Jestem od ponad roku w szczęśliwym związku z moim partnerem. Różnica wiekowa jest znikoma. Kocham go i zrobiłabym dla niego wszystko. Jest cudowny, wspaniały, troskliwy... jednak zbyt mało pewny siebie. Strasznie mnie do denerwuje. Nie chcę, by był cwaniaczkiem, który myśli, że wszystko mu wolno, jednak najczęstsza jego odpowiedź na moje pytania brzmi: „Nie wiem”. Co chce na obiad? Gdzie na randkę? Co by chciał robić wieczorem, gdy będziemy we dwoje? On nie wie. Albo ja mam wybierać. Jest wrażliwy, za co również go kocham, ale mam wrażenie, że jest wrażliwszy nawet bardziej ode mnie. Nie chcę go urazić, mówiąc mu, aby był bardziej „męski”. Czuję się przy nim bezpiecznie, ma poczucie humoru, jest przystojny. Ale czasami mam go dość przez to jego miękkie zachowanie. Pomimo moich częstych wyznań miłości do niego, on ciągle się boi, że go zostawię, zdradzę, odejdę do innego.
Gdy mówię mu, jak się czuję z jego niezdecydowaniem, on odpowiada: „No wieeem... ale nie wiem jak to zmienić, nie umiem decydować”. Chciałabym, żeby trochę się zmienił, popracował nad sobą, ale nie mogę tego powiedzieć wprost, żeby go nie urazić.
Cierpię przez fakt, że mam mamę alkoholiczkę. Ona nie rozumie, że to mnie wykańcza, a dopiero co będę miała 18 lat. Nikogo nie zapraszam do domu, bo wstyd mi przed znajomymi, sąsiadami, rodziną. Przez to, że zawsze jest pod wpływem, ludzie krzywo na nas patrzą. Czuję zażenowanie za każdym razem, gdy gdzieś wychodzimy i spotykamy kogoś znajomego, nie wiem gdzie podziać oczy. Chciałabym, żeby przestała pić i znów była troskliwą i dbającą o siebie mamą.
Ukrywam przed wszystkimi znajomymi, że byłem dwa razy w psychiatryku. Bardzo się boję, że trafię tam jeszcze raz.
Sytuacja niedawna: stoję przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. Przejście takie miniosiedlowe i ruch raczej okazjonalny, ale skoro światło jest czerwone, to grzecznie czekam. Tymczasem z naprzeciwka jedzie koleś na wózku inwalidzkim, rozgląda się i hyc – przejechał przez pierwszy pas jezdni, na wysepce ponawia obserwację i pokonuje kolejny pas ruchu, dobijając do mojego chodnika. Patrzę więc na niego z oburzeniem pomieszanym z troską i mówię: „No co pan robi, kaleką chce pan zostać?!”.
Na szczęście zrobiło się zielone i mogłam uciec, gdzie pieprz rośnie.
Ostatnio śniła mi się moja zmarła ciocia, która prosiła, żeby zapalić jej znicz na grobie. Na drugi dzień postanowiłam pójść na cmentarz i po drodze znalazłam 100 zł...
Dzięki, ciocia :)
Mam pewną przypadłość, która wydaje mi się że jest dość niespotykana, choć pewnie do pozazdroszczenia przez wielu rodaków. Mianowicie po tym, gdy wleję w siebie więcej niż kilka dobrych piw lub butelkę mocniejszego trunku, wracam do domu i idę do łóżka, wydawałoby się, zmęczony po ciężkim wieczorze. Normalnie, co nie? No nie do końca, gdyż po kilku (3-4) godzinach budzę się jak nowo narodzony, super wyspany i gotowy do działania na cały dzień.
Jako studentowi, ta przypadłość ratuje mi życie i w moim wypadku mogę szczerze powiedzieć znaną frazę – piwo to moje paliwo :D
Jako świeżo upieczona licealistka na wymarzonym profilu miałam poważny problem. Nie miałam chłopaka. I bardzo mnie to smuciło. Tak więc pewnego popołudnia postanowiłam podbić rekord dziewczęco-naiwnej głupoty.
Wracałam ze szkoły, gdy nagle moim oczom ukazał się cud chłopak. Idealny! Wysoki, przystojny, typ sportowca i na oko student. Strasznie chciałam zwrócić na siebie jego uwagę, więc uknułam plan. Wysiadłam na tym samym przystanku co on (warto dodać, że o jakieś 5 przystanków za daleko). Szybko go wyprzedziłam i „przypadkiem” upuściłam klucze pod nogi mego wybranka, po czym zadowolona ze słuchawkami w uszach podreptałam przed siebie.
Minęły już 2 lata, a ja nadal nie znalazłam tych kluczy.
Mam 35 lat i nie mam nikogo. Dosłownie. Nigdy nie byłam w związku, moje – mnie się wydawało – przyjaźnie szybko się rozpadały, bo były na zasadzie „aby tej drugiej osobie było lepiej”, chodziło o korzyści, czy to o materialne, czy żebym pomogła. W drugą stronę to niestety nie działało. Tak, dawałam się wykorzystać na każdym polu w rzekomej przyjaźni. Od zawsze miałam wrażenie, że każdemu moje istnienie przeszkadza, czy to w szkole: uczniom i nauczycielom, czy to obcym ludziom w komunikacji miejskiej, czy nawet mojej własnej rodzinie. W pracy również. Wprost mi kilka razy powiedziano: „Nie ma tu dla ciebie miejsca, nikt cię tu nie chce”. Zarówno w odniesieniu do działu, jak i całej firmy (a osobom w podobnej sytuacji do mojej szukano na siłę miejsca, które się ostatecznie znajdywało). Kazano mi pisać wypowiedzenia, aby na świadectwie pracy była adnotacja, że to ja chciałam. I to nawet nie za porozumieniem stron. Po prostu z woli pracownika. Po czym w ciągu dwóch / trzech tygodni na moje miejsce przychodziła osoba, która dostawała pierwszą umowę na 3-6 miesięcy na czas określony, aby później mieć na nieokreślony. A mnie ciągnęli na umowie na czas określony, aby po trzeciej umowie mi mówić wprost, że mnie nie chcą. W pracy wchodziłam do pomieszczenia, bo coś potrzebowałam – wszystkie rozmowy się urywały. Ze mną nawet nie chciano o pogodzie nigdy rozmawiać.
Wydaje mi się, że jestem miła, uczynna, jak ktoś mnie o coś poprosi, to zrobię. W pracy jak trzeba, to siedzę cicho, robię nadgodziny bez gadania (chociaż nadgodziny były płatne, to ja to omijałam i siedziałam, aby nie musiano mi za to płacić), zgłaszałam się do każdej dodatkowej roboty bez oczekiwań finansowych. W godzinach pracy potrafię przesiedzieć przy biurku bez chodzenia do toalety, jedzenia oraz picia cały dzień. Jestem na każde skinienie.
Poszłam do psychiatry, psychologa. Uznali, że wymyślam problemy i żebym zajęła się prawdziwym życiem. Ale ja naprawdę nie wiem, co robię nie tak, że jestem ignorowana. Chciałabym uzyskać pomoc, ale nikt nawet nie chce mi udzielić podpowiedzi, co robię źle.
Jest mi zwyczajnie przykro i czuję się samotna. Mam wrażenie, że już przeżyłam swoje życie i nic mnie już nie czeka. Coraz częściej myślę o śmierci, o tym, żeby ktoś mi wyrządził jakąś krzywdę, bo wtedy wszystkie te osoby, co mnie znają, odetchną z ulgą, bo zwyczajnie ja im wszystkim przeszkadzam cały czas. Nawet specjalistom, u których byłam.
Moja historia zaczyna się od czegoś, co na pierwszy rzut oka może wydawać się nieistotne, ale jest źródłem mojego największego bólu. Chodzi o niesymetryczną twarz. Nie jest to coś, co mogłabym zmienić czy ukryć. Moja lewa strona twarzy jest bardziej wyraźna, podczas gdy prawa wydaje się być bardziej spłaszczona. To stało się dla mnie barierą nie do przeskoczenia. Wydaje mi się, że przeszkadza mi w znalezieniu partnera, nawet pracy. Ta walka jest tak cholernie trudna i ciężka do zniesienia... Nawet teraz, pisząc ten post, mam łzy w oczach, ponieważ jest mi niezmiernie smutno i ciężko. Czuję, że ludzie patrzą na mnie inaczej, jakby moja twarz definiowała mnie jako osobę. Próbuję zasłaniać twarz włosami, ale czasami to jest niewygodne, więc wkładam opaskę. Wtedy czuję, jak ludzie w sklepie odsuwają się ode mnie. Pewnego razu starsza kobieta zapytała mnie, co mi się stało z twarzą, a potem dodała, że gdyby to była ona, skończyłaby ze sobą. To słowa, które dźwięczą mi w uszach do dziś.
Cierpię z powodu tego, że nikt nie próbuje mnie poznać, tylko ocenia mnie na podstawie mojej twarzy. To jest coś, co sprawia, że moje życie jest trudne i dlatego chciałam to tutaj napisać. Może kiedyś to się zmieni, może kiedyś ludzie przestaną oceniać innych po wyglądzie. A póki co, walczę... każdego dnia.
Jestem lekarzem medycyny estetycznej. Celowo zawyżam swój wiek o 7 lat, by pacjenci myśleli, że to dzięki zabiegom tak młodo wyglądam.
Dodaj anonimowe wyznanie