Parę tygodni temu koleżanka z pracy poleciła mi gabinet kosmetyczny. Kilkakrotnie gdy koło niego przechodziłam chciałam wejść, ale zawsze było zamknięte. Co to za firma, która prawie cały czas jest zamknięta w godzinach pracy? Dzisiaj odkryłam dlaczego – „Pchaj”, a nie „Ciągnij”.
Jestem facetem w wieku 30 lat, który nie potrafi się już cieszyć z życia. Mam dobrze płatną pracę, paru przyjaciół i od dwóch lat żonę. Od jakiegoś roku wszystko mnie przytłacza – problemy w pracy, brak czasu dla znajomych, a przede wszystkim brak czasu dla samego siebie, na odpoczynek. Zawsze radziłem sobie ze wszystkimi problemami, byłem uśmiechnięty i radosny, jednak teraz coś się zmieniło. Staram się coś z tym zrobić, umawiałem się na wizyty do psychologa, jednak na ostatni moment rezygnowałem stwierdzając, że poradzę sobie z tą sytuacją. Przyjaciół nie chcę obciążać swoimi problemami, mają własne.
Gdy sytuacja się nie polepszała, postanowiłem poszukać źródła problemu i doszedłem do wniosku, że problem nasilany jest przez moją żonę. Jest to choleryczka, która musi mieć wszystko zrobione „teraz, natychmiast”. Nie potrafi odpoczywać i denerwuje ją, gdy ktoś inny odpoczywa. Wszystko musi być zrobione tak jak ona chce, nie uznaje sytuacji, w której ktoś robi inaczej. A ja nie umiem jej się postawić. Ciągle pretensje i krytyka doprowadzają mnie szewskiej pasji. Cokolwiek bym nie zrobił, to jest źle. Chyba czas zmienić żonę...
Mój przyjaciel pracuje w pizzerii naprzeciwko mojego domu i zawsze w największą ulewę lub śnieżycę zamawiam pizzę z dostawą do domu i tylko patrzę przez okno, jak cały mokry idzie wkurzony :D
Wyszedłem z naszego domu, kończąc wieloletni związek, po kolejnej gigantycznej awanturze wywołanej przez kobietę, którą kocham. W zasadzie to nie rozumiem z jakiego powodu. Rozmawialiśmy o niczym, w pewnej chwili zauważyłem, że jej wyraz twarzy się zmienił, zamilkła... Tak jak by coś sobie przypomniała albo o czymś pomyślała. Próbowałem zapytać, co się stało, czy wszystko w porządku... I w pewnej chwili się zaczęło. Złość, krzyk, obelgi, ogrom wulgaryzmów, wytykanie różnych życiowych sytuacji.
Takie awantury powtarzały się od lat, co kilka tygodni. Potem było kilka cichych dni, później kilka dni przepraszałem, aż wracało wszystko do normy. Do kolejnego razu. Powody ciągle te same, a czasem gorsza aura za oknem też była powodem.
Po kilku miesiącach samotności i spokoju, bo już nikt nie robi awantur, dalej za nią tęsknię... Chyba muszę się leczyć.
Pracuję w pizzerii. Obok jest cukiernia, pracuje tam fajna laska. Od jakiegoś czasu wymieniałem się z nią pizzą na ciastka. Nie żebym lubił ciastka, a dlatego, że ona mi się podoba. Po jakimś czasie zebrałem się na odwagę i poprosiłem ją o numer telefonu i przez ostatni tydzień smsowaliśmy. Ewidentnie ze mną flirtowała, czułem że coś z tego będzie.
Wczoraj wieczorem zadzwoniła i spytała, czy może mógłbym jej przywieźć pizzę do domu i napisała gdzie mieszka. Serce zabiło mi mocniej. Nie było mi po drodze, ale nie mogłem zmarnować takiej okazji do zacieśnienia naszej znajomości, a może nawet czegoś więcej. Jak skończyłem pracę poprosiłem jednego z kierowców, który miał dostawę w tym rejonie, żeby mnie podwiózł.
Zapukałem, ona otworzyła, wzięła pizzę i powiedziała “Dzięki”, a ja stałem czekając aż mnie zaprosi do środka. Chwilę pogadaliśmy i zorientowałem się, że nic takiego nie planowała. Spytała “Jak tu przyjechałeś?”. Powiedziałem, że podwiózł mnie jeden z kierowców. Spytała “Oj, czy już pojechał?” - “Tak…”. Chwila niezręcznej ciszy. “Ups, a możesz po niego zadzwonić?”. Cóż robić, zadzwoniłem. On akurat wracał, więc się zabrałem z nim. Tyle z rozrywkowego wieczoru.
Odkąd pamiętam, zawsze chciałem zamieszkać sam, lecz od wszystkich domowników zawsze słyszałem, że sobie nie poradzę i wrócę do domu z podkulonym ogonem. Jednak ja zawsze uparcie trwałem przy swoim i jak tylko przyszła okazja i mogłem się wyprowadzić, to to zrobiłem. Wyprowadziłem się jakieś 100 km od domu rodzinnego, wynajmuję kawalerkę, znalazłem pracę, poznałem wielu ciekawych ludzi i jakoś sobie żyję powoli.
Pomyślcie pewnie, że to szczęśliwe wyznanie na przekór rodzinie, jednak tak nie jest. Odkąd się wyprowadziłem, wpakowałem się w okropne długi, kredyt i ledwo wiążę koniec z końcem. Nikt z rodziny o tym nie wie i nikt się nie dowie, bo nie zniósłbym tego, że to, co wbijali mi do głowy całe życie okazało się prawdą...
Mamy po 30+ lat i mieszkamy z partnerem za granicą. Niedawno się przeprowadziliśmy i poznajemy sąsiadów. Dwie ulice dalej mieszka również polska para w podobnym wieku, więc nawet byłoby miło, ale... okazało się, że ci ludzie mają problemy, łącznie z zaburzeniami psychicznymi, gdzie jak sąsiadka bierze leki, to jest OK, a jak nie, to nie. Chyba zaczęło się od podejrzeń o to, że zarywam do jej faceta, bo „zapraszam go do siebie i piję z nim wódkę” i innych podejrzeń – tylko dlatego, że nie wzięła leków. Dokładniej było tak, że zapytałam, czy sąsiad pomoże mojemu facetowi naprawić auto, a mój go poczęstował domową nalewką, gdzie ja w tym czasie bawiłam się z dzieckiem.
Jednego dnia zaprosili nas na grilla, przyszliśmy i nie było ani grilla, ani nic, bo jeszcze tego samego wieczoru kiedy nas zapraszali tak się pokłócili, że nie chcieli siebie widzieć następnego dnia.
Ostatnią nieudaną interakcją było poproszenie o pomoc, gdzie najpierw pomogli nam „bez problemu”, a potem usłyszeliśmy, że bez przerwy ich wykorzystujemy.
Ograniczyliśmy kontakt do minimum, pomimo ich przeprosin i tłumaczenia, że to przez to, że sąsiadka znowu zapomniała leków oraz zapewnień, że już jest OK. Nie mam ochoty stresować się tym, czy ktoś ma akurat dobry czy zły dzień, czy bierze regularnie leki czy nie...
Mój mąż po kilkunastu latach pracy jako kierowca międzynarodowy odszedł z zawodu i znalazł pracę na miejscu.
Te lata nieobecności męża w domu zmieniły tak wiele, że ani ja, ani dzieci nie jesteśmy w stanie z nim wytrzymać. Uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę ani ja, ani dzieci nie znamy tego człowieka. Jest nam obcy.
Wszystko mnie w nim denerwuje, nawet jego obecność i prawie cały czas się kłócimy. Zaczynam się zastanawiać nad sensem tego małżeństwa. Nasz standard życia też mocno ucierpiał, bo zarabia 1/3 tego co wcześniej. Tyle, chciałam to z siebie wyrzucić.
Chłop już koło trzydziestki, a boi się poznać dziewczynę, bo ma duży stres na randkach. Ile razy z jakąś się spotykałem, to cały się trząsłem. Jednak nie jakoś lekko, a bardzo. Na randkach nogi jak z waty, aż nie mogłem stać, tak nimi telepało, musiałem siedzieć. To samo ręce, nic nie mogłem w nich utrzymać. W głowie raptownie jeden wielki mętlik i pustka. Głos łamiący się i ledwo wydobywający się. Drżenie, częste korzystanie z toalety, ból brzucha, duszności. No i weź tu dobrze wypadnij na randce.
W młodości grałem na basie w niewielkim zespole. Pewnego dnia w końcu pozwolono nam zagrać na niewielkim festiwalu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, podjarani i ogólnie przejęci. Gdy już nastał ten ważny dzień, w pewnym momencie kompletnie zapomniałem, co miałem grać. Cały utwór grałem tylko jeden dźwięk. Nikt nie zauważył. Bezcenne.
Dodaj anonimowe wyznanie