Pół roku temu zostałem kierownikiem działu w firmie, w której pracuję od kilku lat. Mam pod sobą kilkanaście osób, w tym ją.
Nie, nie jestem zakochany w tej o dziesięć lat młodszej kobiecie (ja mam 35 lat, ona 25), ale jestem od niej w jakiś sposób... uzależniony. Do szaleństwa podoba mi się jej głos.
Jej głos mnie podnieca, sprawia dziką przyjemność, jest chwilą zapomnienia. Wszystko jednocześnie.
Zaglądam teraz pod byle pretekstem do swoich pracowników, aby tylko posłuchać jej głosu. Sam jednak wolę z nią nie rozmawiać, bo często wychodzę na głupca bardziej skupiając się na samym jej głosie, a nie na tym, co do mnie mówi. Z drugiej strony zazdroszczę innym facetom, do których się zwraca.
Piszę to wyznanie, bo właśnie skończyłem z nią rozmawiać o pogodzie, a rozmowę nagrałem bez jej wiedzy. Puszczę sobie wieczorem do snu.
Poza tym jestem normalny.
Siedzę sobie ostatnio w poczekalni do kardiologa. Jest małe spóźnienie. Do poczekalni wtacza się baba, siada koło mnie, czeka 10 minut i w końcu pyta na głos:
- Kto teraz wchodzi?
Więc odpowiadam, że ja.
- A to może mnie pani puści?
- Nie, przepraszam, już czekam długo.
(No a za mną jeszcze z cztery osoby, też by się pewnie nie ucieszyły - dodaję w myślach).
Na to baba zaczyna głośno oddychać, a po dłużej chwili mojego braku reakcji znów zagaduje, tym razem podając argument:
- Wie pani, bo ja tu przyszłam na serce, a na serce niezdrowo tak siedzieć...
No tak, bo pozostali z poczekalni do kardiologa przyszli leczyć grzybicę stóp...
Moim i męża marzeniem zawsze był pies. Stwierdziliśmy, że na pewno sobie takiego sprawimy, jak będziemy mieli warunki. Tak też się stało, miesiąc temu przeprowadziliśmy się do domku z dużym ogrodem. Warunki idealne. I z góry uprzedzam, że nie mam na myśli trzymania psa na łańcuchu przed domem, absolutnie nie.
Psa chcieliśmy koniecznie ze schroniska, najlepiej takiego brzydkiego kundelka, którego nikt inny by nie chciał. I znaleźliśmy biedną sunie, po wypadku, bez kawałka ucha i jednego oka. Typowy kundelek, w dodatku pokiereszowany, ale dla nas była piękna i od razu się zakochaliśmy. Myślałam, że będziemy trochę jak zbawienie dla pracowników schroniska, skoro chcemy akurat tego psa. Prawda okazała się zupełnie inna. Potraktowano nas bardzo niemiło i ostatecznie odmówiono nam adopcji, bo... ja i mąż mamy tatuaże! Owszem, mamy, i to niemało, bo mąż przez lata był tatuażystą, ja też z artystycznej branży, więc nikt nigdy nie miał z tym problemu. Aż do teraz, dosłownie jako argument podano nam to, że przez te tatuaże budzimy złe odczucia i pewnie bylibyśmy złymi właścicielami. Tak że nasze tatuaże to powód, dla którego ten biedny pies stracił szansę na kochający dom. Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby tak postąpić, ale boli mnie to strasznie.
Kilka dni temu byliśmy z dzieciakami nad zalewem. Zauważyłam dziecko chodzące w sposób wyraźnie wskazujący na "grubszą" zawartość w majtkach. Co zrobiła matka po tym, jak ojciec zaniósł jej malca z informacją co ma w majtkach? Wyszła poza oznaczone kąpielisko - tak 2-3 metry obok. i wypłukała całą zawartość do wody, gdzie obok kąpało się kilkadziesiąt dzieci!
Najgorsze było to, że zalew jest w pełni wyposażony w łazienki, które znajdowały się w niewielkiej odległości za nami. Czy potrzeba naprawdę ta dużo wyobraźni, żeby zachować się jak cywilizowany człowiek? I nie trzeba chyba dużego wykształcenia, żeby wiedzieć co to są bakterie kałowe i jak naraziła zdrowie tylu dzieci.
Dzisiaj rano jadąc autobusem słuchałam sobie muzyki na słuchawkach. W połowie drogi zorientowałam się, że słuchawki są zepsute, a muzyka która miała być w słuchawkach, była słyszana przez wszystkich w busie.
Dodam tylko, że były to na początku mocne rockowe utwory, a później rapy i to te najbardziej wulgarne. Zdziwiłam się, że nikt nie zwrócił mi uwagi. Wyszłam cała czerwona ze wstydu, jednak nic mi to nie da, bo wszyscy mnie znają, to mała miejscowość, masakra...
Jakieś 12 lat temu, zaraz po maturze wyjechałam z rodzicami za granicę, a konkretnie na południe Francji. Wszyscy znajomi mi zazdrościli, mówili 'o jakie ty to masz życie, ci Francuzi, to jedzenie, plaże, ciepło rok cały'.
Nie mam jednego znajomego, kolegi czy koleżanki, ciągle tylko praca-dom. Prowadzę z mamą małą piekarnię, wszyscy znajomi myśl,ą że zbijamy kokosy, a prawdę mówiąc idzie jako tako, wypłata dla mnie jest albo jej nie ma. Mieszkam dalej z rodzicami, sama nie wiem już czy ciągnąć to dalej, ale mimo wszystko wstaję codziennie nad ranem i z wyuczonym uśmiechem na twarzy idę robić swoje.
Jestem adoptowana. Dowiedziałam się o tym w 1 klasie liceum. Od zawsze rodzice mnie sprawdzali, mówili co mam robić, kontrolowali moje życie. Mam 23 lata, pracuję. Jestem na ukończeniu studiów. Chcę iść do dużego miasta, tam kontynuować naukę i pracować, chcę się przeprowadzić. Problem jest w tym, że nie potrafię z rodzicami rozmawiać, nie umiem im mówić o swoich emocjach, uczuciach, problemach. Dlaczego? Zawsze jak z nimi rozmawiam, kończy się to kłótnią. Według nich powinnam być z nimi, bo mi uratowali życie, więc muszę im się odwdzięczyć za to, będąc z nimi w domu i ich słuchając. Ale ja nie chcę. Mam już dość robienia tego, co oni chcą. Chcę zacząć żyć własnym życiem, tak jak ja sobie wymarzyłam. Nie wiem jak im o tym powiedzieć, boję się, że nie będą chcieli mnie znać, a mi już psychika siada.
Mieliśmy wtedy po 15-16 lat. Początek września, w szkole jeszcze luzy, więc większość czasu po lekcjach spędzało się na świeżym powietrzu. Siedzieliśmy wtedy w 5 osób na boisku szkolnym starej podstawówki, do której wszyscy chodziliśmy, przy dość ruchliwej drodze. Nie pamiętam o czym wtedy dyskutowaliśmy, w każdym razie rozmowa została gwałtownie przerwana przez huk rozbijanego samochodu.
Stara corsa roztrzaskana na drzewie. Taki widok zastaliśmy. Nikt się na moment nawet nie zawahał. Koleżankę wysłaliśmy do pobliskiego sklepu po pomoc. Drugiej kazaliśmy stanąć kawałek dalej na drodze, by zatrzymywała ewentualnie jadące samochody. Ja i dwóch kolegów próbowaliśmy wyciągnąć kierowcę, młodą dziewczynę, z samochodu. Była zakleszczona i pomimo naszej walki, naszych starań, nie udało się. Zmarła na naszych oczach. Strażacy, którzy przyjechali chwilę później, a potem ratownicy medyczni z karetki, reanimowali ją jeszcze przez ponad godzinę, ale bez skutku.
Od tamtej pory minęło 14 lat, a ja nadal czasami się budzę zlany potem i mam przed oczami tę scenę. Wyraz twarzy tej dziewczyny, do końca świadomej. Jej wzrok, błaganie o pomoc i jednoczesną świadomość, że umiera. I naszą bezsilność.
Mimo że każdy z naszej paczki poszedł swoją drogą i nie widujemy się tak często jak kiedyś, dalej mamy ze sobą kontakt. I co roku, w rocznicę tego wypadku, chodzimy na cmentarz złożyć kwiaty na grobie dziewczyny. Co roku widujemy się z jej rodzicami i za każdym razem słyszymy to samo. "Nie mogliście jej pomóc", "Zrobiliście co mogliście". I za każdym razem mamy nieodparte wrażenie, że zrobiliśmy za mało. Że mogliśmy się wtedy bardziej postarać, to wtedy może by żyła.
Kiedyś jeden z sąsiadów moich rodziców, który doskonale znał sprawę, zapytał nas na cmentarzu, dlaczego jesteśmy tutaj co roku. Mimo że minęły już lata i powinniśmy iść dalej w życiu. Długo zastanawialiśmy się nad odpowiedzią, aż w końcu koleżanka odparła "Bo to jedyne co możemy zrobić. Przyjść tutaj i prosić na jej grobie o przebaczenie, że wtedy zrobiliśmy za mało, by ją uratować".
Moi rodzice kilka lat temu przygarnęli suczkę, którą ktoś przywiązał do drzewa. Po dwóch tygodniach oszczeniła się i miała pięć młodych. Zaproponowałam rodzicom, że jak tylko będzie to możliwe, to wezmę ją do weterynarza, żeby ją wysterylizował. Tata nie ma czasu, bo pracuje praktycznie na dwie zmiany, a moja matka nie chciała o tym słyszeć, bo "jak można krzywdzić sunię, przecież ona ma uczucia i kocha swoje dzieci i nie można jej odbierać radości". Argumenty, że się jej tę radość później odbiera, jak trzeba szczeniakom nowe domy znaleźć i w efekcie suczka cierpi jeszcze bardziej nie docierały.
Sunia miała szczeniaki jeszcze raz. Ostatni raz. Od dwóch lat jest spokój i wielkie zdziwienie, że jakimś cudem nie ma szczeniaków. Nigdy się nie przyznam, że jak rodzice pojechali na wakacje, a ja opiekowałam się ich domem, to wzięłam wszystkie zwierzaki (ową suczkę, jej dwie córki, których nikt nie chciał i kotkę) do weterynarza i zrobiliśmy co trzeba.
Tata chyba się domyślił, ale nic mamie nie powie, a jej z panem weterynarzem wmówiliśmy, że teraz tyle tej chemii w jedzeniu, że nawet zwierzęta mogą stracić płodność. Mnie nie uwierzyła, ale jak pan doktor potwierdził, to już tak.
Nigdy nie zrozumiem, jak można być tak ograniczonym w niektórych kwestiach, jak moja własna matka.
Przemawia do was zimny sk*****, który nie pomógł kobiecie, gdy ta doświadczała przemocy domowej, ale od początku...
Od klasy 3 byłem prześladowany przez dziewczynę, która chodziła wówczas do klasy 5, wiodła prym w swoim "gangu szkolnym". Nie wiem co ona sobie we mnie upatrzyła, ale wymyślała ze swoją grupą co rusz nowe pomysły, aby mi dokuczyć, od posklejania zeszytów i książek, przez wymuszanie kasy pod groźbą pobicia, po kradzieże. Interwencje u nauczycieli tylko pogarszały sprawę, byłem uznawany za "konfidenta" i "pipę", która daje się bić przez dziewczynę. Ta gehenna trwała do końca jej gimnazjum (dodam, że szkoła wówczas była zespołem szkół z podstawówką i gimnazjum). Od kiedy poszedłem do liceum postanowiłem, że nigdy nie będę czyjąś ofiarą. Zapisałem się na siłownię i boks, dziś jestem gościem, do którego lepiej nie podchodzić, ale o gołębim sercu, który z chęcią pomoże komukolwiek.
Wyznanie właściwe...
Jakiś czas temu, gdy robiłem zakupy, byłem świadkiem pewnej kłótni między parą, mianowicie kłócił się z wyglądu typowy osiedlowy Seba z pewną dziewczyną, też można byłoby przypisać wygląd Karyny. W pewnym momencie Seba dał jej z liścia tak, że się przewróciła. Wtedy pomyślałem "O nie, skoro on taki damski bokser, to może niech spróbuje do mnie wyskoczyć..." i oczywiście podszedłem do nich i z miejsca dałem mu przysłowiowego "lepa na ryj". Tak jak myślałem, do słabszych kozak, a z równym sobie p****. Przyjrzałem się z bliska dziewczynie, widać było siniaki na jej ciele, czyli ofiara przemocy domowej, chciałem jej pomóc, ale gdy spojrzała się na mnie... tak patrzę, skądś ją kojarzę. Wtedy wspomnienia ze szkoły do mnie wróciły. TAK, W OFIERZE PRZEMOCY DOMOWEJ ROZPOZNAŁEM SWOJĄ OPRAWCZYNIĘ Z LAT SZKOLNYCH. Wtedy chęć jej pomocy od razu minęła, zaś do Seby powiedziałem "Gościu, nie wiem kim ty jesteś, ale... baw się dobrze", po czym odszedłem ze swoimi zakupami.
Przypadkiem dowiedziałem się, gdzie oni mieszkają, więc podpytałem się sąsiadów o tę parę. Potwierdzili, że mają niebieską kartę, co najmniej raz na 2 tygodnie przyjeżdża policja, ale ilekroć się nie zjawią, ona broni swojego Seby. Czyli tak jak myślałem, typowa ofiara przemocy, chociaż w tej kwestii mam względnie czyste sumienie. Nawet gdybym faktycznie jej pomógł, zaraz by do niego wróciła.
Pewnie pomyślicie, że jestem zwyczajnym draniem, który przyzwala na przemoc. Owszem, nie jestem dumny z tego powodu, ale odpowiedzcie sami na pytanie, czy chcielibyście pomóc osobie, przez którą swoje też wycierpieliście?
A co do Ciebie, kobieto, mogę napisać, że los się na tobie zemścił :)
Dodaj anonimowe wyznanie