Mój pies uwielbia kopać dziury. Tak że kiedy wychodzę z nim na spacer, a teraz robi się ciemno już około 16, to on kopie, a ja mu świecę latarką.
Opisane w jednym zdaniu całe moje życie towarzyskie.
Po każdej kłótni mój chłopak wychodził się przejść. Jakoś mnie to nie dziwiło, ja też należę do osób, które potrzebują czasem prywatnej przestrzeni aby pomyśleć.
Po paru miesiącach dowiedziałam się, że na spacerze dzwonił do swojej mamy i streszczał dokładny przebieg naszej kłótni, ze wszystkimi szczegółami.
PS. Już nie jest moim chłopakiem. I miał 24 lata.
Opowiem wam historię, jak bardzo przyjaźń potrafi być fałszywa.
Listopad 2015 roku - mam wspaniałego faceta, kocham go ponad wszystko. Jestem mega szczęśliwa. Jestem też dobrym człowiekiem, pomagam wszystkim wokół jak tylko mogę. Mój przyjaciel dostaje mieszkanie socjalne - kupujemy mu telewizor w prezencie. Przyjaciółka nie ma co jeść, ma kłopoty z mieszkaniem - ogólnie problemy finansowe - „pożyczamy” jej 2k z myślą „i tak nigdy się o to nie upomnimy, będzie miała, to odda. Nie - to nic się nie stanie. Jesteśmy przyjaciółmi. Pomagamy sobie”.
Masa takich akcji.
Grudzień 2015. Najczarniejszy miesiąc w moim życiu.
Mojej miłości życia pęka tętniak w głowie i zapada w śpiączkę - zostaję sama z własnościowym mieszkaniem (nie było na szczęście na kredyt). Nie zarabiałam tyle co mój luby. Robi się ciężko. Rozpaczam, ale zakasuję rękawy i zaczynam dosłownie zapierdalać. Napędza mnie myśl, że go kocham, że muszę się wziąć w garść dla niego.
Niestety to trochę zajmuje, więc wyciągam rękę do przyjaciół. Odpłacili się gadaniem za moimi plecami, robieniem ze mnie wariatki (przeżyłam traumę, trafiłam do psychiatry i naprawdę - leki pomogły mi wziąć się w garść).
Aż pewnego dnia moja „przyjaciółka” mówi, że nie ma jak mi pomóc, ale proponuje, że wprowadzi się do mnie. We dwójkę będzie nam łatwiej. Przystaję na to.
I wtedy się zaczyna. Sprowadzanie jakichś obcych facetów pod moją nieobecność, grzebanie w moich rzeczach itd. Aż na koniec dowiaduję się, że ona, mieszkając u mnie, również gada na mnie za plecami. I tak w ogóle to większość negatywnych rzeczy, których dopuścili się moi „przyjaciele” względem mnie, była napędzona przez nią. Robiła to, jednocześnie mieszkając ze mną.
Obróciła wszystkich przeciwko mnie.
Gdy wróciła do domu z pracy - wszystko jej wygarnęłam. I zwyczajnie zapytałam „dlaczego?”. Dostała kiedyś od nas 2 tysiące, pomagaliśmy jej itd. Koleżanka na moje słowa uderzyła w dziki płacz. Zaczęła się na mnie wydzierać, że mnie nie obchodzi, że się nią nie interesuję.
Wiecie jak się wtedy poczułam?
Poczułam się jak facet, który przyłapuje swoją laskę na zdradzie, a ona próbuje go wziąć na litość :D To co do mnie wykrzykiwała było tak absurdalne, że jej tylko parsknęłam w twarz i dałam 2 tygodnie na wyprowadzkę. W międzyczasie wyszło dużo więcej jej kłamstw, których też nie omieszkałam jej wypomnieć.
Po jej wyprowadzce „przyjaciele” już totalnie się ode mnie odwrócili, bo wyrzuciłam biedną dziewczynę z domu (przecież musiała nazmyślać, żeby to wytłumaczyć).
Miesiąc potem przyszedł wielki rachunek za wodę, którego nie zapłaciła.
Za chwilę mina dwa lata. Mój facet wyzdrowiał. Jest na rencie, ale w miarę funkcjonuje. Teraz ja wszystko utrzymuję, ale daję radę. Wiem też, że przyjaciół poznaje się w biedzie.
Historia miała miejsce w wakacje.
Razem z przyjaciółką szukałyśmy prezentu dla kolegi. A że to typowy, wiecznie nieogarniający niczego śmieszek, to stwierdziłyśmy, że najlepszym prezentem byłby dla niego... mózg. Zwykły, plastikowy mózg, jak z sal biologicznych.
Chodziłyśmy po sklepach, szukałyśmy. W pewnym momencie stwierdziłyśmy, że rozdzielamy się i spotkamy za kilkanaście minut w danym miejscu, z prezentem bądź bez.
Idę na luzie, wchodzę do jednego ze sklepów z pierdołami chińskimi.
Wyobraźcie sobie teraz szeroko uśmiechniętą dziewczynę, szukającą pomocy w sklepie, która pyta się was: "Dzień dobry, ma pani mózg?" :D
Niedaleko mojego miejsca zamieszkania otworzyli fajną, wegańską knajpę. Bardzo ucieszyłam się, bo miała w swojej ofercie parę dań bezglutenowych. Mam celiakię i dla mnie nawet minimalna ilość glutenu źle się kończy.
Po zjedzeniu zupy i sałatki u nich przez trzy dni źle się czułam. Biegunki, przelewanie w brzuchu, senność, chwilami prawie mdlałam.
A przecież pytałam, czy te dania na pewno są w 100% bezglutenowe.
Przecież wystarczy, że doda się przyprawę, która może zawierać gluten i dla mnie, osoby chorej, to ból i cierpienie.
Zapewniali, że na 100%. Głupia, bo zaufałam.
Po tym, jak poczułam się lepiej, złożyłam skargę do sanepidu.
Po paru tygodniach okazało się, że knajpkę zamknięto.
Niestety moi sąsiedzi strasznie ubolewają i ostatnio wywiązała się między mną a moimi znajomymi taka rozmowa:
A: Tak fajnie w końcu było mieć blisko jakąś knajpkę, nawet wegańską, do centrum daleko, to się nie opłaca jechać i stać w korkach.
JA: No szkoda. Może mieli za mało klientów, dlatego zamknęli?
A: No co ty!! Rozmawiałam z kelnerkami nie raz, tyle ludzi mieli, że nawet się nie spodziewali. No ale nic dziwnego, jak najbliższa pizzeria jest w innej dzielnicy.
Ja: No szkoda.
A: Nawet dla ciebie były tam dania. Jedyne takie miejsce w okolicy, i je zamknęli. Pewnie konkurencja była zazdrosna i na nich doniosła, więc knajpę zamknęli. Co ci ludzie mają w głowach? Porażka.
Oczywiście jak najszybciej chciałam zakończyć rozmowę.
Wiem, że ta knajpka była jedyną w okolicy i miała spory ruch, jednak zagranie właścicieli nie było fair.
Jeśli nie wiedzą czym jest żywność bg, nie powinni mieć jej w ofercie.
Trochę mi szkoda znajomych, bo wiem, że lubili się tam spotykać.
W sumie to trochę głupio wyszło.
I nikomu o tym nie powiem, bo zjedzą mnie na osiedlu.
Z drugiej strony uważam jednak, ze dobrze się stało.
Jak byłam mała, często spóźniałam się domu i mimo próśb rodziców jakoś się nie poprawiałam.
Pewnego razu poszłam na plac zabaw i miałam wrócić o wyznaczonej godzinie, ale oczywiście się spóźniłam gdzieś o 30 minut. Jak weszłam do domu, mama oznajmiła mi, że się bardzo martwiła i zadzwoniła już na policję i zgłosiła moje zaginięcie. Kazała mi zadzwonić na komisariat, powiedzieć jak się nazywam i że wcale nie zaginęłam, tylko się spóźniłam do domu.
Do dziś pamiętam swoją panikę i płacz, stanie przy wiszącym telefonie stacjonarnym (!!) i próbę wykręcenia numeru na policję.
Mama w końcu pozwoliła mi odejść i nie zadzwoniłam, ale od tego czasu już się nie spóźniałam.
Dzięki, mamo! Teraz wiem, że zgłoszenia nie było, ale nauczkę dostałam.
Pracuję dla sporej brytyjskiej korporacji, wiecie, garsonki, garnitury - wszyscy bardzo eleganccy do tego stopnia, że nikt nawet nie kichnie w towarzystwie. Jest i on - facet, który mega mi się podoba. Joshua jest starszy ode mnie, ale urzeka mnie jego niewymuszony elegancki styl bycia, ma zawsze idealnie skrojony garnitur itd. - tyle słowem wstępu.
Dzisiaj miałam tę przyjemność wyjść zaraz za nim z pracy i podziwiać go z daleka - on niestety nie zauważa mojej obecności.
Idziemy uliczką między dwoma budynkami. Nagle on się zatrzymuje i ogląda się przez prawe ramię do tyłu - myślę „w końcu mnie zauważył i chce na mnie poczekać”. Szczęśliwa przyspieszyłam kroku, coby go dogonić, a tu nagle huk jakby się sto diabłów zleciało! Ściany wibrują, echo poniosło - ja najpierw nie zrozumiałam, co się stało, a Joshua jak gdyby nic ruszył dalej - po czym dotarło do mnie, że ten elegancki kolega uwolnił właśnie mega monstrum ze swojego jakże eleganckiego tyłka, a że ja szłam bardziej z lewej strony, to po prostu myślał, że jest sam.
Wybuchnęłam takim śmiechem, że momentalnie na mnie popatrzył i widziałam, że on wie, że ja wiem.
Jedno jest pewne - chyba w końcu nie będę już dla niego niewidzialna :D
Poranek, jakich wiele. Dzwoni budzik, wstaję nieżywa i na pół śpiąca wędruję do łazienki. Siadam na kibelku i... O zgrozo! Okres?! Dziś?! Prawie tydzień przed czasem?!
No właśnie - byłam na tyle nieprzygotowana, że oprócz jednej podpaski "w razie wu" nie miałam więcej. No nic, kupię w drodze na przystanek, ale w takim razie muszę się spieszyć, dentysta nie będzie czekał. Ta jedna nie starczy na tyle czasu.
A więc szybkie ogarnięcie, i pędzę z bolącym brzuchem w stronę marketu. Jak na złość dużo ludzi, chociaż o tej godzinie zazwyczaj sklep świeci pustkami. Dopadam paczki, na dodatek w całkiem korzystnej cenie, i zerkam na zegarek: 10 minut, no nie zdążę, a tyle czekałam na wizytę.
Staję w kolejce piąta, bo tylko jedna kasa otwarta. Przede mną dwóch panów, z czego jeden ma kilka, a drugi kilkanaście produktów, Jakiś starszy pan z czteropakiem piwa, taki trochę Zbysiu spod sklepu, następnie małżeństwo ok. 35-40 l., bardzo eleganccy i drogo ubrani z całą masą zakupów i dziewczyna z dzieckiem, którzy kończą być obsługiwani. No nic, raz kozie śmierć. Pytam najpierw tych dwóch panów, czy mnie przepuszczą, bo bardzo się spieszę. Nie ma problemu, przechodzę koło pana Zbysia. Nawet nie muszę go pytać i chociaż ma też jeden produkt, bardzo uprzejmie zaprasza mnie przed siebie, prosząc przy tym małżeństwo, żeby mnie wpuścili, bo to nagły wypadek ^^. Chyba zobaczył podpaski w mojej ręce i mój potworny wygląd. Tak czy tak, bardzo miły człowiek. Niestety małżeństwo ani trochę, a raczej ona - baba w futrze z Zary, z gigantyczną torebką i szpilami pod niebo. Bo on się nie odzywał, kto wie, może się bał.
Zostałam zwyzywana i oskarżona o wymuszanie miejsca w kolejce. Na dodatek zaczęła nadawać do kasjerki, zaskoczonej całą sytuacją, że powinna mnie nie obsługiwać. Na sam koniec powiedziała, że też jej się spieszy i g** ją obchodzę ja i moje podpaski.
Odpowiedziałam tylko, że nie zmuszam, a tylko kulturalnie pytałam. Naprawdę bolał mnie brzuch i nie miałam siły się kłócić, zresztą nie ma obowiązku mnie przepuszczać. Dzięki niej miałam 3-minutowy sprint na przystanek, z bolącym brzuchem i potopem. Ale zdążyłam w ostatniej chwili.
PS Ząb naprawiony, ale humor zepsuty na cały dzień.
Cóż, na nic udawanie damy, jak nie ma się za grosz wychowania - słowa p. Zbysia, jak byłam obsługiwana.
Czytając ostatnio historię http://anonimowe.pl/zoqIU przypomniała mi się historia opowiedziana kiedyś przez moich rodziców.
Było zimowe, późne popołudnie. Rodzice pakowali zakupy do samochodu pod jednym z centrów handlowych, kiedy nagle kątem oka mama zauważyła, że w ich stronę zbliża się młody chłopak, ale bardzo chwiejnym krokiem. "Pewnie pijany" - pomyślała. Ale nie. Chłopak podchodzi, alkoholu od niego nie czuć, schludnie i czysto, choć bardzo skromnie ubrany. Na nogach, mimo panującej zimy, zniszczone buty sportowe. Zapytał, czy może umyć szyby w samochodzie. Tata przytaknął. Chłopak z plecaka zaczął wyciągać potrzebny sprzęt, po czym lekko niezdarnie zabrał się do pracy. Miał z tym trudność, było widać, że któraś noga mu bardzo dokucza, a że samochód taty jest bardzo wysoki, nie potrafił sięgnąć ręką do końca, żeby tę szybę umyć. Tata wyciągnął z portfela 10 zł, wręczył mu i powiedział, że w sumie te szyby nie są wcale takie brudne. Chłopak zrobił okrągłe oczy i powiedział, że to za dużo, że nie chce. Tata nalegał. W końcu zawstydzony schował pieniądze do kieszeni i już miał odchodzić, kiedy nagle odwrócił się i opowiedział historię, że urodził się z niepełnosprawnymi nogami, razem z mamą żyją ze skromnego zasiłku, bo on nie potrafi podjąć żadnej pełnoetatowej pracy. Że wcale nie zbiera na alkohol ani papierosy, chociaż tak to może wyglądać i ludzie często go tak oceniają. Kręci się po tym parkingu, myje ludziom szyby w samochodach żeby dorobić do i tak już skromnego życia, a aktualnie zbiera na buty, bo te, które ma na sobie nie nadają się już do niczego. Tata zapytał ile mu brakuje do tych butów. Usłyszał, że 60 zł. Nie wiem dokładnie jak to się stało i jak ten chłopak dał się na to namówić, ale mój tata zabrał go wtedy do sklepu i kupił mu te buty. Później w domu, opowiadał, że nigdy w życiu nie widział takiej wdzięczności w oczach, jak u tego chłopaka.
Zdradziła mnie dziewczyna. Wyznanie jak każde inne, powiecie, bo i po prawdzie jest ono banalnie proste i często spotykane. Wróciłem do domu szybciej, bo w pracy była awaria i mogliśmy iść dwie godziny wcześniej. Po drodze, jako że to piątek był, kupiłem na obiad pierogi i wino sztuk dwie, by zrelaksować się z moją już byłą po tygodniu trudu. Wszedłem do mieszkania, gdzie dość głośno leciała muzyka, co niespecjalnie by mnie zdziwiło, gdybym spodziewał się kogokolwiek w mieszkaniu. Ostrożnie wchodzę, trzymając jedną butelkę wina jak kij baseballowy i w głębi mieszkania pomiędzy nutami Eerned IT słychać dość głośne jęki i słowa "mocniej".
Zamarłem. Więc i ja... Rogacz... Pizda, nie facet... Beztalencie, które nie umie zaspokoić swojej kobiety. Może mam małego? Może za krótko? Mówiła, że jest cudownie, widać kłamała....
Wróciłem do kuchni. Usiadłem przy stole i słuchałem tego, co działo się w salonie. Pierogi się rozmrażały, wino błyskało czerwienią...
Wyszła (wpierw doszła) z salonu i natknęła się na mnie w kuchni. Te same usta, które jeszcze chwilę temu krzyczały, którymi dotykała ciała innego, teraz mówiły bełkot, który całkowicie mijał moją głowę. Patrzyłem na nią, ukochaną, której chciałem zrobić pierogi, by nie musiała gotować po pracy, ukochaną, której zmieniałem opatrunek na nodze, tę, która wstydziła się robić siuisu, gdy byłem w łazience, ale pierdnąć przy TV było jej bez problemu.
Wstałem, powiedziałem, że kupiłem pierogi i wino i że mogą zjeść pierogi i wypić to wino.
Wyszedłem... Później były standardowe zagrania z jej strony, że przeprasza i że kocha... Lecz z każdym jej słowem gdzieś w tyle głowy słyszałem Earned IT i "mocniej".
Musiałem komuś się wygadać, sorki, że padło na was, ale ucieczka w Internet jest taka kojąca...
Dodaj anonimowe wyznanie