Gdy moja babcia miała 14 lat, mieszkała akurat w Warszawie. Był rok 1944. Wybuchło Powstanie Warszawskie. W czasie wojny moja babcia nie tylko chodziła do szkoły, ale też pracowała w fabryce cukierków i zarabiała przy tym lepiej niż swoja nauczycielka. :) Był to kolejny dzień, kiedy wracała z pracy z koleżanką. Nie zapowiadało się, że będzie inny. Szły spokojnym krokiem, rozmawiając i śmiejąc się. W pewnym momencie koleżanka babci osunęła się na ziemię. Zastrzelił ją niemiecki żołnierz. Babcia niewiele myśląc również padła i bez ruchu leżała z twarzą skierowaną w ziemię.
Powiedziała mi, że ta chwila wtedy trwała dla niej wieczność.
W końcu podszedł do niej wyżej wspomniany gestapowiec. Lekko kopnął babcię i wydał po niemiecku komendę, by wstała. Wstała. Dodał: „Idź do domu. Ale jak pobiegniesz, to też zginiesz”. I babcia poszła. Spokojnym krokiem, takim samym, jakim szła z koleżanką jeszcze parę chwil wcześniej.
Była sobie babka, która hodowała psy. Czy z własnej głupoty, czy też świadomie – były to psy pseudorasowe, z „rodowodem” jakiegoś stowarzyszenia miłośników burków czy innego wymysłu do omijania przepisów. Stowarzyszenie opylało „hodoffcom” chipy (nie wiem po ile) i kasowało za rejestrację + wystawianie „rodowodów” 180 zł (normalny koszt chipowania to jakieś 75 zł za zachipowanie i rejestrację w popularnej bazie danych). Rejestracja chipa odbywała się na jakiejś ichniejszej stronie – czyli o kant tyłka potłuc, bo nawet Google nie widziało tego jako bazy danych, ale kij z tym... Nie ma to jak oszczędność – zapłacić za chip, za chipowanie, wprowadzenie (które swoją drogą często się nawet nie odbywało) chipa do bazy danych, a potem płacenie za ponowne wprowadzenie xd.
Do rzeczy: baba opyliła psa jako rasowego do Niemiec – i tu zaczyna się piękna akcja. Ktoś chciał sobie sprowadzić świeże geny do hodowli, a dostał po prostu burka ze świstkiem o wartości srajtaśmy. A że chodziło o Niemca – poleciał piękny pozew. Rasowy jest tylko i wyłącznie pies, który (w Polsce) ma rodowód wystawiony przez związek kynologiczny albo polską księgę rodowodową – tylko i wyłącznie te dwie organizacje są zatwierdzone przez ogólnoświatową organizację (FCI), czyli mówiąc wprost, babka sprzedała kundla jako rasowego w cenie rasowego. Cały proces był krótki, a efekt przepiękny – babsko straciło kilkanaście tysięcy zł (zwrot wszelkich kosztów związanych z psem + wszelkie koszty dotyczące zakupu faktycznie rasowego psa + odszkodowanie za szkody moralne) i do tego gratis zawiasy za oszustwo.
Piękne xd Oby więcej pseudohodowców się tak przejechało^^
Moja dziewczyna zarabiała najniższą krajową, a ja 4-5 razy więcej (pracując przez internet z domu), więc płaciłem za wszystkie zakupy, rachunki itd. Po naszym rozstaniu dowiedziałem się, że wszyscy są na mnie źli, bo – uwaga – przez moje życiowe nieudacznictwo ona ciągle musiała pożyczać pieniądze od rodziny i znajomych, żeby mnie utrzymywać, a ja w ogóle nie pracowałem, tylko brałem od niej pieniądze i w końcu byłem tak niewdzięczny, że ją zostawiłem.
Wśród naszych wspólnych znajomych jestem skończony, bo przecież wszyscy trzymają stronę „biednej, niewinnej, skrzywdzonej kobiety”. Najlepsze jest to, że sama uwierzyła w to całe kłamstwo tylko dlatego, że nie wychodziłem do „normalnej pracy” jak „normalni ludzie” i nie mieściło jej się to w głowie. Nie mam pojęcia co robiła ze swoimi pieniędzmi, ale ponieważ lubiła życie na niemałym poziomie, to teraz trochę się zdziwi, jak przyjdzie jej zapłacić pierwsze rachunki.
Nie lubię ludzi. Tak ogólnie. Uważam większość za głupawe, wredne i prymitywne stworzenia, niezależnie od płci, wieku czy pochodzenia. W związku z tym praca w jednym z oddziałów dużej firmy nie dawała mi dużych szans na znaczący awans. Gierki personalne brzydzą mnie, nie wazelinuję przełożonych, nie wchodzę z nikim w żadne układy.
Na początku paniki covidowej, po rozśrodkowaniu wszystkich do home office, pojawił się poważny problem. Nasz oddział jako mały, więc mało ważny w strukturach, utracił prawie całą kadrę kierowniczą. Część ze względów zdrowotnych, część została oddelegowana do łatania dziur w innych oddziałach. Jakiś big boss zza oceanu rzucił kostką i tak trafiło na mnie. Zostałem mianowany pełniącym obowiązki szefa oddziału.
Nominację przyjąłem, ponieważ była intratna, a spotkania odbywały się w trybie online. Szybko podzieliłem zespoły na nowo i rozdzieliłem zadania, których postęp był omawiany raz w tygodniu. Na konferencjach bezwzględnie ucinałem głos męczydupom, dopuszczając jedynie merytoryczne wypowiedzi. Dzięki temu były one krótkie i konkretne. Wichrzyciele dostawali naganę. Trzecia nagana oznaczała zwolnienie z pracy. Zarazem nie interesowało mnie kto, gdzie i kiedy pracuje, jeśli tej pracy było widać wymierne efekty.
Zaowocowało to nadspodziewanie szybko. Efektywność wykonywania zadań wzrosła znacząco. Oddział oscylujący w okolicach zera zaczął przynosić zauważalne zyski.
Podwładni, początkowo nienawidzący mnie całym sercem, nieco zmienili zdanie, gdy doszło do wypłaty premii. Niektórzy nawet mocno, gdy okazało się, że przekazując pomysły na usprawnienia, nie przypisuję sobie ich autorstwa.
Wszystko co dobre kończy się jednak dość szybko. Przyszedł odgórny nakaz, aby wrócić do biur i poddać się staremu drylowi. Większość pracowników w ciągu krótkiego czasu wróciła w tryb korposzczurów, podgryzając się nawzajem.
To było dla mnie nie do pojęcia. Zasmakować wolności i zadowolenia z tego co się robi, a później oddać to bez słowa sprzeciwu?
Ludzie chyba chcą być niewolnikami i czuć but na karku. Ja odmówiłem tego trybu pracy. Zwolniłem się za porozumieniem stron i założywszy działalność gospodarczą, zaoferowałem swoje usługi jako wolny strzelec. Również konkurencji. Podobnie zrobiło kilku byłych współpracowników i pomagamy sobie nawzajem. Zarabiamy teraz 3-4 razy więcej niż poprzednio, spokojnie i bez intryg, bez niesnasek, bez wyścigu szczurów.
Introwertyzm może również pomóc w życiu.
Mój wujek mieszka w typowym warszawskim PRL-owskim bloku z wielkiej płyty. Mieszkanie miało jedną poważną wadę w postaci karaluchów i innego robactwa. Robactwa, którego nie dało się w żaden sposób wytępić. Mieszkanie było kilkukrotnie dezynsekowane, co dawało spokój na maksymalnie kilka tygodni. Potem robactwo i tak wracało.
Wujek ze swojego problemu zwierzył się koledze z pracy. Kolega powiedział, że na strychu ma pewien bardzo mocny środek owadobójczy, nazwijmy go środkiem X. Środka X nie można było dostać w sklepie. Od kilkunastu lat był wycofany z produkcji ze względu na swoje szkodliwe działanie. Wujek opryskał całe mieszkanie, po czym otworzył okna na oścież i z całą rodziną wyjechał na kilka dni na wieś, czekając, aż środek wywietrzeje.
Gdy wrócił z wyjazdu, zastał w swoim mieszkaniu totalne pobojowisko. Środek X sprawił się doskonale. Całe mieszkanie było pełne martwych owadów. A na podłodze leżały dwa martwe gołębie.
Wielu z nas ma czasem lepsze, czasem gorsze chwile z rodzicami. Ja z moim ojcem nigdy nie miałam jakichś wyśmienitych relacji, ale dogadywaliśmy się całkiem w porządku. Oczywiście patrząc na to, że widywaliśmy się średnio raz w tygodniu (miałam kilka lat, gdy przestaliśmy wspólnie mieszkać). Niestety, kilka lat temu śmiertelnie się na mnie obraził. Nawet nie wiem tak naprawdę za co. Opiszę sytuację, zmieniając nieco wydarzenia, ale pozostawiając sens.
Byłam z nim w sklepie i inni klienci strasznie nabałaganili – pani kasjerka odeszła na chwilę od kasy, żeby po nich posprzątać i musieliśmy nieco poczekać. Ojciec chciał jej zrobić awanturę, ale go zatrzymałam, bo to był mój osiedlowy sklepik i nie chciałam sobie psuć relacji, pani kasjerka zresztą była całkowicie niewinna. Ojciec się na mnie obraził i od tego czasu nie mamy ze sobą zupełnie kontaktu.
Moja mama jest cudowną kobietą, kocham ją nad życie, ale czasem brakuje mi ojca... Nie raz, nie dwa chciałam się z nim pogodzić – pisałam, dzwoniłam, ale wszystko pozostaje bez odpowiedzi z jego strony.
Naprawdę tęsknię i mimo że minęło już kilka lat, nie jestem w stanie zrozumieć. Jest mi przykro.
Prędzej czy później ludzie, których niedawno poznałam, zauważają, że zawsze wspominam babcię i dziadka, nigdy rodziców. I mniej lub bardziej taktownie pytają, co się z nimi stało. A ja odpowiadam, że ojca to w sumie od zawsze mam tylko na papierze (z nielicznymi epizodami, kiedy udawał zainteresowanie moim życiem; mogę wyliczyć je na palcach jednej ręki), a z mamą słaby kontakt. Matka nie utrzymywała mnie, nie pomagała mi w lekcjach, a jedyne miejsca, w jakie mnie zabierała jako malucha, to pijackie imprezy, których nigdy nie mogła sobie odmówić. Wyprowadziła się, kiedy miałam 16 lat, do swojej koleżanki, bo miała bliżej do pracy (różnica całego kilometra). Mieszkamy w tej samej dzielnicy, dzieli nas dwudziestominutowy spacer, ale widzimy się tylko przy okazji spotkań rodzinnych organizowanych przez jej mamę – kobietę, która tak naprawdę mnie wychowała. Nie dzwonimy do siebie, chyba że coś trzeba pomóc zorganizować Babci albo w sprawie mojej siostry, częściej jednak dogadujemy się w takich przypadkach przez pośredników. Nie uczestniczymy nawzajem w swoich życiach, na urodziny wyślemy sobie po esemesie i na tym się kończy.
Kiedy zdecydowałam się na zaoczne studia, zrobiła mi awanturę, że nie przedyskutowałam z nią tego, tylko z Babcią (co z tego, że ona nawet nie wiedziała, co zdawałam na maturze). Przez rok nie była w stanie ani razu pojawić się na obiedzie, kiedy przyprowadzałam na życzenie Babci swojego chłopaka. Kiedy się zaręczyłam, zrobiła mi wielką awanturę, bo po pierwsze nie miała jeszcze okazji poznać mojego wybranka, a po drugie nie poinformowałam jej jako pierwszej. A kiedy okazało się, że ślub zorganizowałam w miesiąc i to za granicą, pół roku się do mnie nie odzywała (nic nowego zresztą), no bo jak to, żeby ona nie była na ślubie swojej kochanej pierworodnej. A dziś, kiedy mija prawie półtora roku po ślubie, ona nadal nie miała czasu do nas zajrzeć, mimo że zapraszałam ją parę razy.
Ludzie dookoła mówią, że powinnam spróbować się z nią jakoś dogadać, naprawić chociaż w pewnym stopniu nasze stosunki. Szczególnie Babci na tym zależy, w końcu chodzi o jej córkę. Ale ja nie potrafię. Matka jest dla mnie obcą osobą. Totalnie nie interesuje mnie co i z kim robi. Jest mi całkowicie obojętna. Mogę się z nią spotykać i rozmawiać, ale to czysto koleżeńska relacja, przynajmniej z mojej strony. I dobrze mi z tym. Nie czuję się gorsza, bo nie mam z nią normalnych relacji. W końcu nie byłam sama, miałam rodziców – Babcię i Dziadka.
A kiedy ktoś życzliwy powie mi, że „matkę to ma się tylko jedną i trzeba o nią dbać, bo to matka”, kiwam głową z uśmiechem i zastanawiam się, co ugotować na obiad, kiedy Babcia wpadnie z wizytą.
Rodzi ci się dziecko, wyczekiwane, jesteś w siódmym niebie, rozwija się prawidłowo wszyscy lekarze mówią ideał. Dziecko jest grzeczne, słucha wszystkich, reaguje na bodźce. Nadchodzi czas, gdzie rówieśnicy mówią, a ono nie. Wszyscy tłumaczą – potrzebuje czasu, lekarze na NFZ – jest prawidłowo. Mija kolejny rok, dziecko nadal nie mówi, bierzesz sprawy w swoje ręce, szukasz najlepszych lekarzy w Polsce i okazuje się, że jest źle, dziecko już prawie nie słyszy, możliwe, że już nieodwracalnie.
Apeluję do wszystkich rodziców „zdrowych” dzieci: nie dajcie się zwieść opiniom innych, badajcie swoje dzieci, gdy tylko zobaczycie coś niepokojącego. Dziś wiem, że nieuciekanie przed nadjeżdżającym samochodem było tak naprawdę objawem tego, że dziecko nie słyszało, skąd samochód nadjeżdża.
Podzielę się historią koleżanki, której próbowałam pomóc.
Poznała chłopaka na imprezie, wydawał się idealny, choć może trochę zazdrosny. Chodzili ze sobą 3 lata, w tym czasie starał się odseparować ją od znajomych, wmawiał jej, że ją wykorzystujemy i za plecami obgadujemy. Próbowaliśmy pokazać jej, jaki jest naprawdę, ale była w niego zapatrzona i nie słuchała. Na jednej z imprez powiedział mi wprost, że ona jest jego i mamy się trzymać z daleka, powiedziałam jej o tym, ale on się wyparł. Odpuściłam, nasz kontakt skurczył się do życzeń na święta. Od znajomych słyszałam, że zdarzyło mu się podnieść na nią rękę przy innych albo zwyzywać. Po mniej więcej roku okazało się, że zostaną rodzicami, wiadomo: ślub, wspólne mieszkanie. Na weselu jeszcze raz próbowałam z nią rozmawiać, ale bez skutku.
Przez całą ciążę było dobrze, gdy mała się urodziła, poszedł świętować i nie było go tydzień. Odezwała się do mnie, jak mała miała rok, poprosiła o nocleg, bo chciała rozwodu. Zgodziłam się, ale pod warunkiem, że on nie będzie wpuszczany do domu.
Gdy przyjechała, nie było dnia, żeby pijany nie stał pod drzwiami i nie krzyczał. Słyszałam też, że ktoś ją widział z nim w parku, ale nic nie mówiłam, bo myślałam, że chciał zobaczyć dziecko. Po dwóch tygodniach spakowała się i wróciła do męża. Na moje pytanie dlaczego odpowiedziała, że wszystko sobie wyjaśnili, że on mi się zawsze podobał i chcę rozbić jej rodzinę. Na nic moje tłumaczenia, wyprał jej mózg zupełnie. Rozpowiada to wszystkim i chwali się, jaką ma cudowną rodzinę.
Spotkałam jej siostrę niedawno, powiedziała, że mają niebieską kartę i już kilka razy uciekała do matki, ale zawsze wraca do męża.
Jak można być tak zaślepionym i nie bać się o swoje zdrowie?
PS Z tego co wiem dziecka nie uderzył, mała jest wręcz jego oczkiem w głowie.
Pracuję w hotelu na recepcji. To była moja trzecia zmiana z rzędu i byłem już bardzo zmęczony. Gdy goście z Hiszpanii przywitali się ze mną słowami „Buenos dias”, co znaczy dzień dobry, odpowiedziałem im głośno i wyraźnie „Buenos Aires”.
Popatrzyli się na mnie jak na debila i sobie poszli...
Dodaj anonimowe wyznanie