#QoEu4

Od zawsze miałem w naturze trollować ludzi, chociaż zawsze robiłem to "ze smakiem", tak że znajomi czasem jeszcze wspominają chętnie niektóre akcje.

Na obrzeżu mojego miasta (wlot) mamy kawałek pięknej drogi, nowa nawierzchnia, prosta droga, brak drzew wzdłuż drogi, niczym pas startowy. Na końcu ponad kilometrowego odcinka znajduje się wzniesienie, a za nim teren zabudowany. Z racji tego nasi stróże prawa upodobali sobie miejscówkę tuż za wzniesieniem na pomiar prędkości. Jako że na szczycie znajduje się znak o ograniczeniu prędkości, to już za nim należy jechać zdecydowanie wolniej. Naturalnie okoliczni mieszkańcy wiedzą, że średnio dwa razy w tygodniu "suszą" w tym miejscu, jednak przyjezdni wpadają w sidła, a mundurowi mają tam regularnie żniwo.

Gdy przejeżdżam tam, a samochód/motocykl z przeciwka daje znać o smerfach,
przystępuję do akcji! Rozpędzam swój motocykl, kręcąc go do wysokich obrotów, tak by policjant za wzniesieniem usłyszał wariata pędzącego na złamanie karku. Efekt potęguje sportowy tłumik, a gdy już dojeżdżam do wzniesienia, gwałtownie hamuję do 50-60 km/h. Po czym obserwuję zawiedzioną minę naszych stróżów prawa, którzy stoją już przy krawędzi jezdni, by zatrzymać wariata.

Żeby uniknąć niepotrzebnych hejtów: robię takie numery na pustej drodze, w odpowiednich warunkach i nie zagrażając innym uczestnikom ruchu :)

#nCqXa

Chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyśleniami na temat studiów pedagogicznych. Otóż studiuję ten kierunek, który jest często wyśmiewany, "no bo tam idą w większości ci co ledwo zdali maturę, albo tacy, co nie mieli wyboru, bo nie dostali się nigdzie indziej". Oczywiście może tak być, ale nie musi. Osobiście boli mnie to, że gdy ktoś pyta mnie gdzie studiuję i odpowiadam, że na pedagogice, to zostaję wyśmiana.

W przyszłości chcę zostać najlepszym pedagogiem szkolnym i pomagać dzieciom i młodzieży, którzy zwrócą się o pomoc. W szkołach pracuje tak wielu złych pedagogów, którzy zrobili krzywdę dzieciom często na całe życie. Brakuje im wiedzy, podejścia, kreatywności i empatii.
Ja jednak chcę to zmienić, sprawić, aby dziecko, które będzie miało problem przyszło do mnie i żebyśmy go rozwiązali. Pragnę ratować dzieci przed agresją, depresją i próbami samobójczymi, które często są wynikiem tego, że nie umie ono poradzić sobie samo z kłopotami.
Pragnę być prawdziwym pedagogiem, więc proszę, nie zniechęcajcie ludzi takich jak ja przez kpiny i złośliwości do tego, żeby pomagać w przyszłości młodym ludziom.

#GRr0d

Czasami nie dostrzegamy, że mamy obok siebie osobę, której szukamy, która jest nam bardzo bliska. Ja nie dostrzegałam mojego kuzyna.

Kiedy mój narzeczony dowiedział się, że jestem bezpłodna (sama też wcześniej o tym nie wiedziałam), zostawił mnie. Wtedy mój kuzyn bardzo mnie wspierał, pomógł się pozbierać. Aż pewnego razu poczułam, że jest dla mnie kimś więcej niż towarzyszem zabaw z dzieciństwa, kimś więcej niż przyjacielem czy bratem... Chciałam być z nim szczera, więc powiedziałam mu co czuję i okazało się, że on czuje dokładnie to samo od wielu lat.

Jesteśmy już razem pół roku, rodzina jeszcze nie wie, ale nie uważam, żebyśmy robili coś złego, dzieci i tak z tego nie będzie.

#f0lxC

Będąc małym dzieciaczkiem rozpoczęłam naukę w podstawówce w mojej wsi. Klasy były bardzo małe (do około 12 osób), wszyscy się ze wszystkimi znali, do wszystkich było blisko. Miałam dużo koleżanek, ogólnie żadnych problemów.

Mieliśmy w klasie pewnego chłopca. Był wysoki i nadzwyczajnie silny jak na swój wiek. Bardzo dziwnie zachowywał, prawdopodobnie był nadpobudliwy. Było mnóstwo sytuacji, które teraz z obrzydzeniem wspominam..

Sytuacja pierwsza: Kiedyś nauczycielka podczas lekcji musiała wyjść, on wyciągnął swojego penisa ze spodni i zaczął normalnie się masturbować. Wtedy jako mała dziewczynka nie wiedziałam do końca co się dzieje, więc razem z innymi dziewczynkami po prostu odwracałam wzrok. Kiedy nauczycielka przyszła i została przez nas poinformowana o sytuacji, nie zareagowała.

Sytuacja druga: po paru miesiącach chodzenia do jednej klasy ten chłopak zaczął się nade mną znęcać. Bił mnie, szczypał. Raz podczas długiej przerwy, na której jedliśmy śniadanie, wziął moją bułkę i wyrzucił ją za kaloryfer. Wiadomo, kanapka zakurzona i pełno było w niej syfu. Wróciłam niestety do domu głodna.

Sytuacja trzecia: Z moją przyjaciółką miałyśmy zabawę, gdzie na dużym korytarzu kładłyśmy się na podłogę i opierałyśmy wyciągnięte nogi na ścianę. Ten chłopak zamiast przejść obok postanowił przejść mi po twarzy. Przy tej sytuacji pani wpisała mu uwagę, która po paru minutach została na jej oczach przez niego zjedzona.

Najlepsze jest to, że to trwało miesiącami. Byłam mała i wystraszona i sama nie wiem czemu nie opowiedziałam tego rodzicom. Nauczyciele ich przez ten czasu ani razu nie poinformowali. Moja mama dowiedziała się od mamy mojej przyjaciółki, pytając jak ona to znosi i czy ma zamiar z tym iść gdzieś wyżej. Oczywiście mama w szoku nie wie o czym jest mowa.

Nękanie skończyło się dopiero kiedy moja starsza siostra zaczepiła go na ulicy i delikatnie poprosiła, żeby się ode mnie odpie*dolił. :)

#xyA5W

Jestem barmanem i kelnerem. Mam jednego stałego gościa, którego bardzo nie lubię. Typ, który ma strasznie duże wymagania, za bardzo się spoufala, a na koniec płaci kartą i nie zostawia napiwku.

Tak się złożyło, że podczas imprezy andrzejkowej organizowanej u nas w knajpie, zostałem oddelegowany do obsługiwania tego gościa.
Szanowny pan klient, już lekko wstawiony, przyszedł z żoną i znajomą parką. Zamówił u mnie flaszkę, a paniom pozwolił wybrać wino, oczywiście to on płacił.
Kobitki się zbytnio na winie nie znały, ja za to tak, a przynajmniej znałem nasz asortyment. Chciały białe wytrawne wino, które nie będzie zbyt garbnikowe (nie będzie wykręcać ryja podczas jego picia). Podałem więc nazwę idealnego dla nich trunku, trochę o nim poopowiadałem, jaki jest super i tak dalej. Szanowne panie zachwycone zdały się na mój gust.

Koniec końców odniosłem potrójne zwycięstwo. Towarzyszki mojego ulubionego gościa i jego kolegi wyszły bardzo zadowolone, właśnie z powodu wyśmienitego wina, które im poleciłem. Płatnik za to, kiedy zobaczył na rachunku, że trunek ten kosztuje jedyne 270 złotych za butelkę, musiał złapać się za kilka kieszeni, zanim znalazł odpowiednie pieniążki na uregulowanie rachunku, a ja zostałem pochwalony przez managera za to, że jako jedyny z barmanów, podczas imprezy andrzejkowej, sprzedałem coś lepszego niż butelka wódki.

#qvhhp

Mam siostrę. 3 lata. Jak zapewne większość dzieci, nie przepada za jedzeniem obiadu do końca, za to jakieś słodycze po obiedzie - zawsze chętnie.
Argumentując, że już jej się nie mieści, mała uparła się, że nie zje więcej - mama powiedziała, że OK, ale w takim razie deser też jej się nie zmieści. Co siostra odpowiedziała? "Ale zupa trafia do żołądka, a słodycze do serca!".
 
Nie wiem, kto jej to powiedział, ale nas przekonała :D

#VaWZa

Mam w klasie pewnego kolegę, na potrzeby historii nazwijmy go Adrian.

Adrian śmierdzi.

Długie, złote włosy opadają ciężko na ramiona, posklejane w smętne, szare od łoju pasemka, tworząc niejednorodną masę. Po stopniu ich przetłuszczania można stwierdzić jaki mamy dzień tygodnia - myje je zazwyczaj raz w tygodniu, w niedzielę, czasami jednak odpuszczając sobie ten rytuał.

Przez cztery lata technikum Adrian nie zmienił swojej bluzy w kolorze spranym, stanowiącej zagrożenie biologiczne, zaś jasnobeżowe sztruksowe spodnie zmienił na inny model dopiero, gdy ilość dziur przewyższyła ilość materiału. Potworny smród rozlewający się po sali w chwili zdjęcia bluzy powoduje natychmiastowe odwrócenie się osób znajdujących się w polu rażenia.

Na Adriana uważają nawet nauczyciele - zachowując bezpieczny dystans.

Zęby Adriana prawdopodobnie nigdy nie spotkały dentysty. Miejscami czarne, zniszczone już w tak młodym wieku.

Problemem Adriana nie jest bieda - jest członkiem jak najbardziej normalnej rodziny klasy średniej.
Problemem Adriana jest zaniedbanie, całkowita ignorancja wobec zasad higieny oraz życia społecznego. Adrian, mówiąc wprost, ma na swój smród oraz wygląd totalnie wywalone. Siedzi sam na pierwszej ławce, na przerwach zaś ogląda japońskie komiksy. I tak spędza życie, w bańce narastającego wykładniczo podczas zbliżania się do środka smrodu. Aspołeczny, ale jednocześnie chamski i niewdzięczny, proszący o pomoc, ale nigdy jej nie udzielający (gdy już się ktoś odważy poprosić w akcie desperacji), Adrian jest najbardziej specyficznym ze znanych mi ludzi.

I o ile w szkole uczniowie i nauczyciele starają się po prostu go unikać, Adrian odrzucony i śmierdzący będzie z pewnością miał spory problem ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy - bo który pracodawca zdecyduje się zatrudnić osobę tego typu?

Swojego czasu dostał od jednego ze szkolnych kolegów dezodorant na Mikołajki - chwilowo pomogło, włosy Adriana były coraz częściej czyste, kupił sobie nawet nową bluzę. Na krótko. Wrócił obecnie do swojego poprzedniego stanu, śmierdząc zatęchłymi, niepranymi ubraniami, zmieszanymi z zapachem niemytego ciała.

Zastanawiam się nad jednym: gdzie są rodzice? Czy żyjąc w tym samym domu nie widzą, jaki jest ich syn? Czy nawet dla własnego komfortu nie mogą zasugerować mu chociażby podstawowej higieny? Kupić nieco ubrań, by miał się w coś przebrać? Oczywiście, Adrian jest już pełnoletnią osobą, wciąż jednak mieszka z rodzicami pod jednym dachem. I to oni powinni zająć się przekazaniem mu, niby tak oczywistych w XXI wieku, zasad istnienia w społeczeństwie, jak dbanie o siebie w stopniu chociażby podstawowym.

Oczywistych? Nie dla wszystkich, jak widać.

#G1s1I

Lekko podpity wracałem z imprezy, około 4 w nocy, ciemno, pusto. Na piechotę, bo miałem niedaleko do domu. Będąc już na mojej ulicy, zacząłem wyciągać telefon z kieszeni - obiecałem napisać komuś z ekipy imprezowej, że bezpiecznie się dowlokłem. Ręce lekko drżały i nie mogłem ogarnąć zamka kieszeni. W końcu udało się szarpnąć i rozpiąć, jednak równocześnie z kieszeni wypadł telefon. Niestety nie na ziemię - pech chciał, że stałem na kratce ściekowej. Telefon zmieścił się idealnie w otworze i zniknął w czeluści kanału.

Chwilę stałem jak kołek, próbując ogarnąć co się właściwie stało. Kolejną chwilę kombinowałem, jak zdjąć tę kratę - z dużym trudem się udało. W środku śmierdziało, było ciemno i słychać było plusk wody. Wrzuciłem do środka kamyk - no tak, na dole jest pełno wody, więc telefon już jest zalany na amen, a nie ma żadnej drabinki, żeby spróbować zejść. Zrezygnowałem, założyłem kratę i powlokłem się do domu.
Znajomym powiedziałem, że telefon zgubiłem albo mi ukradli w klubie. Jakiś czas zbierałem kasę i w końcu kupiłem nowy telefon.

Dobry kumpel obejrzał go fachowym okiem i powiedział, że fajny. Ale ten poprzedni był lepszy, bo wodoodporny.

#NbCww

Historia z autobusu.

Jechałam pewnego dnia z mojego uroczego zadupia do pracy. W autobusie w większości osoby młode, pan kierowca w średnim wieku, z wąsem i brzuchem piwnym. W pewnym momencie puścił muzykę, i zaczął do niej śpiewać. Były to polskie przeboje z lat 80. Zapomniał tylko głośników wyłączyć. Gdy się zorientował, szybko zamilkł, ale wtedy pasażerowie zrobili coś wspaniałego...

Zaczęło się od jednego studenta, który dokończył "Ale wkoło jest wesoło". Potem do wspólnego śpiewania dołączały kolejne osoby, a pan kierowca w pewnym momencie włączył nam radio.
Jechałam w tym autobusie jeszcze 5 przystanków i naprawdę żal mi było wysiąść :)

#j4vgZ

Moja sąsiadka jest przemiłą, młodą kobietą.

Pewnego dnia w osiedlowym sklepie zabrakło jej pieniędzy na takie podstawowe produkty jak chleb, ziemniaki i marchewka. Dorzuciłam jej te parę groszy i zauważyłam łzy w jej oczach.

To dało mi do myślenia. Wróciłam do domu, usiadłam z moim facetem i stwierdziliśmy, że coś nam nie pasuje. Taka miła osoba, a prawie się rozpłakała, bo dołożyłam jej do zakupów raptem parę groszy.

Wzięliśmy jakieś ciastka z domu i poszliśmy porozmawiać. Niechętnie nas zaprosiła do środka, ale w końcu weszliśmy.
Przeprosiła nas za to, że nie może nam zaproponować kawy ani herbaty, ale ostatnimi czasy bardzo krucho u nich z pieniędzmi i wolą te pieniądze wydać na coś do jedzenia niż na kawę, której nie poczują w żołądku.
Zrobiło mi się jej żal.
Opowiedziała nam całą swoją sytuację.

Sąsiedzi mają super miłego i wesołego 3-letniego synka. Oboje pracowali, mieli kredyt i wszystko było OK, dopóki nie zachorowała mama sąsiada. Mieli wybór: albo oddać ją do domu starców, albo zabrać do siebie. Po długiej rozmowie postanowili, aby zamieszkała z nimi.
Aga musiała zrezygnować z pracy na rzecz pilnowania teściowej.
Wtedy zaczęły się jej finansowe kłopoty. Pensja męża i niewielka renta, której duża część rozchodziła się pierwszego dnia w aptece, nie wystarczały im nawet na dogodności takie jak kawa.
Po zapłaceniu wszystkich stałych opłat, wykupieniu leków i podstawowych rzeczy do domu, takich jak płyn do naczyń czy papier toaletowy itd., zostawało im 700 zł na cztery osoby na miesiąc.

Codziennie właściwie jedli to samo. Chleb ze smalcem i solą, bo najtaniej. Na obiad ziemniaki i marchewka, czasem wątróbka z cebulką. Rosół gotowany na korpusie, bo udka czy pałeczki za drogie. Ryż z mrożoną włoszczyzną, bo tanio można kupić na wagę w sklepie. Ryż z jabłkiem. I płatki kukurydziane na sucho dla synka, bo mleko za drogie. Czasem jakiś owoc dla synka i teściowej, bo jej zawsze było szkoda jeść takie drogie rzeczy jak np. banan czy pomarańcza.

Od razu zaproponowaliśmy pomoc finansową, ale odmówiła. Nie chciała przyjąć od nas gotówki.

Po wyjściu od niej ubraliśmy się i pojechaliśmy do najbliższego marketu. Kupiliśmy podstawowe produkty, takie jak kawa, herbata, mąka, olej, mleko, jajka, do tego owoce, warzywa, trochę mięsa i nabiału. Takie typowe produkty, co prawie każdy ma w domu.
Daliśmy jej całą siatkę jedzenia. Nie chciała tego od nas wziąć. W końcu stwierdziła, że weźmie to pod warunkiem, że będzie mogła uczciwie na to "zapracować".
Umówiliśmy się, że raz w tygodniu wpadniemy do niej z zakupami, a ona w zamian może wyprowadzać codziennie naszego psa jak jesteśmy w pracy. I tak wychodzi z małym synkiem na spacer, więc od razu może wziąć naszego psa.

My jesteśmy zadowoleni, bo możemy pomóc. Oni, bo mają co jeść.
A pies, bo częściej chodzi na spacerki.
Dodaj anonimowe wyznanie