedy ostatnio widziałam, że ktoś się śmieje z czyjegoś wyglądu? W podstawówce a jestem po 30. Jeśli jesteś w otoczeniu takich troglodytów to jedynie zmiana otoczenia pomoże. Jakakolwiek inna praca. I naprawdę jak słyszę o tym "wzroście prawdziwego mężczyzny" to czuję się jakbym żyła w innym uniwersum. Jeszcze kurczę mieć kompleksy przez 170... Za dużo internetów i tępych stronek. W normalnym świecie, w pracach po za jakimiś budowami i magazynami, gdzie ludzie są ledwo piśmienni, Wasz wzrost nie ma ŻADNEGO znaczenia jeśli chodzi o społeczny odbiór. Nie mówię, że kobiety mają się do Was w kolejkach ustawiać, ale naprawdę jak ktoś nie jest mocno zdeformowany to może wpaść totalnie normalne życie.
Bo to wszystko siedzi w głowie, nie ma to nic wspólnego z wyglądem. Miałam kumpla, a właściwie byłego chłopaka, wyglądał jak młody bóg, śliczny uśmiech, piękna karnacja, przepiękne oczy. Tak mi się spodobał jak go zobaczyłam, że postanowiłam go poderwać, udało się, przez jakiś tydzień było fajnie ale później miałam tak serdecznie dość jego narzekania na wszystko, marudzenia jaki to on jest niby beznadziejny, że uciekłam przy pierwszej wymówce. Nie dało się z nim wytrzymać.
Na początek znajdź sobie jakąkolwiek pracę, zarobioną kasę zainwestuj w wygląd, może poznasz tam jakiś kolegów, czy kogoś z kim mógłbyś pogadać.
Sama uroda nic nie znaczy, znam ludzi wyglądających jak górski troll, którzy mają znajomych i normalne rodziny. Chyba to nie tu jest problem.
Ja wszystko rozumiem. Ale rady dawać jest łatwo, zmień fryzurę, idz na siłkę, zmień pracę na lepszą. Jestem lysiejącym niskim facetem w okularach o wadze ledwo przekraczającej 60 kg i twarzą na której jest wyryte "uderz mnie" . Co mam w sobie zmienić? Fryzurę? Chyba tylko ogolić się całkowicie na łyso i wyglądać całkowicie jak gnom. Wzrost? Nóg sobie nie wydłużę, a wiadomo jak ważny jest wzrost u faceta. Twarzy nie zoperuje. Od dzieciństwa jestem poniżany, wyśmiewany, traktowany jak nikt. Jaka ma być moja pewność siebie po 26 latach czucia się nikim i przekonywania mnie że jestem nikim i na nic w życiu nie zasługuje poza nędzną bezpotomną wegetacja? Mój wygląd naprawdę niszczy mi zycie. Próbowałem zmienić pracę. Ale co z tego, jak wszędzie mi oferuja minimalną, albo prawie minimalna. Nie do każdej pracy się nadaje, szczegolnie do takiej gdzie trzeba wyjść do klienta, albo ciężko pracować fizycznie. Siłka? Próbowałem kiedyś. Zrezygnowałem po kilku tygodniach, bo jak zawsze zaczely się zaczepki i podsmiechujki. Spokój był tylko kiedy chodziłem z byłym kolegą, bo jego akurat się bali. Wydałem tylko niepotrzebne pieniądze na karnet i odżywki. Naprawdę chciałbym być kimś innym, ale swoich możliwości nie przeskoczę. Dlatego, wmawianie komuś, że może być kim chce jest jak kopanie leżącego. Nie możesz być kim chcesz. Swoich uwarunkowań i możliwości nie przeskoczę. Nie będę milionerem bo tak chce, nie podniosę na klate nigdy 150 kg, bo tak chce. Chocbym nie wiem jak trenował. Najgorzej jest wmawiać komuś, że może być kim chce.
Dawno temu udzielałam się na forum dla mało urodziwych ludzi, którzy czuli się pokrzywdzeni tym, że przegrali na loterii genetycznej. Niestety forum od kilku lat zdechło, a szkoda, bo można tam było podyskutować bez tabu o wielu kwestiach, jakie dotykają takie osoby, jak Ty, autorze, bez bycia obwinianym o to, że nic się z tym nie robi.
"Lekarz nie musi być przystojny, by dobrze leczyć."
Dlatego postawiłam na wykształcenie i szłam w medycynę, żeby pomagać innym zamiast skupiać się na swoich niedoskonałościach. Było dobrze, dopóki nie wpie*dolili się covidianie i ich preparaty.
Autorze! Twoim największym problemem są wymówki, nie wygląd. Ja osobiście uważam niskich łysych facetów za atrakcyjnych. I wyszłam za mąż za niskiego faceta. Łysy nie jest, ale pewnie to kwestia czasu 😅 nie wiem skąd w Tobie przekonanie, że jeśli odbiegasz wyglądem od facetów z okładek to nigdy się z nikim nie zwiążesz. Rozejrzyj się wkoło siebie. Wszyscy ludzie są idealni? Nie ma w Twoim otoczeniu mniej atrakcyjnych ludzi w związkach?
Co innego z podejściem. Jestem skłonna uwierzyć, że ludzi to od Ciebie odpycha, szczególnie kobiety. Znasz swoje słabe strony i masz wymówkę na wszystko, żeby nic z tym nie zrobić. Skoro i tak twierdzisz, że nie masz nic i nic na Ciebie nie czeka, to co Ci szkodzi postawić wszystko na jedną kartę i wziąć się za siebie? Przecież, w Twoim rozumieniu, gorzej już nie będzie. Możesz tylko coś ugrać.
Tobie eliksir zaszkodził od razu. Masie ludzi zaszkodzi po pewnym czasie. Czy komukolwiek pomógł? Zważywszy na zachorowalność w krajach o wysokim stopniu zakeczupowania, nie sądzę. Gdyby chorowali tylko ludzie o "czystej krwi", kowidianie by się zesrali ze szczęścia. Wielu już się przekręciło po tym eliksirze, no ale to na pewno były jakieś ukryte choroby albo niefortunna koincydencja czasowa. Zaraz przyjdzie tu jakiś naukowiec i wszystko wyjaśni.
Nie od razu, Drago. 1,5 miesiąca po, tak żeby nie wliczało się to do efektów ubocznych, które były liczone w statystykach tylko do miesiąca.
@Dewi, dobrze wiedzieli co i po co podają. Dlatego podpisujesz papierek, że nie będziesz miała roszczeń gdyby coś. I nikt nie jest odpowiedzialny - producent nie, politycy którzy to nakazali nie, władze uczelni też nie, pracodawcy nie, lekarze-naganiacze nie, celebryci ze spotów reklamowych nie. Nikt kurva za nic nie odpowiada.
@Alinka, są ludzie którzy po prostu lubią się nad sobą użalać. Jakby był chadem megainteligentnym, to by chlał albo coś, bo byłby samotny, że z nikim nie ma tematów bo każdy jest tak przyziemny, a te laski co zagadują to pewnie lecą na kasę albo wygląd, a on marzy o miłości...a tak, mogą sobie z innymi takimi samymi przegrywami pobiadolić, który to ma gorzej zamiast pomyśleć, co mógłbym zrobić by było inaczej, z rzeczy na które mam wpływ a przestać się dobijać tym, co jest już z góry przesądzone.
Mają sprawność, zdrowie pewnie jako takie, mają jeszcze młodość. Ilu ludzi może im zazdrościć, tych chorych, opuszczonych, żyjących w ubóstwie, oszpeconych, kalekich...nie, trzeba wyrzygiwać swoje żale.
Zaraz przyjdzie ktoś współczujący i powie, że każdy ma jakiś problem i nie można porównywać z innymi, na przykład z kimś kto się urodził bez nóg albo bez rąk, bo to taki sam problem dla tego kogoś. Ale pewnie by się nie zamienił. Każdy ma swój krzyż do niesienia, ale nie ich wygląd jest żałosny a to, kim są w swoich własnych głowach sami dla siebie.
Głupia byłam, że to wzięłam, bardziej dbałam o to, żeby móc w przyszłości pomagać innym niż chronić własny tyłek przed skutkami ubocznymi preparatu, za które przecież wiedziałam, że nikt nie weźmie odpowiedzialności. Teraz mam problem na resztę życia jak sobie poradzę w tym ciele z pracą, bo przecież nikt mnie nie będzie sponsorował w ramach rekompensaty za to, że preparat mnie okaleczył.
Jest dokładnie tak, jak piszesz. Wszystko na własną odpowiedzialność.
"Chciałbym się urodzić w innym ciele."
No to teraz opiszę siebie w Twoim wieku.
Spory przodozgryz (a' la Jacek Gmoch na przykład, jeśli ktoś pamięta), krzywe zęby, w wieku 20 lat około 40 kg nadwagi, mieszkanie z rodzicami do 28 roku życia, sylwestry i wszystkie inne imprezy (jakie inne, przecież nie było żadnych innych) - no więc, każdy wolny czas spędzany z książkami i z "dobrym jedzeniem" (stąd te 40 kg).
Kiedyś namówiono mnie na wyprawę w góry. Było piekielnie ciężko, ale podobało mi się. Kolejne wyprawy, kolejne stracone kilogramy, kolejni znajomi, mnóstwo znajomych. "Nocne Polaków rozmowy", świetne spotkania, kino, teatr, wycieczki. Wyprawy nie za tysiące, na jakieś Malediwy czy Seszele - ale za darmo, piechotą, gdziekolwiek, byle wyrwać się z domu (jeszcze u rodziców), byle nie myśleć o kolejnym tygodniu pracy.
Pierwsze wypłaty poszły na aparat ortodontyczny. Ortodontka uczyła mnie, jak "dla ludzi" funkcjonować z cofniętą brodą. Nowo poznani znajomi uczyli gry na gitarze, przerabiania za dużych już ciuchów, pokazywali coraz to nowe rzeczy i cuda tego świata, a przede wszystkim nauczyli mnie, że nic nie zrobi się samo.
Szacuneczek za chęci, działanie i powodzenia w życiu :)
@PuszystaAlpaka
Dziękuję bardzo za wsparcie i miłe słowa :)
Od tamtych czasów i zdarzeń sporo się zmieniło, jednak ciągle pamiętam tekst jednego z dawnych znajomych: "Umiesz liczyć?... Licz na siebie."
Praca nad sobą i swoim życiem to najtrudniejsza ze wszystkich orka - ale jakaż dzika satysfakcja, gdy zaczynasz widzieć sensowne, pozytywne zmiany :)
Jestem pod wrażeniem! Wielkie gratulacje ❤
Frog, nie ma sprawy, zawsze doceniam ludzi, którzy przynajmniej się starają :)
A Ty dalej jęczysz, zamiast się wziąc za siebie? Gdybyś od ostatniego wyznania zaczął ćwiczyć, wdrożył diete i zaczął co dziennie uczyć się czegoś nowego, to byłbyś dziś w zupełnie innym miejscu. Jak masz prawo jazdy, to możesz zostać kurierem lub kierowcą, to już dostaniesz inne pieniądze, niż jako pomocnik operatora. Może poszukaj jakiejś dodatkowej pracy po godzinach, lub w soboty, np przy przeprowadzkach, sprzątaniu itd. Niestety nic samo się nie zrobi. A ludzie na kilometr wyczuwają takie jęczybuły i nie chcą mieć z nimi nic do czynienia.
"Niestety nic samo się nie zrobi."
O właśnie - też mi się tak napisało.
"A ludzie na kilometr wyczuwają takie jęczybuły i nie chcą mieć z nimi nic do czynienia."
Dokładnie tak. I nie ma to nic wspólnego z postrzeganiem osobnika jako "brzydkiego".
Przypominam, że ja też mogę udzielać mnóstwa porad w internecie że ktoś może coś że sobą zrobić. Dodając do tego, że tego co się nagromadziło we mnie przez całe dzieciństwo i dorosłe życie nie usunę w przeciągu tygodnia zostając kurierem, CV roznoszę i jeżeli dochodzi do rozmów to nie ma odzewu, albo jest to najniższą krajowa, albo idać na siłownię na ktorej byłem i wydałem tylko niepotrzebne pieniądze, bo bardzo szybko zaczęły się że mnie podsmiechujki i dokuczanie.
To znaczy, że coś w Twoim zachowaniu jest nie tak. Dla większości pracodawców liczą się kompetencje, a nie wygląd.
A ćwiczyć można w domu, jak nie chcesz chodzić na siłownie.
Znałem kiedyś chłopaka, od urodzenia miał niedowład jednej strony. W sumie to dwóch takich znałem. Obaj byli fajni i szczerze ich lubiłem, i choć intelektualnie byli bardzo wysoko, co najmniej norma, i mieli gorsze dni to jednak nie jęczeli jak Ty.
"Imprezy" sylwestrowe, na które wychodziłam, wyglądały tak, że nawet partner nie chciał ze mną chodzić. Poszedł raz, sporo przed północą dyskretnie mnie zapytał, czy obraziłabym się, jakby wrócił do domu i spędził sylwestra przy kompie. Nie miałam nic przeciwko i to była nasze jedyne wspólne sylwestrowe wyjście. A od kilku lat siedzimy w domu i nie różni się to niczym od zwykłego wieczoru.
Myślę, że to nie wygląd jest problemem. Znam sporo osób, które wyglądem nie porywają, jednak nadrabiają poczuciem humoru, charakterem. Mają "to coś". Potrafią żartować ze swoich wad, albo chociaż mieć do nich dystans. To sprawia, że inni nie zwracają aż takiej uwagi na te gorsze cechy. Popracowałabym nad samooceną, poczuciem własnej wartości i pewnością siebie - ciężki proces do przejścia, a jakże wartościowy
To trochę stereotyp chyba, nie ma takich ludzi o jakich piszesz @Pingwinko. Ale pojechałaś nieźle :)
To trochę nie tak. On szoruje po dnie poczucia własnej wartości. Czuje się jak gówno i totalnie nie wierzy w siebie. Nie jest głupi, jest tylko zrozpaczony. Być może niestabilny emocjonalnie, takie osoby niekiedy nie działają racjonalnie a do tego strach zjada go od środka.
@Dragomir
"To trochę nie tak. On szoruje po dnie poczucia własnej wartości. Czuje się jak gówno i totalnie nie wierzy w siebie."
Bardzo trafny zapis.
Ale....
No i co z tego, że my o tym wiemy, że on o tym wie, skoro w zasadzie nic się nie zmienia. Widzę autora jako dzikie zwierzę, zamknięte w klatce i krążące od ściany do ściany - on, zamknięty w klatce swoich (prawdziwych bądź wyimaginowanych) niemożności, tak samo wydeptuje ciągle te same ścieżki, które prowadzą donikąd.
Jasna sprawa, trudno robić tysięczny raz to samo (lub tysięczny raz nic nie robić) i oczekiwać innego rezultatu, niż tysiąc poprzednich. Nie popieram użalania się na swoim losem a jednocześnie nic nierobienia z niczym, bo i tak nie ma po co się starać...
Miałem podczas studiów pewną znajomą. Z figury, zupełnie przeciętna, z twarzy... Oj... Jak sama o sobie mówiła "nieślubne dziecko trolla i baby Jagi". No brzydka była, no... :/
Teraz ma własną firmę, męża i dwoje dzieci. Tyle że ona nigdy się nad sobą nie użalała, nigdy nikogo nie udawała, poza radiową urodą miała też niesamowicie miły charakter i była pomocna jak mało kto. Choć potrafiła dowalić jak ktoś Jej zalazł za skórę.
Teraz, gdy czasem wracam wspomnieniami do lat studenckich to w związku z nią wspominam rozmowy przy piwie a nie to jakiej urody była.
Wygląd owszem, utrudniał jej życie ale ona nie pozwoliła by je determinował.
"Radiowa uroda" - genialne określenie ;)
"Wygląd owszem, utrudniał jej życie ale ona nie pozwoliła by je determinował."
Właśnie tak!
Wszystko co Ci ktoś napisze to źle. Jakbym Ci napisała, że są kobiety, którym wzrost nie robi znaczenia? Bo są, choćby ja. Jak zaprzeczasz to powiem Ci, że są, tak samo jak mężczyźni którym nie przeszkadza mały biust, a pół dorosłego życia żyłam z tym kompleksem. Jak czubek, co myśli, że ludzie myślą tylko przez pryzmat wyglądu.
Ludzie piszą, że to może być charakter. Pewnie jest, bo jak człowiek ma kompleksy to odrzuca innych sam bojąc się odrzucenia.
Siedzenie w miejscu i narzekanie to najprostsze rozwiązanie, bo nie wychodzimy wtedy ze swojej strefy komfortu. Chyba, że chorujesz na depresję czy inne to wtedy specjalista, co nie jest prostą decyzją, ale jest możliwe. Ludzie się leczą.
Chodzę na siłownię i są tam różni ludzie i uwierz mi, że poza tymi co podejdą, żeby pomóc, to nikt się nie interesuje tym co robisz.
Autorze, przyłączę się do komentujących, że wzrost i twarz nie niszczą Ci życia, najwyżej je utrudniają. Jestem sporo starszy od Ciebie, 162 cm wzrostu, przeciętnej urody (nadrabiam uśmiechem). Od lat szczęśliwie żonaty, z miłością mojego życia. Wcześniej byłem z dwiema kobietami, z którymi zaznałem wzajemnej miłości i intymności, jednak na dłuższą metę nie pasowaliśmy do siebie, więc były bolesne rozstania. Ale inaczej nie poznałbym Żony. Znam facetów mojego wzrostu lub niższych, wszyscy są żonaci, część dzieciata. Nie jesteś automatycznie skazany na bezpotomną samotność.
Naprawdę wierzę, że podejmowałeś te wszystkie próby, o których pisałeś. Ale nie dziwię się dotychczasowym porażkom, bo widzę zasadnicze kłody, które sam sobie rzucasz pod nogi, chociaż wynika to z Twojej przeszłości:
„Chciałbym się urodzić w innym ciele” – życie mrzonkami: nie urodziłeś się w innym ciele, masz tylko to jedno; jako nastolatek boleśnie waliłem głową w ten mur, aż w końcu zrozumiałem, że trzeba go przeskoczyć i iść dalej. Od tamtej pory nie tracę energii na żadne bezproduktywne, a potencjalnie bolesne gdybanie. Takie dostałeś karty w fizycznym rozdaniu, możesz nimi ugrać więcej, niż myślisz.
„Jak tutaj zmienic nastawienie na pozytywne kiedy wszystko wokół mowi mi ile jestem warty” – zerowe poczucie własnej wartości: szukając potwierdzenia swojej wartości w świecie zewnętrznym, strzelasz sobie w stopę, gdyż ten odbija to, co sam o sobie myślisz i tkwisz w błędnym kole. Poczucie własnej wartości powinieneś opierać wyłącznie na sobie samym. Jesteś wart tyle samo co każdy człowiek, nie mniej, nie więcej.
„Jaka ma być moja pewność siebie po 26 latach czucia się nikim” – przez swoje doświadczenia przyjąłeś koszmarnie skrzywioną optykę i kurczowo się jej trzymasz. Już sam pseudonim wybrałeś taki, że wyznania nie trzeba. Ludzie będą Cię traktować tak, jak im na to pozwolisz, a „pierwszą linią” jest sposób, w jaki traktujesz sam siebie. 1/6
6/6 Docieranie do samoakceptacji to proces, który potrwa. Do następnej okazji do samotnego upijania się na smutno zostało Ci ok. 11 miesięcy. Sporo czasu. Zamiast patrzeć na swoją sytuację tak negatywnie, spróbuj zauważyć pozytywy: masz stałą pracę, prawo jazdy, mieszkasz w miejscu, z którego nikt Cię nie wyprasza. Może to nie jest szczyt marzeń, ale o ile tylko rodzice nie wymagają od Ciebie szybkiej wyprowadzki, to na razie masz STABILNE warunki do pracy nad sobą. A to już coś, stabilne środowisko ułatwi Ci działanie. Masz DOPIERO 26 lat. Ogarnięty mężczyzna w okolicach trzydziestki czy po trzydziestce ma naprawdę sporo czasu na ułożenie sobie życia. Tylko ogarnianie swojej głowy przy balaście, który nam opisałeś, wymaga czasu i energii. Warto się dobrze zastanowić, na co dokładnie ten czas i energię przeznaczyć. Stawką jest to, czy i kiedy będziesz w stanie sam o sobie pomyśleć, że teraz powinieneś się nazywać JestemIbedeKims.
„Ukształtowały [charakter] wieczna samotność i walka o przeżycie i minimum szacunku gdziekolwiek pójdę i jestem.”
M.in. dlatego to wszystko piszę. Bo dawno temu w moim życiu też był podobny czas, bardzo ciężki. Przetrwałem dzięki woli walki o siebie i długotrwałej pracy nad sobą, a później lata udanego życia tak zatarły przykre wspomnienia, że zostały z nich ledwie cienie, o których na co dzień nie pamiętam. Czas naprawdę leczy przynajmniej niektóre rany. Tylko trzeba mu trochę pomóc.
@Frog
„Na pewno zaś, tutejsze dyskusje sporo dają ludziom czytającym, ale nie uaktywniającym się w rozmowach. Zdarzają się wątki naprawdę ważne, również dla osób, budujących swój świat wartości czy też szukających potwierdzenia / zaprzeczenia dla swoich pomysłów na życie.”
Również dlatego. Być może cokolwiek z tego, co napisałem, pomoże Autorowi albo komuś innemu. :-)
5/6 Wzrostu oczywiście nie zmienisz, szkoda energii na ubolewanie nad nim. Wiem coś o tym. Ale praca nad sylwetką, czyli wdrożenie odpowiedniego treningu, odżywiania i odpoczynku, w tym snu, może Ci przynieść ogromne korzyści fizyczne, psychiczne i zdrowotne. Zajmujące może być już samo uczenie się metod treningowych, planowanie ćwiczeń, trzymanie dyscypliny treningowej. Fantastycznie jest czuć coraz grubsze ramiona, uwypuklającą się klatkę, rosnącą siłę w mięśniach. Poprawia się biochemia mózgu i samopoczucie. Lepiej przyswaja się wiedzę i chce się ją przyswajać. Łaskawiej patrzy się na siebie w lustrze. Człowiek się prostuje, zaczyna się uśmiechać, a i otoczenie stopniowo zaczyna zauważać rezultaty. Zaznałem wpływu takich pozytywnych zmian, a nie byłem w takiej zapaści psychicznej jak Ty. U Ciebie to oddziaływanie może być jeszcze wyraźniejsze. Tylko trzeba dobrać odpowiedni trening siłowy, najlepiej w domu. Bardzo polecam kalistenikę (ćwiczenia z masą własnego ciała), niezwykle bogatą dziedzinę umożliwiającą trening na każdym poziomie zaawansowania. Wystarczy własne ciało i wiedza, co dokładnie z nim robić. Miejsca nie trzeba dużo – Twój pokój powinien być w sam raz. Materiałów w sieci jest mnóstwo. W bardzo bezpieczny i uporządkowany sposób w kalistenikę wprowadza książka „Skazany na trening” Paula Wade’a. Mimo zbędnych wstawek sam program jest merytorycznie sensowny, tylko wymaga cierpliwości. Ale to jedynie propozycja, możliwości treningu w zaciszu domowym jest wiele. A że niedługo wiosna, trening siłowy warto uzupełnić wytrzymałościowym, np. jazdą na rowerze, bieganiem, marszobiegami albo marszem z kijami. Może w Twojej okolicy działa trener (nauczyłby Cię techniki) albo spotyka się grupa na treningi Nordic Walking, to świetny sport angażujący większość ciała, a trenowanie w grupie może zaowocować nowymi znajomościami. Każda taka aktywność to krok do zrozumienia, że własne ciało to nie więzienie i do zaakceptowania go. Z czasem Ci się odwdzięczy.
4/6 Fundamenty. Bez nich niczego trwałego się nie zbuduje, najwyżej zamek z piasku. Dla mnie absolutną podstawą jest samoakceptacja, poczucie własnej wartości i lubienie siebie: dzięki temu lepiej układa się własne życie i ma się duże wewnętrzne zasoby, aby akceptować, doceniać i lubić innych. Na miłość przyjdzie jeszcze czas, żadna nie zakwitnie bez zdrowych fundamentów (w tym dostrzegania i szanowania granic własnych i cudzych). Nie masz poczucia własnej wartości i nie lubisz siebie, ale zacząć trzeba od samoakceptacji. To pierwszy, podstawowy krok. Z Twoich wypowiedzi wnioskuję, że u Ciebie kluczem do samoakceptacji jest własna fizyczność. Nie piszesz prawie o niczym innym. Relacje z rodzicami chyba Cię jakoś szczególnie nie obciążają, abyś musiał coś ważnego przepracowywać pod tym względem (oczywiście mogę się mylić, nie ma rodzin idealnych), wspominasz jedynie o dręczeniu przez rówieśników, też z powodu Twojej fizyczności. Stale odrzucasz swoje ciało, obwiniasz je za wszystkie swoje życiowe niepowodzenia, a przez to sprawiasz, że postrzegające Cię poprzez Twoje ciało otoczenie odrzuca Ciebie. Dopóki nie zaakceptujesz swojego ciała, stając się dla siebie łaskawszy, dopóty będziesz tkwił w swojej klatce.
3/6 Twoja sytuacja przypomina mi klatkę, do której zapędziły Cię lata poniżania, a z której nie umiesz wyjść jako dorosły, bo trzymasz się swoich przekonań o sobie, kobietach i świecie. Próbujesz nie tyle wyjść, ile wystawić raz rękę, raz nogę, raz nawet genitalia, a obrywając, wciskasz się w klatkę jeszcze głębiej. Działasz chaotycznie, bez refleksji nad swoimi prawdziwymi potrzebami, ponosisz porażki i cierpisz, tracąc energię, a do celu Cię to nie przybliża. I prawie nie wyciągasz sensownych wniosków z porażek. Już z Twoich wcześniejszych wypowiedzi wynikało, że siłownia to słaby pomysł, bo nawet bez docinków dołowałbyś się, porównując siebie do innych. Że skorzystanie z usług prostytutki to strzał w kolano, bo masz w sobie dużo wrażliwości i namiastka kobiecej czułości będzie dla Ciebie o wiele ważniejsza niż byle jaki pierwszy stosunek. To, że po wszystkim ogarnie Cię smutek, było wręcz oczywiste. Ale ten wniosek już wyciągnąłeś. Zawsze możesz uznać, że pierwsze drobne doświadczenie zdobyłeś, nie jesteś już prawiczkiem, ten jeden powód do dołowania się zniknął.
Nie produkowałbym się wyłącznie po to, by Ci robić amatorską psychoanalizę, naprawdę uważam, że umysłowo i fizycznie jesteś w stanie włożyć w siebie dość pracy, aby poprawić swoje perspektywy na przyszłość.
„Swoich uwarunkowań i możliwości nie przeskoczę”. Uwarunkowań nie przeskoczysz, ale możliwości możesz rozwinąć. Dostałeś tutaj dużo dobrych rad, przyjdzie też dobry czas na skorzystanie z nich.
„tego co się nagromadziło we mnie przez całe dzieciństwo i dorosłe życie nie usunę w przeciągu tygodnia” – też tak uważam, praca nad sobą zajmuje znacznie więcej czasu. Daj sobie ten czas. I zainwestuj odpowiednią ilość energii, nie trwoniąc jej bezsensownie.
„Ja przejrzałem na oczy i wiem, że jestem skazany na bycie nikim przez resztę życia” – to przejrzyj na oczy jeszcze raz. I kolejny raz, aż do skutku. Bo nie jesteś na to skazany, tylko sam się skazujesz takim radykalnym myśleniem.
2/6 Jak już ktoś słusznie zauważył, mowa ciała to bardzo ważne sygnały, które w kontaktach z innymi odbieramy wręcz odruchowo, dostosowując swoją reakcję nawet bez świadomej analizy. Po Tobie z pewnością widać brak akceptacji samego siebie, niepewność, obawę przed porażką i odrzuceniem. Przekazujesz otoczeniu swoją wizję siebie, więc otoczenie odpowiednio do tego Cię traktuje. Czy to przez brak awansu w dotychczasowej pracy, bo nikt nie widzi w Tobie „cech na operatora” (decyzyjności, pewności siebie?), czy przez traktowanie z góry na rozmowach kwalifikacyjnych, bo sam stawiasz siebie w niższej pozycji. Czy to na siłowni, na której nieświadomie przyjmowałeś wygląd i postawę ofiary, bo tak Cię ukształtowały lata prześladowań, a potencjalna ofiara przyciąga drapieżniki. Czy to w próbach nawiązania kontaktów romantycznych, bo wieje od Ciebie taką niepewnością siebie i desperacją, że na obecnym etapie rozwoju stanowisz bardzo łatwy cel dla naciągaczek i narażasz się na odrzucenie przez kobiety, które rzeczywiście szukają partnera. Właściwie przychodzi mi do głowy tylko jeden typ ewentualnej partnerki, z syndromem przygarniania „ptaków ze złamanym skrzydłem”, ale nie znam się na mechanizmach i dynamice takich związków, nie mam pojęcia, czy to by wypaliło. W przypadku kobiety szukającej związku partnerskiego – słabo widzę Twoje szanse W TYM MOMENCIE. Bo bez akceptacji samego siebie trudno o prawdziwą akceptację drugiej osoby. Skoro sam dla siebie nie jesteś wsparciem, to nie byłbyś w stanie udzielić prawdziwego wsparcia drugiej osobie. W TYM MOMENCIE. Na tym etapie rozwoju. Bo nad tymi elementami można popracować, ale PRZED próbą wejścia w jakikolwiek związek, dla własnego dobra – aby uniknąć bolesnego rozczarowania, zanim się człowiek wzmocni psychicznie.
@Drem
Szacun za objętość O_O
@Cystof
Dziękuję. A to wersja skrócona...
Taką mam przypadłość, że umiem precyzyjnie w punktach albo powieść w odcinkach, formy pośrednie mi nie wychodzą.
Dzięki za opisanie tego wszystkiego, co może i krąży po naszych tutejszych głowach, ale nikomu nie udało się tego wypunktować tak precyzyjnie, jak Tobie.
@Frog
Dziękuję. Akurat obserwowanie i analizowanie ludzkich emocji (własnych i cudzych), a następnie syntetyzowanie wyników analizy i działanie zgodnie z nimi okazało się moją najważniejszą życiową umiejętnością. Praktykuję od wczesnego dzieciństwa i znam się na tym lepiej niż na swojej pracy, której jestem pasjonatem.
W tym wątku (i nie tylko w tym) jest całe mnóstwo cennych komentarzy, z których każdy pokazuje problem z nieco innej perspektywy, inną reakcję otoczenia, inne emocje bezpośrednio zainteresowanego i obserwatorów. Niemal każdy komentarz ma wartość poznawczą. A czy Autor z nich skorzysta? Przypuszczam (na podstawie jego późniejszych wypowiedzi), że może znajdować się na etapie, na którym usprawiedliwianie swojej sytuacji przed samym sobą i światem zewnętrznym oraz trwanie w niej kosztuje go mniej energii niż skuteczne wyjście ze skostniałych schematów w głowie. Co i rusz próbuje budować na piasku, więc nic dziwnego, że dotychczas wszystko idzie jak krew w piach. W każdym razie trzymam kciuki za niego i za każdą osobę, która szuka wyjścia z własnej klatki.
Jeżeli oczekujesz słów otuchy to wyżal się na innej stronie. Jesteś facetem, więc spotka Cię tutaj głównie krytyka. Wiem co piszę, przechodziłem i w zasadzie po części dalej przechodzę trudny okres w życiu i spotkalem sie tutaj nie z kompletnym brakiem zrozumienia problemu i zarzutach, że to wszystko moja wina, że jest jak jest.
Wątpię żebyś miał gorzej niż ja.
Wychowałem się w biednej rodzinie, bywały sytuacje kiedy nie było co jeść. Byłem prześladowany w szkole tak bardzo, że w pewnym momencie zacząłem się jąkać. Jąkanie towarzyszyło mi bardzo długo. Mieszkałem na wypizdowie w rozpadającym się domu i sluchalem jak rodzice kłócą się o brak pieniędzy. Mialem jednego kolegę który odnosił się do mnie z wątpliwym szacunkiem. Moja pierwsza dziewczyna w ktorej byłem bezgranicznie zakochany rzuciła mnie po dwóch latach kiedy nie udał mi się biznes i popadlem w dlugi. Cale dzieciństwo az do mniej więcej 22 roku życia czułem się gorszy od innych. Dopiero w wieku 22 lat zdałem sobie sprawę, że wcale nie jestem gorszy. Około trzydziestki stanowilem najlepsza wersję siebie, siłka, sporty walki, dieta i suple zrobiły z mojego ciała greckiego Boga. Dobrze zarabiałem, kupiłem mieszkanie. Moja pewność siebie była ogromna. Zacząłem ostro randkować, mniewać mnóstwo niezobowiązujących przygód. Pozniej kupiłem dom i poznałem moja żonę. Spełnienie marzeń, prawda? Za pięknie było. Najpierw nawalił mi kręgosłup i jedyne co mogę to chodzić. Nawet nie mogę biegać. Dom musiałem sprzedać, bo nie było mnie stać na jego utrzymanie i kredyt, a żona mnie nienawidzi i jawnie mną gardzi, a nie mogę jej zostawic, bo mamy dziecko. Wyszła za mnie za mąż jedynie dla korzysci materialnych. Do tego zaczalem mieć inne problemy ze zdrowiem, spowodowanymi duzym stresem 24/h i brakiem snu. Marzę o samotności i spokoju. Myślisz, że masz gorzej?
Też bylem prześladowany w szkole. Kopali mnie, kopali mi plecak, niszczyli rzeczy. Balem się chodzić do szkoły i uciekałem z lekcji. Robili wokół mnie kółko, śmiali sie i bili. Zawsze chodziłem sam na przerwach, nigdy nikt mnie nie chciał w pracach grupowych. Na w-fie zawsze byłem wybierany ostatni do drużyny. Cały czas robili mi ,kawały" których sobie nie życzyłem, typu ściąganie spodni przy połowie szkoly, oddawanie moczu na gąbkę do tablicy kiedy byłem dyżurnym, zabieranie okularów, albo oddawanie stolca do mojego plecaka. Jaką radę otrzymywałem od nauczycieli? Żebym nie zwracał na to uwagi, to się znudzą i sobie darują. Nie darowali. Nabawiłem się jakiegos PTSD i czuję nieopisany lęk i zaczynają drżeć mi ręce kiedy muszę wejść w jakąkolwiek, choćby wzrokową interakcje z którymś z prześladowców. Nikt mnie nigdy nigdzie nie zapraszał, inni imprezowali, ja siedziałem w domu, bo nawet jakby mnie zaprosili to bałbym się iść żeby nie zostać tam poniżonym, ani pobitym. Po szkole staralem się wychodzic do ludzi i znaleźć sobie dziewczyne której szukam do dziś, a mam 26 lat. Zostalem kilka razy finansowo wykorzystany, nie wiem ile nawet razy zlany, wyśmiany, obrażony, a nawet straszony policją. Zarabiam prawie najniższą krajową i nie mam perspektyw, ani zdolności do wyższych zarobków, w pracy przez to jak wygladam, drwią ze mnie i choćbym nie wiem jak się starał i jak znał swoje stanowisko pracy nie awansuje, bo nikt nie widzi we mnie cech na operatora, ale jedynie kolesia z którego można się pośmiać i tak od 7 lat jestem pomocnikiem na lini produkcyjnej. Nie mogę znaleźć pracy za większe pieniądze, mieszkam z rodzicami w pokoju 3x4 metry, dokladam się im do życia, tankuje samochód, płacę kilka rat i zostaje mi tyle żeby nie umrzeć z głodu, a jeżeli cokolwiek uda mi się odłożyć, to akurat zepsuje się samochód, albo zaboli ząb. Nie jeżdżę na wakacje, bo nie mam z czego i nie mam z kim. Mój pierwszy raz był z prostytutką. Ty przynajmniej trochę pożyleś i masz pieniądze.
JestemIbedeNikim i jak było z tą prostytutką? Bo ja zamierzam wspólnie z ziomkiem pójść do burdelu jak skończę 18 lat i wielu użytkowników na tej stronie mi tego odradza bo twierdzą, że skorzystanie z usług prostytutki mi zaszkodzi.TrzyPingwiny cały czas pisze, że niby prostytutka będzie mieć traumę i że mam się z kolegą ruchać, ale komentarze tego trolla są ciula warte.
Zawiodłem się na prostytutce. Oczekiwałem łał, czegoś super i wyjątkowego, bo to interakcja z żywą kobietą i zapłaciłem dodatkowo za przytulanie. Wszystko było z jej strony tak jakby od niechcenia. Widziała że jestem speszony i za bardzo nie wiem co robić, to mnie pokierowała. Szybko doszedłem i nie było to nic wyjątkowego. Później zaczęła mnie drapać, przytulać i to było o wiele bardziej przyjemne. Po wszystkim ogarnął mnie straszny smutek. Smutek, że musiałem zapłacić prostytutce 400 zł, za dotyk kobiecego ciała i nie stać mnie na poznanie i pieszczoty z normalna kobietą. Ogarnął mnie smutek, że ten orgazm z kobietą nie był jakiś magiczny, a później naszła mnie mysl, że mógłby być magiczny gdyby to była moja kobieta, gdyby to nie było tak mechaniczne, tylko płynęło z uczucia. Nie pójdę nigdy więcej na prostytutki.
JestemIbedeNikim szkoda, że wizyta w burdelu nie może się sprawdzić jako lekarstwo na frustrację. Mój ziomek, który ze mną pójdzie ma prawie 2 metry, ale i tak jeszcze nie zaruchał. Tylko on pójdzie do burdelu tak po prostu, a nie tak, że potrzebuje leku na swoją frustrację jak ja. On też nie ma kontaktu z dziewczynami, z jedną miał kontakt, przelizał się z nią po pijaku i już nie ma z nią kontaktu bo się obraziła na niego. Ale i tak mu zazdroszczę bo ten prawie nigdy nie czuje się beznadziejnie, a jak już się czuje beznadziejnie to wypije jabola i już mu przechodzi.
Tez się kolegowałem z ziomkiem który miał prawie 2 metry, tylko mój koleś był Chadem i ruchał na potęgę, a ja na jego tle wyglądałem jakbym był jego paziem do czyszczenia butów i w pewnym momencie zrozumiałem że muszę urwać kontakt, bo wpadam przez to w jeszcze gorszą depresję.
JestemIbedeNikim jeden z moich kolegów spoza szkoły też rucha na potęgę, na obozie w Bułgarii gdzie mogli cały czas chodzić do klubów właśnie zachędożył 4 razy. Znamy się od najmłodszych lat i pod namiotami w wakacje mi opowiadał o tym. Później się kłócił z dziewczyną przez telefon i jak się rozłączył to zaczyna swój wywód:
"Ona chyba nie rozumie, że ja nie jestem kimś tam skoro pisze, że jest z kimś tam. Ja jestem takim posuwaczem, że wyruchałem 3 Bułgarki i jedną Polkę na tym obozie. Mógłbym mieć znacznie lepszą dupę od niej, a ona tego nie docenia".
Następnego dnia jakoś mu powiedziałem o swoich planach związanych z burdelem i mi powiedział:
"Dziwki mają zbyt luźne cipy, tylu chłopów każdą ruchało. Może pójdź kiedyś do klubu i ci się uda zaruchać tak jak mi wiele razy się udało. Po pijaku wszystkie są łatwiejsze."
Faktycznie, życie jest piękne wnioskując po jego wypowiedziach, ale jego, a nie moje.
Ludzie często myślą, że to powiedzenie ludziom, jak mają czuć i myśleć, oraz dodanie do tego osądu tych ludzi, jest ważniejsze niż wyrazy otuchy, i prędzej pomogą człowiekowi w kryzysie stanąć na nogi.
Co tu dużo mówić, życie bywa cholernie okrutne. Może już nie ma tak dużego prawdopodobieństwa, jak kiedyś, że doświadczy się fizycznych tortur lub śmierci głodowej, ale nadal jesteśmy w tym samym świecie i życie boli. Są momenty, w których nie dajemy rady.
Nie powiem, że wszystko będzie dobrze. Ale mamy szanse doświadczyć jeszcze wielu momentów małych i większych radości. Znaleźć odpowiednie osoby, które pomogą nam amatorsko i fachowo. Znaleźć siebie i pomóc sobie.
Sama już kolejny rok próbuję się wyczołgać z dołu, problemy ze zdrowiem mocno mi to utrudniają. Ale w czasie tej walki jest wiele momentów wartych tego, żeby pożyć jeszcze kolejne miesiące, a może także lata i dekady, kto wie. Powodzenia!
Co to za inceliada? xD