#P0tXt

Nienawidzę dzieci.

Moja matka urodziła łącznie 6 dzieci, z których ja jestem najstarsza. Moja 6 lat młodsza siostra Maja choruje na zespół Downa. Pozostała czwórka ma innych ojców. Najmłodsze z mojego rodzeństwa ma 2,5 roku, starsze 6, następne 8, kolejne 12, a Maja ma 16.
Od kiedy opuścił nas mój ojciec, musiałam powoli opiekować się rodzeństwem. Wtedy była to tylko upośledzona Maja, przez którą i tak miałam braki w pracy domowej (w pierwszej klasie!) i inne problemy, na przykład trudności z zasypianiem (musiałam się nią zajmować, kiedy matka szlajała się gdzieś po nocach). Z każdym kolejnym dzieckiem było gorzej, musiałam się nimi zajmować bez względu na mój wiek i szkołę, bo matka miała "pracę", a poza tym hobby w postaci alkoholu. Musiałam powtarzać 6 klasę.
Kiedy w końcu myślałam, że wyjdę na prostą, pójdę do liceum, a potem na wymarzone studia, urodził się Mateusz. Musiałam się nim zajmować, mimo że nienawidzę go równie mocno jak reszty rodzeństwa. Nienawidzę ich tak mocno, że pewnego dnia nawet ich nie nakarmiłam, a te durne dzieci, najstarsze (nie licząc Mai) w wieku jedenastu lat, nie wpadły na to, jak wyjąć płatki z szafki!
Matka wciąż się nimi nie opiekuje, ja powtarzam ostatnią klasę liceum. Chciałabym się wydostać z tej dziury, od tych małych potworów, i zacząć swoje życie, ale wiem, że z moją matką i obecnymi obowiązkami to nie będzie szybko możliwe.

#MUg71

W końcu po kilku latach przeglądania anonimowych i ja zdecydowałam się wyznać moją tajemnice. Uwaga, będzie niesmacznie.

Jestem picowcem. Uwielbiam jeść kurz. Mowa tu o kurzu, który zbiera się na meblach, drzwiach, podłodze. Nie przeszkadza mi nawet, że są w nim włosy. Kocham jego zapach, konsystencję. Najlepszy jest taki z pomieszczeń, gdzie jest położona wykładzina dywanowa. Wtedy kurz jest puchaty i nie ma drobinek piasku, które zgrzytają między zębami. Uwielbiam też przebywać w zakurzonych pomieszczeniach oraz wąchać powietrze wydobywające się z odkurzacza.

Nie wiem skąd mi się to wzięło. Po prostu jako dziecko nie mogłam się pohamować by tego nie skosztować i tak mi już zostało. Teraz mam 30 lat i muszę skrupulatnie to ukrywać przed mężem. Jak jeszcze mieszkałam w rodzinnym domu, to brat mnie przyłapał na moim podjadaniu i powiedział mamie. Oczywiście ja się jakoś wybroniłam mówiąc, że oglądałam Perfekcyjną Panią Domu i robiłam test białej rękawiczki. Na szczęście mama uwierzyła i po tej sytuacji byłam bardziej ostrożna. Do tej pory nikt nie wie, co ja wyprawiam i dlaczego w moim domu jest tak czysto. Wiem, że to trzeba leczyć. ale jakoś nie mam odwagi iść do lekarza. Spaczone łaknienie występuje często i widziałam kilka wyznań o tym. Nigdy jednak nie widziałam wyznania osoby, która jest takim dziwakiem jak ja.

Uff, w końcu to z siebie wyrzuciłam.

#u2R7K

Wszyscy znajomi zazdrościli mi mamy. Zawsze z bratem mogliśmy robić to co chcieliśmy. Jak coś przeskrobaliśmy, mama zawsze stała za nami murem.

Lata mijały. Ja skończyłam studia i poszłam do pracy. Mój brat zaczął się staczać - alkohol, używki. Próbowałam przemówić mamie, żeby coś z tym zrobiła - brat zaczął mnie bardzo źle traktować, wyzywać, wyśmiewać. Mama niby jakoś interweniowała, ale z marnym skutkiem. Brat przestał się kryć z braniem, sprowadzał nowych znajomych do domu. Mama wolała nie widzieć jego złego zachowania. Czasem tylko płacząc błagała, żeby się opamiętał, a on ją przepraszał i obiecywał poprawę - i tak w kółko.
Życie toczyło się dalej. Ja wyszłam za mąż, zaczęliśmy budowę domu. Brat dalej mieszkał z mamą. W międzyczasie stracił prawko za jazdę po alkoholu, później policja znowu złapała go pijanego za kierownicą.

Zaraz po weselu odwiedzałam mamę. Prosiłam ją, żeby wyrzuciła brata z domu. Ona jednak kompletnie nie brała tego pod uwagę. Uważała, że jej synek jest biedny i pokrzywdzony. Pobity przez niego chłopak sam był sobie winien, bo się do niego przyczepił. To, że zabrali mu prawko, to wina policji, która nabija statystyki. Burdel po imprezie to wina znajomych synka, a nie jego. Mama nie rozumiała, że jeśli dalej będzie popierać wybryki 30-letniego faceta, to wcale mu nie pomoże, a wręcz przyczyni się do jego upadku.

Kiedy przyjeżdżałam do mamy i opowiadałam jej co u mnie (ciąża, budowa domu), to dla niej i tak ważniejsze były problemy brata.
W końcu miałam dość takiego traktowania. Przestałam tam jeździć i skupiłam się na swojej rodzinie.

Mojego brata w końcu spotkała sprawiedliwość - miał wypadek pod wpływem %. Zmarł na miejscu, na szczęście zrobił krzywdę tylko sobie.
Moja mama... wrak człowieka.

Po pogrzebie zaczęłam ją często odwiedzać, ale szczerze mówiąc... była mi ona kompletnie obojętna. Pomogłam jej podnieść się po tej stracie tylko dlatego, żeby rodzina nie gadała, że jej nie pomagam.
Po jakimś czasie z moją mamą było już lepiej. Zaczęła się bardzo starać, żeby odnowić ze mną relację - na świecie zostałam jej tylko ja. Jednak ja nie chciałam jej do nas dopuścić. Kiedy chciała przyjechać do nas, ja mówiłam, że nie mamy czasu. Kiedy zapraszała na obiad - odmawiałam. To, że sprawiałam jej przykrość, sprawiało mi... satysfakcję. Cieszyło mnie to, że sprawiam jej ból. Wiem, że przeżyła ogromną tragedię, ale wiem też, że gdyby mój brat żył, to pewnie dalej miałybyśmy kontakt tylko od święta. Teraz mama zabiega o spotkania z nami. I choć widzę, że cieszy ją każda chwila spędzona z moją rodziną, to nie potrafię się przełamać do kontaktów z nią. Jakaś część mnie każe mi ją karać za to, jak mnie traktowała wcześniej. Niby mama nic konkretnego mi nie zrobiła, ale ja czerpię chorą satysfakcję, że została sama.

#x2jt6

Jestem tchórzem. Cholernym tchórzem, który tchórzy, gdy zaczyna robić się trochę poważniej. Ale po kolei.

Jestem introwertykiem. Mam paru znajomych, ale żeby się z kimś spotkać, to istne święto. Nie mam nic przeciwko, samotność w gruncie rzeczy jest mi na rękę, choć przyznam, że brak przyjaciół czasem dobija.

Mam 23 lata, nigdy nie miałam chłopaka, zero też jakichkolwiek doświadczeń w strefie intymnej. Ponieważ nie lubię imprez w jakiejkolwiek formie, a znajomych jak na lekarstwo, postanowiłam zaryzykować internetowe znajomości. I znalazłam kogoś, z kim dobrze się gadało. Ale kiedy przyszło do zobaczenia się w realu, stchórzyłam. Skasowałam konto na portalu i udawałam, że nic nie miało miejsca. Ale za jakiś czas postanowiłam się przemóc i ponowiłam próbę. Skończyło się tak samo. I tak przynajmniej kilka, o ile nie kilkanaście razy. Wszystko okej, póki ktoś nie zaproponuje spotkania. 

Nie boję się, że to potencjalny zboczeniec. Nie ogarnia mnie panika, nie pocę się, nie trzęsą mi się ręce. Robię to, jakbym to nie była ja. Jakbym wyłączała stronę, która mało mnie interesuje, a potem zastanawiam się, dlaczego to zrobiłam.
Wiem jedno - jestem tchórzem.

#VVP4R

Odkąd pamiętam po naszym osiedlu kręciło się sporo żuli, którzy zawsze pod sklepami chlali piwo. Oczywiście w standardzie było żebranie o hajs każdego przechodnia "kierowniku poratuj złotówką". Tak poza tym byli raczej nieszkodliwi, jedynie bił od nich okropny smród i mocno przeklinali, więc omijaliśmy ich z daleka.
Był jednak jeden taki żul, który użebraną kasę oddawał nam, dzieciakom. Zawsze kiedy bawiliśmy się na ulicy, on podchodził do nas chwiejnym, pijackim krokiem i dawał każdemu po 5 zł, bo "fajne z was dzieciaki". I nie, nie było żadnych podtekstów, w zamian chciał żebyśmy mu tylko pokazali jakieś nowe sztuczki na rolkach czy desce albo jak się wspinamy na trzepak, czy na drzewa, czy też jak gramy w piłkę. Czasami też prosił, żebyśmy mu opowiedzieli jak było w szkole. Czasem sam nam kupował słodycze. To były jeszcze czasy, kiedy rodzice nie dawali tak często kieszonkowego, bo niewiele zarabiali, więc dzieci, nawet te powyżej 10 lat, cieszyły się każdą złotówką.

Pewnego dnia zrobiliśmy dla niego laurki, popisaliśmy na nich życzenia, porobiliśmy rysunki i daliśmy mu je. Jak on się bardzo cieszył, że coś od nas dostał... Niestety krótko po tym zmarł na marskość wątroby.

Mama później mi powiedziała, że ten pijaczek miał córkę i syna, którzy wyjechali za granicę i nie utrzymywali z nim kontaktu. Nigdy nie widział swoich wnuków, wiedział tylko, że je ma, więc traktował dzieci z osiedla jak swoje wnuki.

#9MR2v

Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego wyznania, ale być może otworzy to oczy innym osobom.

Pracuję w małym pensjonacie od 3 lat, co kluczowe dla historii - zajmuję się przyjmowaniem gości i sprzątaniem. Z roku na rok goście za coraz gorsi, nie mówię już o pretensjach, o byciu niemiłym i niegrzecznym. Ludzie zostawiają taki syf, że się w głowie nie mieści. Mimo jasnych zasad, regulaminów itd. goście notorycznie zostawiają bałagan. Nie mówię o normalnym zużyciu apartamentu, mówię o paleniu, przypalaniu mebli, plastelinie w dywanie czy rysowaniu po podłodze przez dzieci, spaniu przez zwierzęta na kanapach itd. Rozumiem, to moja praca, posprzątam, ale ludzie... Pokoje po jednej dobie wyglądają jak po dwóch tygodniach pobytu. Przykład z zeszłego tygodnia: goście przyjeżdżają, pełno jedzenia na podłodze, zostawionego wszędzie, przypalenia kanapy, komora gazowa z dymu i smrodu i pretensje, że proszę o opuszczenie pokoju - 1,5 godziny po zakończeniu doby hotelowej.
Przy tym wymagania z kosmosu, pretensje o wszystko. Pretensje, że trzeba zapłacić, że doba się skończyła, że trzeba się wymeldować i dopłacić za 1,5 godziny oczekiwania przeze mnie na opuszczenie pokoju.

Chciałabym, żeby ludzie zaczęli szanować innych, ich czas i pracę. Żeby popatrzyli na siebie, swoje zachowanie i zaczęli więcej wymagać od siebie, a nie tylko od innych.

#CCiGX

Nienawidzę życia w tym kraju.
Nie mam żadnych długów, żadnych nałogów, pracuję legalnie na pełnym etacie, płacę podatki, a na nic mnie nie stać. Dosłownie 90% pieniędzy idzie na rachunki, zdarza się, że nie ma nawet na jedzenie, które jest tak cholernie drogie. Jest mi strasznie przykro z tego powodu, że jestem niewolnikiem, tak bardzo bym chciał normalnie żyć. Naprawdę nie jestem wymagającym człowiekiem, ale chciałbym, żeby od wypłaty do wypłaty starczało na jedzenie, żebym raz w miesiącu mógł sobie kupić buty, grę na konsolę czy wyjść do kina.

Czy tu kiedyś będzie lepiej? Zmiana pracy niczego tu zmieni, nie jestem super inteligentny, ale pracuję, nie leżę i uważam, że należy mi się trochę więcej od życia.

#1y66j

Mam 50+ lat. Od dłuższego czasu szukam pracy. Jestem mgr inż branży elektrycznej. Dzisiaj byłem na rozmowie na stanowisko magazyniera... Młody wiceprezes jak mnie zobaczył, to nie chciał nawet obejrzeć dokumentów, tylko stwierdził, że jestem za stary nawet na bramę, bo złodzieja nie dogonię. I gromko zarechotał ze swojego dowcipu.
Że ja jeszcze nie mam depresji, to sam się dziwię...
Dodaj anonimowe wyznanie