#JWEci

Jestem biedna jak mysz kościelna i mam tego serdecznie dość...
Wychowuję się w ubogiej rodzinie w zapyziałym miasteczku. Moi rodzice przez problemy zdrowotne siedzą na rencie. W dodatku są nieporadni życiowo. Nie mam im nic do zarzucenia, bo głodna nie chodzę, ale no kurcze, po prostu brakuje kasy... Mamy wystarczająco pieniędzy, aby przeżyć, ale nic ponad to. Nigdy nie byłam na wakacjach. Wraz z rodziną spędzamy je przy zbiorach owoców, abyśmy mieli na opał i przybory szkolne. Ubieram się w lumpeksie, bo mnie po prostu nie stać na zakupy w galerii. Nie chodzimy do kina, restauracji. W szkole dostaję paczki żywnościowe z Caritasu. Mam dziadowski telefon i laptop, który muszę dzielić z młodszą siostrą. Ludzie w liceum wyśmiewają się ze mnie. Chciałabym się urodzić w klasie średniej. Chodzić na paznokcie, kupować sobie modne ciuchy. Mieć pieniądze na to, co dla innych jest codziennością. Nawet na głupią pizzę z pizzerii. Często płaczę z tego powodu. Dręczą mnie myśli samobójcze, a nie mam nawet pieniędzy na psychologa. Pedagog w szkole powiedziała mi, abym się nie przejmowała i poszła na spacer do lasu...

Zanim ktoś powie mi, abym poszła do pracy, to już odpowiadam: pracuję. Udzielam korepetycji. Ale te pieniądze w większości idą na bieżące wydatki: kosmetyki, drugie śniadania, doładowania telefonu... Ciężko mi cokolwiek odłożyć, bo po prostu nie mam z czego. A o kieszonkowym mogę sobie pomarzyć. Pewnie będziecie pisać, że mogę się wykształcić i będę miała kasę. Ja to wiem. Ale zanim się wykształcę, powegetuję sobie przez kilka lat na studiach, w wolnym czasie zapierdzielając jak wół, aby mieć co włożyć do gara. Nie chcę takiego życia...

#bf6QS

Halloween mnie ani mierzi, ani grzeje. Jak ktoś chce, to niech się bawi. Akurat wyjeżdżałam z domu w tym czasie, ale wiedząc, że dzieciaki przychodzą po cukierki, wystawiłam koszyk ze słodyczami. To co się wydarzyło w trakcie mojej nieobecności znam z mojego monitoringu sprzed drzwi.

Pięć kilogramów cukierków zostało rozkradzione przez dwie grupy dzieci – po 10 minutach kosz stał pusty. Większość dzieci, które przyszły potem, było tym faktem niepocieszonych, więc dobijały się do moich drzwi bardzo nachalnie, tłukąc w drzwi i męcząc dzwonek, niektóre kopały albo swoją złość okazywały pobliskiej choince. Jedna dziewczynka podniosła żwir z rabatki i rzuciła w okno.
Wszystko przebili jednak dwaj chłopcy na oko 10-12 lat, którzy nie mogąc się dobić, wyciągnęli czerwony spray i na drzwiach i chodniku powypisywali wulgaryzmy.
Dodam, że nie mieszkam w podejrzanej dzielnicy, nie słyszałam o poważniejszych wykroczeniach w okolicy. Ale może to pokolenie patologiczne dopiero wyrasta z pieluch...?

#s8Imk

Jechałam ostatnio autobusem. Naprzeciwko mnie siedziały dwie starsze panie ok. 70.
W pewnym momencie jedna z nich powiedziała do drugiej: „Wie pani, ja to właśnie do tatuażysty jadę, od zawsze chciałam sobie tatuażyk zrobić”.
 
Wzrok drugiej babci bezcenny, a ja humor poprawiony miałam na cały dzień ;)

#XB00L

Jestem trochę aspołeczna, przez co średnio się dogaduję z ludźmi ze studiów – pogadamy, pośmieszkujemy, ale z nikim jakoś nie mogę nawiązać głębszej przyjaźni. Oni chodzą razem na piwo i imprezy, a ja czuję się ignorowana – rzadko rozmawiamy, więc mnie nigdzie nie zapraszają.
Niedawno w ramach zajęć byliśmy na dłuższych zajęciach terenowych i nocowaliśmy w paru ośrodkach. Wiadomo, jak to studenci – wieczorem do monopolowego po alkohol i balują do rana. Dodam, że bardzo lubię pić w dobrym towarzystwie, więc całkiem fajnie nam się integrowało.
Przyszedł mój ulubiony moment imprezy – gdzie większość pijanych już śpi, zostają ci najtwardsi i dyskutują na przeróżne tematy, gadka się klei, otwieramy przed sobą serca. Gdy zostały już tak ze cztery osoby, zaczęło się dziać coś dla mnie dziwnego. Padły teksty, że Olka się szmaci, Adam jest totalnym idiotą, Kaśka jest głupia, a Marek zrobił to i tamto... W jednej chwili prysło wrażenie dobrze zgranych ludzi, pojawił się obraz obgadujących się za plecami fałszywców. 
Chyba jednak pozostawię nasze relacje takie, jakie były do tej pory...

#lm5gQ

Moja siostra ma ciągłe pretensje, że ją rzadko odwiedzam, zwłaszcza w okresie jesień – zima – wiosna. To nie tak, że jej unikam. Ja po prostu panicznie boję się przekroczyć próg jej mieszkania. Dlaczego? Otóż niemal zawsze po odwiedzinach łapię jakieś grypy, jelitówki, przeziębienia i inny syf. Mam podejrzenia dlaczego.

Siostra ma trójkę dzieci – bliźniaki 7 lat i córka 5 lat.
1. Praktycznie nie wietrzy mieszkania, zaduch panuje niesamowity, „bo dzieci znowu się pochorują, bo je zawieje”.
2. Wszystko co dotykają musi być czyste, wymyte, wyparzone, „bo złapią jakieś bakterie i znowu będą chorować”.
3. Zimą prawie nie wolno im wychodzić i pobawić się na zewnątrz, „bo za zimno i na pewno się przeziębią, a przecież rzadko jest śnieg, tylko pełno błota i się umorusają tylko”.
4. Podsumowanie – przez takie traktowanie te dzieciaki przynoszą z przedszkola praktycznie każdą chorobę, a wirusy i bakterie spokojnie sobie mieszkają u siostry w domu jeszcze długo po tym, bo przecież nie można wywietrzyć.

Nie da się siostrze wytłumaczyć, dlaczego robi źle i krzywdzi własne dzieci. Szwagier też niewiele zmieni, bo każda rozmowa wywołuje tylko kłótnie.
Aż sobie przypominam warunki z mojego dzieciństwa – stary dom, 20-letnia wykładzina w pokoju, nieszczelne okna, przeciągi. Lato czy zima – mnóstwo czasu na zewnątrz. Zjadanie niemytych owoców z sadu czy szczawiu chrupiącego w zębach od piachu. I wiecie co? Chorowałam może z raz na dwa lata ;)
Odporność jest jak mięśnie. Trzeba jej używać, żeby działała jak trzeba, inaczej zanika.

#Jwy9e

Nie lubię mojego dziecka. Mały ma 7 lat i jest całkiem zwykłym dzieckiem. Ciąża była nieplanowana, ale nie wyobrażałam sobie jej usunąć. Jestem odpowiedzialną osobą i wychowuję Małego najlepiej jak potrafię, zapewniam mu wszystko, na co zasługuje, staram się jak mogę, żeby był szczęśliwy i daję mu całą czułość, na jaką mnie stać. A jednak część mnie obwinia go o wywrócenie mojego fajnego życia do góry nogami.
Wszyscy mówili, że macierzyństwo zrekompensuje mi utratę dotychczasowego życia, ale tak się nie stało. Wolałabym, żeby Mały nigdy się nie urodził.

#DzC3Q

Myślałem, że jestem wsiokiem, słoikiem, chłopem i tak dalej, i tak dalej. Przeprowadziłem się do „Wielkiego Miasta”, gdy miałem 21 lat, z wiochy zabitej dechami. Poszedłem do pracy i na zaoczne studia. W domu zawsze było biednie, ale nie patologicznie. Rodzice – klasa robotnicza, pracowali po 10 godzin dziennie, ale niestety nie mieli zawodów, które przynosiłyby dobre pieniądze w tych czasach. Gdzieś po drodze ominęła ich transformacja i o ile są inteligentni i dobrzy, tak nie ogarniają komputeryzacji itd. Nauczyli mnie tego, co jest dobre, a co złe. Okazuje się, że jestem też dżentelmenem i bohaterem (na wsi nie ma lekko, kto mieszkał, ten wie, że „wsi spokojna, wsi wesoła” to mrzonka). Jestem dość wielkim facetem i nie boję się innych ludzi, dlatego jak zauważyłem dwóch wyrostków, którzy zaczęli nagabywać dziewczynę na przystanku i nie przyjmowali „nie” do wiadomości, to zareagowałem. I wsiok stał się bohaterem.
Moja bieda, poszanowanie pracy oraz jedzenia okazało się new age style – zero waste lifestyle i coś tam jeszcze... A to tylko dlatego, że opowiedziałem, jak zamiast wyrzucać obierki od warzyw, wykorzystuję je do robienia wywaru warzywnego, że skorupki od jaj gotowanych suszę, mielę i wykorzystuję jako nawóz do roślin oraz suplement diety dla mnie... Że zmieszanie sody oczyszczonej i kilku innych składników to naturalny płyn do płukania prania. Gaszę światło, jak wychodzę z pokoju, zakręcam wodę, myjąc zęby. Biorę prysznic, a nie kąpiel, oszczędzam wodę, prąd... Segreguję śmieci, bo opłata za segregowane była w mojej wsi niższa prawie trzy razy niż za niesegregowane.
No i kupuję ciuchy przeważnie w second handach, co dla mnie było wstydem, a tu nagle się okazało, że to powód do dumy.

Teraz dobijam 30 lat, rodzicom mogę trochę pomagać finansowo. I wyszło na to, że ich ciężka praca, trudne warunki życia na wsi, oszczędność finalnie nie stworzyły wsioka, buca ani prostaka...

Lubmy się trochę bardziej – chłop ze wsi czy mieszczanin, baba czy dama...
To tylko życie, nie spieprzmy go.

#o4MJV

W gimnazjum mieliśmy niepełnosprawnego Arka, który był nieco opóźniony. Taki przedszkolak w ciele wielkiego, rosłego chłopaka. Przez swoje opóźnienie często był obiektem kpin ze strony grupy chłopaków. Wtedy przewodził im Radek. Kilka razy powtarzał klasę, „imponował” tym swoim kumplom.
Radek lubił dokuczać Arkowi. Krytykował go, śmiał się z niego, Arkowi bardzo szybko robiło się smutno. Arek nigdy sobie nie radził, zawsze ktoś musiał stawać w jego obronie. Ale raz Arek zaczął się śmiać. Radek zapytał czemu.
„Tata mi mówił, że od dokuczania innym ma się krótkiego, krzywego siusiaka”.

Już do końca gimnazjum nikt nie mówił „Radek”, tylko każdy na niego wołał „Krzywy”.

#UMDJS

Pracuję w centrum handlowym na stoisku z zabawkami. Kojarzycie takie wysepki, prawda? Do moich obowiązków należy sprzedawanie towaru, a to że mamy też stanowiska dla dzieci, żeby mogły się pobawić towarem przed zakupem, to tylko chwyt marketingowy (gdy dziecko bawi się pół godziny jedną rzeczą i nie chce odejść, to w 90% przypadków rodzic dla świętego spokoju to kupi). Niestety, rodzice często traktują te stanowiska jak darmowy plac zabaw, a mnie jak opiekunkę, chociaż cała wyspa obwieszona jest czerwonymi napisami: zabawa tylko pod opieką rodziców; oprócz tego jest też cały dłuższy regulamin korzystania z tych stanowisk. Zazwyczaj rodzice pilnują dzieci, ale zdarzają się przypadki, po których ręce opadają i brakuje mi słów. Kilkoma takimi chciałam się z wami podzielić.

1. Matka z synem, na oko trzy-, czteroletnim. Usiadła z nim przy zabawce, spoko. Odwróciłam się tyłem, bo miałam klienta. Skończyłam, patrzę - matki nie ma. Pytam małego gdzie jest, a on, że w sklepie. Rozumiecie? Dorosła kobieta zostawiła swoje trzyletnie dziecko samo bez opieki i poszła na zakupy. Nie ma jej dziesięć minut, dwadzieścia, przy trzydziestu wezwałam już ochronę centrum i właśnie oddawałam im dziecko, kiedy mamusia łaskawie się zjawiła. Takiego opierdolu nigdy nikomu nie zrobiłam jak jej. A matka tylko głupio stoi i się szczerzy, bo ona przecież nie jest idiotką, wcale nie zostawiła swojego synka samego na środku centrum handlowego pełnego obcych ludzi. Na pytanie z kim go zostawiła w takim razie, bo ze mną na pewno nie, spaliła tylko buraka i uciekła z dzieciakiem.

2. Rozmawiałam z klientem, kiedy podeszła kobieta i zapytała gdzie jest jej dziecko. Zapytałam jakie dziecko, na co ona, że jej syn przyszedł się pobawić, a teraz go nie ma. To mówię jej, że mam klienta i nawet go nie zauważyłam, zresztą to nie jest moja praca, ona powinna przyjść z nim. Darła się na mnie kilka minut, ochroniarz musiał interweniować, bo co ja sobie wyobrażam, ona oddała?! mi przecież dziecko pod opiekę. Uspokoiła się dopiero jak klient, z którym rozmawiałam, powiedział jej, żeby się nie kompromitowała, tylko zaczęła szukać bachora, bo to, że go zgubiła, to tylko i wyłącznie jej wina.

Za każdym razem zadaję sobie jedno pytanie: a co jeśli coś by się stało? Wypadków nie brakuje, dziecko spadnie z krzesła, rozbije głowę, co wtedy? Nikomu tego nie życzę, ale różnie może być. Przeraża mnie nieodpowiedzialność niektórych rodziców i chociaż sama nie mam dziecka, nie potrafię sobie wyobrazić, że ja swoje miałabym tak samo zostawić.
Dodaj anonimowe wyznanie