#ky2XQ

Od pewnego czasu mam problemy ze skórą. Lekarze nie mają pomysłów: dostaję w kółko sterydy albo antybiotyki albo jedno z drugim ew. super drogie mydła i balsamy, a i tak nic nie działa. Zaczęłam więc uczyć się czytania składów. Nie jestem w tym mistrzem, co chwila dopisuję nowe substancje do mojej listy, co za co odpowiada, ale na podstawie tego, co już wiem, odstawiłam masę badziewia z mojego życia. Nawet w produktach dla dzieci znajdują się rzeczy, które całkowicie powinny wypaść z obiegu kosmetycznego. Są oczywiście normy, że dany składnik nie szkodzi w jakiejś dawce, ale skąd mam wiedzieć, że jak ten składnik jest w kremie i żelu pod prysznic, to już go nie przekraczam, albo skoro dane składniki ze sobą reagują, to używając nieświadomie kilku produktów, robię sobie krzywdę. Jestem wściekła, bo nie każdy musi wiedzieć wszystko, a w obecnym świecie nastawionym tylko na kasę, albo znasz się na wszystkim, albo się truj. 

Najlepsze jest to, że są kosmetyki z ładnym albo przynajmniej niezłym składem bardzo często produkowane u nas w kraju, nasze rodzime marki, o których bym w życiu nie usłyszała, gdyby nie moje problemy – i na to też jestem wściekła, bo zagraniczny (i polski pewnie też) syf można kupić na każdym kroku. 

Kończąc historię, ograniczenie chemii daje lepsze rezultaty niż super drogie (i syfiaste) emolienty od lekarzy. Sterydów i antybiotyków też już nie stosuję.
SamoZycie Odpowiedz

Ktoś tu zachwalał szare mydło potasowe.

Dodaj anonimowe wyznanie