Nie potrafię zapamiętywać imion.
Czasem spotykam kogoś, wiem, że znam go, mówię mu „siema”, „co słychać” itd., gadka szmatka. Ale za cholerę nie wiem, jak nazywa się ta druga osoba, a głupio mi się do tego przyznać.
Moja mama poszła do małego supermarketu w celu zakupienia mięsa. Stanęła w kolejce, wszystko fajnie. Nagle przed nią widzi człowieka, który po angielsku próbuje dogadać się z ekspedientką. Ta nic nie rozumie, pokazuje mu wszystko, co ma za ladą. Pan zmieszany, nie wie co powiedzieć. Nagle pada słowo KAŁ. Ekspedientka patrzy na niego dziwne, bo przecież wiadomo, co to słowo po polsku znaczy, ale nie MOJA MAMA! Moja mama, ze słomianym zapałem do nauki angielskiego, zrozumiała, że KAŁ to nic innego jak KROWA i pyta pana:
M: MUU?
P: MUU!
I tak oto moja mama pomogła panu kupić mięso :)
Miałam w pracy szkolenie online, na teamsach, które dodatkowo było nagrywane w celu zamieszczenia go na platformie szkoleniowej dla całej firmy. Około 20 uczestników, w tym wysocy managerowie, project managerowie itp. Po tym, jak się przywitaliśmy, większość z nas, w tym ja, wyłączyliśmy kamerki. Tego dnia miałam ciąg spotkań i zero czasu na pójście do toalety, więc uznałam to za idealny moment. Jednak, żeby nie tracić szkolenia, wzięłam laptop ze sobą. Usiadłam na klopie i laptop odłożyłam na podłogę, tak, żeby widzieć ekran. Po paru sekundach zalała mnie fala wiadomości „widać cię” i wtedy zorientowałam się, że kamera jest cały czas włączona i centralnie nakierowana na moje dolne partie i na kibel, na którym siedzę...
Chyba czas szukać nowej pracy, bo nie wiem jak ja spojrzę ludziom w poniedziałek w oczy...
Jestem z mężem od 8 lat, 3 lata po ślubie, nie mamy dzieci i chyba raczej ich nie będziemy mieć. Dla niektórych moja sytuacja będzie śmieszna, może żałosna i niezrozumiała. Dla mnie jest ciężka, bardzo przykra, nawet nie wiem jak to wszystko opisać, jestem rozbita. Streszczając sytuację: nasze współżycie nie jest jakieś szaleńcze, mąż ma niższe libido niż ja i niewiele mu było potrzeba. Było mi z tym źle, ale uszanowałam, nie zmuszałam, nie napieram. Proponowałam nieraz, że jakby coś chciał inaczej, to jestem otwarta. Żadne nowe propozycje z jego strony nie wyszły. Cały czas bez zmian.
Odkryłam ostatnio, że ogląda różne strony ze zdjęciami, filmami oraz anonsami.
Jeszcze bym zrozumiała, jakby to było kiedyś, jak widywaliśmy się tylko weekendy (chociaż też nie do końca, bo mu raz w tygodniu wystarczy, to akurat co weekend). Też bym mogła po części zrozumieć, jakbym nie chciała tego czy tamtego, ale propozycji nie było z jego strony.
Teraz jak ma pod ręką otwartą na różne rzeczy kobietę, woli oglądać w necie.
Jest mi z tym naprawdę bardzo ciężko, dla mnie to prawie jak zdrada.
Mam problem zawodowy. Pracuję w zawodzie powszechnie uznawanym za dość prestiżowy – bardzo trudno się do niego dostać (kilkadziesiąt aplikacji na jedno miejsce), zarobki są dość znaczne (osoba z jednym rokiem doświadczenia zarabia ok. dwie średnie krajowe, ja mając ok. 6 lat doświadczenia zarabiam 5-8 średnich, w zależności od bonusu). Lubię moją pracę w sensie intelektualnym – naprawdę ciekawe zagadnienia. Natomiast nienawidzę w niej wszystkiego innego. Pracuję 70-100 godzin w tygodniu, do biura przychodzę o 9:30, a wychodzę między 23:00 a 1:00 nad ranem. Często również pracuję w weekendy. Wakacje? Cały czas na laptopie albo iPadzie, bo pracowe tematy nigdy się nie kończą. Ludzie, z którymi pracuję to albo karykaturalne dupki, które przeczołgają się po szkle dla pieniędzy, albo autentyczni pracoholicy-pasjonaci. I jedni, i drudzy nie mają życia poza pracą. O głównym dyrektorze krąży legenda, że wybiegł kiedyś z samolotu, w którym zostawił żonę i dzieci (by sami lecieli na wakacje), a sam wrócił do biura z walizką, bo dostał ważny telefon.
Trafiłem do tego zespołu jakieś 1,5 roku temu, po kilku latach w innej roli (z normalniejszymi godzinami pracy) w tym samym sektorze. Od tego czasu moją narzeczoną i nasze mieszkanie widuję w weekendy. Jestem permanentnie zestresowany, wkurzony i drażliwy, a przy tym zacząłem tyć ze stresu. Moja narzeczona jest bardzo dzielna, ale jak długo można wytrzymać kogoś, kto jest kłębkiem nerwów, z kim trudno zaplanować obiad na szczególną okazję, nie mówiąc już o zwykłym, normalnym wieczorze na kanapie w środku tygodnia?
Bardzo chcę odejść, ale muszę się upewnić, że w następnym miejscu będę miał odpowiednie perspektywy rozwojowo-finansowe. Boję się jak cholera, że nim uda mi się znaleźć odpowiednią ścieżkę ucieczki, stanie się coś trudnego do odwrócenia w mojej psychice lub związku.
To moje najgorsze urodziny.
Dostałem dzisiaj pudełko kapsułek z czekoladą, której nie piję, i czekoladki z alkoholem, których nie zjem, bo nie spożywam alkoholu w jakiejkolwiek postaci. Dostałem pieniądze, mimo że nie są mi one potrzebne, bo zarabiam bardzo dużo. Dostałem słuchawki, których nie mam zbytnio kiedy użyć. Teściowie się kłócili podczas kawy z tortem, a żona od jakiegoś czasu karze mnie ciszą, jeśli pójdzie coś nie po jej myśli...
Marzyłem, aby dzisiaj usłyszeć „Kocham cię, potrzebuję cię, cieszę się, że jesteś...”.
Nie usłyszałem.
Za każdym razem, gdy zaczynam się zadowalać, dopadają mnie bardzo natrętne myśli. Otóż przypominam sobie swoich pradziadków i zastanawiam się, co jeśli mnie teraz obserwują z nieba. Myśl ta wprawdzie po jakimś czasie znika, ale pierwsza początkowa minuta zawsze jest dla mnie niesamowicie niezręczną i wstydliwą próbą zastąpienia obrazu moich pradziadków na jakieś sprośne rzeczy. Szczytem nieczystości i zażenowania jest dla mnie, gdy obie te myśli się ze sobą zlewają – wtedy to dziadziusiowe twarze migają mi między golizną. Za każdym, kurde, razem.
Nie wiem skąd mi się to wzięło. Ja przecież nawet wierząca nie jestem...
Jakiś czas temu zadzwonił do mnie – jak mogło wydawać się po głosie – chłopiec w wieku ok. 10-11 lat. Numeru nie znałam, nie miałam go w kontaktach, ale co tam. Odbieram i słyszę:
– Halo, mama! Mogę iść do Kuby?
No ja bym nie skorzystała z okazji? ;)
– OK, ale najpierw obierz ziemniaki – odpowiedziałam.
Dzieciak się rozłączył.
Po jakimś czasie dostałam SMS o treści: „Obrałem ziemniaki. Wrócę około 19”.
Odpisałam: „OK. Baw się dobrze” i żyłam w przekonaniu, że ta prawdziwa mama będzie wielce zadowolona, że ma takie uczynne dziecko :D
Ciągle się kompromituję.
W stresie nie myślę racjonalnie i zawsze gadam jakieś głupoty, których normalnie w życiu bym nie powiedziała, przez co robię z siebie debila. Gdy taka stresowa sytuacja dobiegnie końca, to dopiero zdaję sobie sprawę, co zrobiłam...
Koniec lat 90., dostaję swój pierwszy komputer. Pamiętam, że byłem jeszcze w szkole podstawowej. Czasy, gdzie gry były dostępne jedynie na giełdach albo w gazetkach w kiosku. Windows 98 dawał do zabawy tylko sapera, pasjansa i Painta... i o nim mam historię.
Moi rodzice wiedzieli o komputerach jeszcze mniej niż ja, ale oczywiście wymądrzali się, jakby studiowali informatykę w latach 70. No i pewnego razu jak sobie coś rysowałem, zauważył to ojciec i powiedział, żebym nie używał tak dużo kolorów, bo się skończą, a on mi potem nie będzie woził komputera do naprawy, żeby je napełnić :D
No i przez jakiś czas żyłem w niewiedzy z czarno-białymi grafikami...
PS Nie zawsze słuchajcie rodziców, szczególnie jak się na czymś nie znają ;)
Dodaj anonimowe wyznanie