#OOKnP

Koniec lat 90., dostaję swój pierwszy komputer. Pamiętam, że byłem jeszcze w szkole podstawowej. Czasy, gdzie gry były dostępne jedynie na giełdach albo w gazetkach w kiosku. Windows 98 dawał do zabawy tylko sapera, pasjansa i Painta... i o nim mam historię.

Moi rodzice wiedzieli o komputerach jeszcze mniej niż ja, ale oczywiście wymądrzali się, jakby studiowali informatykę w latach 70. No i pewnego razu jak sobie coś rysowałem, zauważył to ojciec i powiedział, żebym nie używał tak dużo kolorów, bo się skończą, a on mi potem nie będzie woził komputera do naprawy, żeby je napełnić :D
No i przez jakiś czas żyłem w niewiedzy z czarno-białymi grafikami...

PS Nie zawsze słuchajcie rodziców, szczególnie jak się na czymś nie znają ;)

#axr8F

Mam 25 lat i czuję, że marnuję życie w pracy. 
Poszedłem na studia związane z IT, już w trakcie złapałem jedną w miarę dobrze płatną pracę, potem drugą, trzecią i tak przeskakiwałem z miejsca na miejsce, za każdym razem z nieco lepszą wypłatą. Teraz zarabiam całkiem dobrze, ale ze względu na charakter pracy (multiplatformowość na naprawdę wielu poziomach) nie wszystko da się robić zdalnie. Jest sporo testowania, przez co praktycznie 90% pracy musi być wykonana stacjonarnie, co oznacza pracę 9-17 codziennie. Mieszkam w dużym mieście, więc trzeba dodać dwie godziny na dojazd. I mam wrażenie, że marnuję sobie życie w tej pracy. Rano przed pracą nic nie zrobię, jak wrócę, to mam czas jedynie żeby zrobić coś do jedzenia, ogarnąć mieszkanie i iść spać. Zanim zacząłem studia, dorabiałem sobie w wakacje (jak i na początku studiów) w pracy w systemie zmianowym. I szczerze, miałem dużo mniejsze poczucie marnowania dnia. Jak miałem na rano, to od 14:30 mogłem coś robić do końca dnia, na drugą zmianę wychodziło się o 13:30, więc od rana była możliwość zrobienia czegokolwiek, a na noce? Może i człowiek bywał zmęczony, ale miał dzień dla siebie i mógł zrobić dużo więcej. A teraz? Cały dzień opiera się tylko na pracy, jedzeniu, myciu się i pójściu spać. Myślałem o sprzedaniu mieszania i zakupie domu pod miastem, bo miałbym przynajmniej jakieś obowiązki, tylko po co? Żeby zamienić dojazd z godziny w jedną stronę na dwie godziny w jedną stronę? Kult pracy 9-17 jest dla mnie bezsensowny. Jak tylko zapniemy projekt do końca, to zmieniam pracę na zdalną, nawet jeśli oznaczałoby to obniżkę pensji o 50%.

#GUz5z

Matylda jest moim pierwszym dzieckiem. Urodziła się 12 lat temu, a zajście w ciążę nie stanowiło problemu i nie trwało długo. Od zawsze marzyłam o dwójce dzieci, więc po 2 latach zaczęliśmy z mężem starania o drugie dziecko. Niestety trwało to o wiele dłużej niż w przypadku Matyldy, a ani ja, ani mój mąż nie wiedzieliśmy co jest grane. Poszłam więc do lekarza, który to oznajmił, że przy pierwszej ciąży były pewne komplikacje, o których nawet nie wiedziałam, które nie stanowiły zagrożenia dla pierwszej ciąży, ale uniemożliwiają zajście w kolejne. Moje serce pękło na 1000 kawałków. Byłam bardzo zrozpaczona. Po kilku miesiącach doszliśmy z mężem do wniosku, że zaadoptujemy dziecko. Zdecydowaliśmy się na to dopiero wtedy, gdy oboje byliśmy w 100% pewni, że tego chcemy. 
Krzyś ma obecnie 10 lat. Jest niesamowicie kulturalnym, ambitnym i skromnym chłopcem. No lubię dzieciaka. Problem w tym, że nie potrafię go kochać… Po prostu nie umiem kochać zaadoptowanego dziecka. Staram się tego nie pokazywać (i póki co mi się to udaje), ale w głębi duszy nie umiem go kochać. Uwielbiam dzieciaka, nie wyobrażam sobie bez niego życia, jesteśmy bardzo zżyci i uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Ja po prostu nie potrafię go kochać. Nie czuję do niego tej samej miłości co do Matyldy, pomimo tego, że traktuję ich równo. Nie umiem.

#w1UaS

W czasach ginących w pomroce dziejów zdarzyło mi się studiować kierunek, na którym panował obowiązek częściowego skoszarowania. Czysto męski akademik z zakazem wizyt po godz. 22:00. Zakaz zakazem, a dziewczyny i tak się szmuglowało.
Raz na semestr kolega pochodzący z jakiejś dziury w Bieszczadach przywoził ze sobą dwie kuzynki. Dziewczyny dość przeciętnej urody, ciche i spokojne. Były traktowane jak księżniczki, życzenia odczytywano im z wyrazu twarzy i atencja ogólna do nich ledwo się mieściła w korytarzu. Dziewczyny odwdzięczały chętnie te uprzejmości, spędzając noce w łóżkach wybranych przez siebie aplikantów.
Pewnego razu jedna z nich zawitała i do mojego pokoju. Byłem w siódmym niebie, wizja pierwszego razu była w zasięgu ręki. W trakcie rozbierania się zauważyłem na jej ramieniu dużego siniaka. Zaniepokoiło mnie to i obejrzałem dokładnie jej całe ciało. Znalazłem wiele innych śladów fizycznej przemocy. Zacząłem wyciągać z niej przyczyny tego stanu rzeczy, zastanawiając się jednocześnie, czy powiedzieć o tym innym chłopakom, czy samodzielnie zmasakrować odpowiedzialnego za to gnojka.
Po dłuższym drążeniu tematu przyznała, że to z domu. Bije ojciec, bije wujek, bije matka, jest traktowana jak szmata i wół roboczy. Taka normalka na jej wsi, nic szczególnego. Są dziewczynami, więc niejako ludźmi drugiej kategorii. Tutaj z kolei wchodzą w świat jak z bajki, żyją jak w filmie, a że w zamian trzeba dupy dać, to i tak niska cena (jej słowa).
Wstrząsnęło to mną na tyle mocno, że jakoś nie bardzo miałem sumienia, aby przyjąć zwyczajową zapłatę za nocleg. Powiedziałem, aby poszła spać do łóżka, a ja przekimam na krześle. Rano spytała, czy może u mnie spać również następną noc, a jeśli możliwe, to jej siostra również. Zgodziłem się oczywiście. Dupa bolała od niewygodnego krzesła, ale opad szczęk kumpli, którzy usłyszeli, że chce spędzić u mnie kolejną noc, i to tym razem we dwie, wynagrodził mi to z nawiązką.
Parę dni później pojechały do domu, robiąc mi na odchodnym miły prezent. Żegnając się, na oczach kumpli, przytuliły się do mnie obie, całując namiętnie i dziękując za cudownie spędzony czas.
Moja fama jako guru seksu była wręcz namacalna. Otrzymałem nową ksywkę – Amor. Teksty typu „ucz mnie, mistrzu” były wręcz na poważnie. Przeczytawszy nieco literatury fachowej, udzielałem wielu rad, które często sprawdzały się w praktyce. 
Nikt z zachwyconych poprawą własnych umiejętności łóżkowych chłopaków nawet nie przypuszczał, że pomaga im w tym prawiczek mający wiedzę czysto teoretyczną.

#1Poqz

O wizycie u dentysty.

Gdy miałem jakieś 20-21 lat, mama uznała, że to już ten moment, kiedy sam się umówię do dentysty i sam do niego pojadę. W dniu wizyty, gdy już miałem wychodzić z domu, mama mi powiedziała, że pewnie dentystka albo ktoś z recepcji będzie mi chciał wcisnąć jakieś produkty albo namawiać do kupienia czegoś dodatkowego i że mam nic nie kupować, a jedynie zęba wyleczyć. Ja jej odpowiedziałem coś w stylu: „Mamo, błagam cię, jestem już dorosły, nie musisz mi takich rzeczy mówić”.

Wyszedłem od dentysty z nie tylko wyleczonym zębem, ale i siatką z zagraniczną pastą do zębów, specjalną nitką dentystyczną, super płynem do płukania ust i szczoteczką do zębów. I na te badziewia wydałem jakieś dodatkowe 100 zł.

#WJE08

Nie potrafię się upominać o swoje. Chodzi mi chociażby o sytuacje, gdy pożyczam komuś pieniądze czy jakiś przedmiot i przez dłuższy czas on mi tego nie oddaje. Wiem, że powinnam truć dupę tej osobie, dopóki nie odzyskam swoich rzeczy i mam do tego całkowite prawo, ale cóż, nie potrafię, w dodatku ta moja niemoc wpędza mnie w poczucie porażki.

#OS7gg

Siódma rano. Zaspana jadę zapchanym autobusem do pracy i tępo gapię się przez okno, a tam spaceruje gołąb tym swoim śmiesznym, gołębim krokiem. Zamyśliłam się nad jego losem, celowością istnienia, marnością ludzkiej i gołębiej egzystencji, aż nagle w mojej głowie rozlega się pytanie: „Dokąd idziesz, gołębiu?”.
Ups... Pytanie nie zostało w mojej głowie, a poleciało gołębim tempem w autobusową przestrzeń.
Gołąb nie odpowiedział. Pewnie nie usłyszał. Za to rozbawione spojrzenia współpasażerów musiałam znosić jeszcze kilkanaście minut.
Chyba muszę odpocząć.

#ovqSQ

To trudna historia o mojej rodzinie. Ojciec alkoholik, tyran, „wychowujący” za pomocą kabla i głodówki. Ale poza domem był inteligentnym gościem z wyższym wykształceniem, na wysokim stanowisku, którego nikt by o takie rzeczy nie podejrzewał. Mimo wysokiej pensji wszystko przepijał, a nawet narobił długów na ogromne kwoty. Moja mama, skromna kobieta, zasuwała na dwie, trzy zmiany, żebyśmy nie odczuwały nędzy, w jakiej byłyśmy. W końcu powiedziała dość i kazała ojcu wybierać: albo terapia, albo rozwód. Wybrał rozwód.
Wylądowałyśmy z mamą i młodszą siostrą w małym mieszkanku na końcu świata. Mała nie rozumiała, czemu zostawiliśmy nasz dom z pięknym sadem i kochanymi zwierzętami. Mama wyszła na prostą, wyleczyła się z ojca, ma narzeczonego, dobrą pracę, młoda niedługo kończy szkołę. Ojciec nie odzywał się od rozwodu. Do wczoraj, bo dowiedział się, że wychodzę za mąż. Chce się spotkać, pogadać, przeprosić. Cała moja rodzina i bliscy, nawet moja mama, uważa, że powinnam się z nim spotkać, rozliczyć się z tym, zamknąć rozdział. Wszyscy mnie namawiają, a ja czuję, że ziemia wali mi się pod stopami. Ojciec mnie molestował. Wyprowadzka z tego domu to była moja ostatnia szansa, jestem pewna, że gdybym była tam dłużej, to skończyłoby się to... wiadomo jak. Nikt nie wie. Ale rozmawiałam z nim przez telefon, powiedziałam mu wszystko, jak bardzo nas krzywdził i w jaki sposób. Nawet zasugerowałam, że krzywdził mnie w „ten” sposób (dla niego to były „wygłupy”), ale on uważa, że nie robił nic złego! W ogóle nie rozumie, czemu robię z „tego” problem. I był w prawdziwym szoku, kiedy nazwałam go alkoholikiem. I nie umiem określić, jak się z tym czuję. Mieszanka zabijającej bezsilności z nienawiścią... On zrujnował mi dzieciństwo, wpędził w kompleksy, nerwicę. A teraz mówi, że tamto to nic takiego. Kiedy zniknął z mojego życia, ja zaczęłam żyć normalnie, a teraz znowu chce w nim namieszać. Zawsze czułam się wobec niego bezsilna, on mógł wszystko, a ja nic. I kiedy dzwoni, mówi takim spokojnym głosem, śmiejącym się... ale w środku nadal siedzi bestia. Bestia, której nikt nie poznał.
Dodaj anonimowe wyznanie