Mam męża, który kiedyś był cudowny. Niestety wpadł w alkoholizm. Zmagaliśmy się z jego chorobą przez parę lat, były i wszywki, i psycholog, i nawet psychiatra, który przepisał mu leki wyciszające. Niestety dało to tyle, że pił mniej, ale za to brał kilkukrotne dawki leków i chodził otępiały, zasypiał nawet podczas posiłku. Czyli z alkoholika stał się alkoholiko-lekomanem.To był koszmar. Płakałam codziennie. W końcu miałam dość i dałam mu dwa miesiące na zmianę - jeśli nie pójdzie na leczenie, to odchodzę. To było w lipcu ubiegłego roku.
Ogarnął się, zaczął chodzić na spotkania, przestał pić. Przestał brać leki. Już było cudownie, aż do początku pandemii. Zaczął się dziwnie zachowywać, wpadł w wir pracy, nie wracał czasem na noc, był opryskliwy, wszystko go we mnie denerwowało. Pomyślałam, że pewnie mnie zdradza i właśnie rozpada nam się małżeństwo, jednak pewności co do zdrady nie miałam. Nadal nie jestem pewna co do zdrady, ale już wiem, co się z nim dzieje. Zaczął pić. Ja siedzę w domu, dbam o siebie, mam chorobę, przez którą mam obniżoną odporność, wiec stosuję maseczki, rękawiczki, płyny do dezynfekcji, jak już raz na dwa tygodnie wyjdę na te zakupy.
Wyobraźcie sobie moją rozpacz, jak w piątek wchodzi w nocy mój mąż, ledwo się trzyma na nogach, pijany, bez mycia rąk, ładuje się prosto do łóżka i zasypia. Obudził się rano, pojechał gdzieś taksówką, wrócił trzy razy bardziej pijany i znów to samo. Zero higieny, prosto do łóżka. I nie mówcie mi, że mam go nie wpuszczać. Zamknęłam się wczoraj, ale on po pijaku nie ma żadnych zahamowań, walił do drzwi 20 minut w nocy, aż podałam się, bo co sąsiedzi winni, i go wpuściłam.
Boję się. O niego, ale bardziej o siebie. Chcę rozwodu, przygotowałam wniosek, ale sądy teraz nie zajmują się tak "błahymi " sprawami. Nie wiem co robić, jestem w strasznej rozsypce. On się już raczej nie zmieni. A ja się boję nie tylko o zdrowie, ale też o finanse. Nie wiem co mu strzeli do łba po pijaku.
Miałam 14 lat (czyli było to 15 lat temu) i wracałam z koleżankami ze szkoły. Nagle wyprzedził mnie jakiś mężczyzna, nie wiem ile miał lat, ale na pewno był sporo starszy, a przy tym wyprzedzaniu szturchnął mnie mocno ramieniem. Odruchowo krzyknęłam "Uważaj, koleś!", na co on wrócił się i ze słowami "Nie jestem żaden koleś. Jak rodzice nie nauczyli cię kultury, to ja cię nauczę", uderzył mnie mocno w twarz. Po czym odwrócił się i odszedł.
Byłam w szoku, podobnie jak moje koleżanki. Nie powiedziałam o tym rodzicom, bo wtedy było mi wstyd, ale teraz, kiedy jestem dorosła, wiem, że to nie mnie brakowało kultury, tylko jemu.
Lipiec 2015 r. Wtedy zaginął mój starszy brat. On miał 20, ja 17 lat.Wyszedł do sklepu i rozpłynął się w powietrzu. Nigdy nie sprawiał żadnych problemów, w domu był kochany. Pamiętam ten strach, niepewność, nieprzespane noce, setki rozwieszonych plakatów. We wrześniu miałam 18 urodziny. Nie było nawet tortu, bo rodzice byli zajęci poszukiwaniami. Policja rozkładała ręce, nikt nic nie wiedział. Każde święta, urodziny były dniami napięcia, że nie ma go z nami, że może dzisiaj wróci. Widziałam jak bardzo moi rodzice są tym zmęczeni, wiecznym czekaniem i niepewnością. Czy żyje, czy ktoś zrobił mu krzywdę, czy nie jest głodny, nie jestem mu zimno. Zaczęliśmy uczyć się z tym żyć, chodzić do pracy, ale nadal nie przestając do szukać.
W listopadzie 2019 mój brat zapukał do drzwi. Pamiętam ten szok jak otworzyłam, a on tam stał. Gładko ogolony, ścięty na krótko, normalnie ubrany, uśmiechnięty. Przed zaginięciem nosił długie włosy, brodę, styl na metala. Rodzice szczęśliwi, ale każdy chciał wiedzieć co się stało. Otóż mój brat postanowił odpocząć. Tak, moi drodzy, po prostu odpocząć. Był zmęczony technikum, maturą, obowiązkami domowymi, więc uznał, że zrobi sobie "wakacje życia". Ściął włosy, ogolił się, łapał się dorywczych prac. Uznał, że odpoczął, więc wrócił. Tak po prostu.
Byłam tak wściekle zła, że wyrzuciłam z siebie wszystko co mnie bolało. To jak cierpieli rodzice, tata przeszedł zawał, ile łez wylali, bo gnojek był zmęczony. Mój tata kazał mu wyjść i nie wracać. Skoro tak dobrze żyło mu się bez rodziny, niech żyje tak dalej. Brat próbował szukać poparcia u mamy, ale ona się nie ugięła, chociaż widziałam jak jest jej ciężko. Brat wyszedł i to był nasz ostatni kontakt z nim. Od rodziny wiem, że szukał pomocy u nich, nagadał jak to nie chcemy mu pomóc, jacy źli jesteśmy, że nic nie jest jego winą. Na szczęście znali naszą wersję.
Rodzice nie chcą go znać, nikt nie rozumie dlaczego tak nas potraktował. Dlaczego nie powiedział "muszę wyjechać i odpocząć". Nigdy nie byliśmy bici, w domu niczego nie brakowało, rodzice rozmawiali z nami o wszystkim, ufali nam.
Dzisiaj brat napisał mi na Fb wiadomość. Czy nie jest mi głupio, że święta spędzamy bez niego, jak ja mogę spać po nocach wiedząc, że rodzice wyrzucili go z domu, że on nie ma pieniędzy i mogłabym mu coś dać, bo rodzice są bezczelni, a on jest taki biedny i pokrzywdzony. Przecież nic złego nie zrobił! Odpisałam, że w końcu rodzina śpi spokojnie i życzę wesołych świąt.
Nie potrafię zrozumieć dlaczego ktoś, komu niczego nie brakowało był w stanie tak skrzywdzić swoich najbliższych. Siedząc przy świątecznym śniadaniu mama powiedziała "Wiecie? Ja w końcu jestem spokojna. Mimo że to mój syn, to już jest dobrze". Oboje z tatą jej przytaknęliśmy. Ja już nie mam brata i nic go nie obroni.
Od jakiegoś czasu robię sobie zabiegi body wrappingu (smarujesz spyrki specjalnym balsamem rozgrzewającym, owijasz się folią i czekasz aż boczusie i cellulit się wypalą).
Zrobiłam już cały słoiczek pamiętając, że jak posmaruje się za grubo, to będzie źle. Wszystko ładnie, wszystko pięknie, aż do dzisiejszego wieczoru.
Została mi już taka ładna końcówka, na raz za dużo, na dwa za mało. Nałożyłam to wszystkim na ciało, owinęłam się folią i leżę. Powinno się w tym siedzieć jakieś 40 minut. Wytrzymałam 3. Poparzyłam dupsko i brzuch.
Teraz to siedzę gołą dupą na kafelkach, to się kładę na brzuch. Zaczyna mi już brakować zimnych kawałków podłogi w łazience :(
Apteki na szczęście jeszcze czynne, więc poszłam i kupiłam na zapas pudełko podpasek. Już po odejściu od kasy zobaczyłam, że wzięłam nie ten rodzaj co zwykle. Podeszłam z pudełkiem do aptekarza i pytam - czy może mi pan zmienić?
Młody farmaceuta zrobił się cały czerwony aż po końcówki uszu:
- Ale ja nigdy tego nie robiłem...
Chyba niechcący wystraszyłam niewinnego prawiczka.
Doniosłam na sąsiadów. Po kolei. Jestem w grupie ryzyka. Boję się tego dziadostwa, na szczęście mam możliwość siedzieć w domu. Z niepokojem obserwowałam sąsiadów, a właściwie ich nastoletnie dzieci, które non stop wychodzą z domu, wsiadają na rowery, czy przyjmują całe stado nastolatków pod swój dach. Dziwię się sąsiadce, że na to pozwala, jednak nie znamy się na tyle, żebym mogła to jakoś usprawiedliwić. Przyjeżdżają do niej co parę dni jacyś ludzie z dziećmi, może rodzina, może znajomi, kawkują wtedy na podwórku.
Czarę goryczy przelała impreza urządzona przez dzieciaki wielkanocnego wieczoru. Po prostu zgłosiłam imprezę na policję, a oni zajęli się resztą. Nie żałuję.
Czuję się wzorowym ojcem :)
Jestem z zawodu policjantem. Rok temu na służbie przechadzałem się warszawskimi bulwarami. Wiadomo, było tam dużo nieletniej młodzieży z piwkiem w lewej ręce, a w prawej z papierosem. Większości odpuszczałem, chyba że byli bardzo głośni. Już kończyłem obchód kiedy zobaczyłem chłopaka mojej córki całującego się z jej koleżanką, która czasami bywała u nas w domu. Przy okazji popijali sobie wódką czy czymś innym. Zrobiło mi się ogromnie żal mojej córki. Jako, że wiedziałem, że chłopaczysko i przyjaciółka są nieletni, to z przyjemnością ich spisałem. Poznali mnie, próbowali pożartować z tatusiem policjantem. Wróciłem do domu, wziąłem córcię na kanapę i jej delikatnie opowiedziałem.
Następnego dnia wróciła do domu po zerwaniu z chłopakiem i kłótni z koleżanką. Do wszystkiego się przyznali. Córce było przykro, ale miała tę satysfakcję, że zostali "nakryci".
Drażni mnie podejście niektórych osób.
Od około miesiąca obserwuję na Facebooku pewne zjawisko. Ktoś wystawia maseczki, ceny są przeróżne, od 3 zł za sztukę do nawet 20 zł. Pod większością ofert maseczek znajdą się komentarze typu: "Rozdaj za darmo", "Daj za darmo do szpitala", "Żerujesz na ludzkiej krzywdzie, hieno". I wiele wiele innych tego typu.
Chciałabym wyjaśnić pewną rzecz, być może obecnym tu autorom podobnych komentarzy.
Otóż wyobraź sobie sytuację, że masz działalność rękodzielniczą i to jest twoje jedyne źródło dochodu - szyjesz jakieś rzeczy typu wyprawki dla dzieci, ubrania, torebki czy inne. Przychodzi koronawirus, a z nim kryzys gospodarczy. Ludzie przestają kupować twoje wyroby z różnych powodów. Z dnia na dzień tracisz dochód, nie masz z czego opłacić rachunków, kupić jedzenia, nakarmić zwierząt, pokryć kosztów prowadzenia działalności czy wypłat dla pracowników, jeśli ich masz. Nad firmą wisi widmo bankructwa z komornikiem na czele. Robisz wszystko, by sprzedać swoje rękodzieło, wkładasz w to wszelkie siły, nie śpisz po nocach, żyjesz w stresie, ale jak wcześniej sprzedawało się coś codziennie za spore kwoty, tak teraz sprzeda się coś może raz na trzy dni, może rzadziej, i to za niewielkie kwoty, a to zdecydowanie za mało, żeby z tego przeżyć. Pracy nie możesz znaleźć, bo skoro jest kryzys i ludzie jeszcze pracę tracą, to nie jest to takie proste. A jeść trzeba. Niektórzy pewnie zamkną firmy i będą liczyć na to, że pracę znajdą albo właściciele mieszkań się zlitują i odroczą czynsz. Ale są też tacy, którzy będą próbowali ratować swoje biznesy, bo włożyli w to kilka lat życia, wiele nieprzespanych nocy i wyrzeczeń, nie chcą tego teraz stracić, zwolnić pracowników i zostawić ich na lodzie bez pracy i dochodu.
Wyobraź sobie, że to jesteś właśnie ty.
Bierzesz się więc za szycie maseczek, bo to jedyny sposób, by utrzymać działalność, pracowników i siebie. Czyli to, na co jest teraz zapotrzebowanie. Wcześniej było duże zapotrzebowanie na kocyki dla dzieci, damskie torebki, maskotki, teraz go prawie nie ma, jest zapotrzebowanie na maski.
Kupujesz materiały, które teraz kosztują niemało, bo część fabryk od długiego czasu stoi, a te, które funkcjonują, drastycznie podnoszą ceny i tak jak kiedyś można było kupić metr bawełny za 7-12 zł, tak teraz jest od 13-25 zł za metr. Inwestujesz pieniądze, swój czas, siły. Szyjesz, wystawiasz na FB, bo sporo osób tam teraz siedzi, więc łatwiej dotrzeć do klientów.
Masz nadzieję, że ktoś coś kupi i będziesz mieć z czego nakarmić dzieci, zapłacić rachunki, wypłacić pensje pracownikom, żeby też mogli nakarmić swoje dzieci.
W odpowiedzi czytasz "daj za darmo", "hieno, żerujesz na krzywdzie" i temu podobne...
Nie musisz kupować maseczek jeśli nie chcesz, możesz je zrobić sam, ale proszę, nie hejtuj osoby, która właśnie tonie.
Przez 20 lat życia mój ojciec traktował mnie jako zło konieczne - wpadł z matką w młodym wieku i musiał zmienić swoje plany życiowe. Całe życie wypominał mi to - może nie mówił wprost, ale dawał sugestie, że gdybym się nie pojawiła, jego życie byłoby lepsze. Całe dzieciństwo obwiniałam się za to, że zniszczyłam mu życie. Zawsze bałam się o cokolwiek poprosić, bo nie chciałam słyszeć wykładu, że i tak wystarczająco dużo dla mnie zrobił. I tak przez 20 lat życia. W wieku 18 lat znalazłam pierwszą dorywcza pracę, by móc pozwolić sobie chociaż na głupi tusz do rzęs czy nieco droższe buty. Łączyłam to z nauką w technikum, które zdałam z bardzo wysokimi wynikami. Po maturze poszłam do pracy - to oczywiście mojemu ojcu się nie spodobało, bo powinnam iść na studia. Ja jednak wolałam powoli uniezależniać się od niego i matki.
Jakoś rok po maturze poznałam swojego obecnego chłopaka - na portalu randkowym. Po kilku spotkaniach zdałam sobie sprawę, że się zakochałam, jednak nie chciałam nic mówić rodzinie. Dlaczego? Bałam się reakcji ojca. Jak się później okazało - słusznie. Moja siostra niechcący sprzedała mnie rodzicom, mówiąc, że widziała mnie z jakimś chłopakiem w parku. Reakcja ojca? Zwyzywał mnie od najgorszych. Nic nie powiedziałam mojemu chłopakowi. Dusiłam to w sobie, bo stwierdziłam, że jakoś sobie z tym poradzę. Nie poradziłam.
Raz nie wróciłam do domu na noc - mój chłopak zaproponował, żebym została u niego. Nie myślałam, że będzie to aż taki problem dla mojego ojca. Kiedy wróciłam na drugi dzień do domu, poza stosem obelg dostałam w twarz. Tego było za wiele. Spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z domu. I tak od prawie pół roku mieszkam z moim chłopakiem i jego rodzicami.
Jak mi się żyje? Znakomicie. Jego rodzice mnie lubią, ja staram się pomagać im w domu i nie być kulą u nogi. Chyba tak naprawdę dopiero teraz wiem co to prawdziwa rodzina. A co do mojego ojca, to nie mam z nim kontaktu, nawet o niego nie zabiegam. Cieszę się, że nareszcie ktoś mnie kocha taką jaka jestem i nie wytyka mi faktu, że pojawiłam się na tym świecie.
Życie wywróciło mi się do góry nogami w ciągu ostatniego miesiąca. Na wstępie nakreślę tylko swoją krótką historię.
Od dwóch lat staraliśmy się z moim mężem o dziecko, korzystaliśmy z pomocy poradni i lekarzy, natomiast nie przyniosło to rezultatu. Postanowiliśmy zatem pójść na badania, po czasie bardzo niecierpliwego oczekiwania okazało się, że wyniki wykazały, iż mój mąż jest bezpłodny. Świat się dla niego zawalił, zaczął przeżywać ogromną traumę i bałam się, że będzie chciał się rozwieść. W dalszym ciągu zresztą jest zdania, że w momencie gdy będę chciała mieć dziecko za wszelką cenę, to go zostawię dla mężczyzny, który będzie mógł mnie maleństwem uszczęśliwić. Nie docierają do niego tłumaczenia, że kocham go bez względu na wszystko oraz że są różne inne sposoby, aby założyć szczęśliwą rodzinę (np. adopcja).
Teraz czas na właściwą treść wyznania.
Jakiś czas temu nie dostałam okresu na czas, co więcej, zawsze spóźniał się maksymalnie 2 dni, podczas gdy ten po 4 dniach opóźnienia wciąż nie nadchodził. Zrobiłam test ciążowy i zobaczyłam dwie kreski - o mało nie zemdlałam, a w głowie tylko jedno pytanie "Co jest, do cholery?". Jeszcze tego samego dnia powtórzyłam test, znowu pozytywny. Dwa tygodnie temu byłam na wizycie u ginekologa i potwierdził ciążę.
Jestem jednocześnie najszczęśliwszą i najbardziej zdezorientowaną kobietą pod słońcem. Wciąż nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby powiedzieć mężowi o tym, że został tatą. Zwyczajnie nie wiem jak. Co ze stwierdzoną bezpłodnością? Powoływać się na cud czy na błędną diagnozę? Tak bardzo boję się, że oskarży mnie o zdradę, chociaż wie, że nigdy w życiu bym mu tego nie zrobiła.
Sytuacja coraz bardziej mnie stresuje, czas leci i nie mogę sobie pozwolić na dalsze duszenie tego w sobie. Boję się tej rozmowy jak jeszcze żadnej w życiu, proszę w duchu tylko o to, aby mój mąż okazał się na tyle wyrozumiały i cierpliwy, by zechciał udać się wspólnie do lekarza na kolejną wizytę i przeanalizować nasz przypadek ponownie. Musi poznać prawdę, choć bardzo ciężko będzie mu w nią uwierzyć.
Trzymajcie za nas kciuki! Pozdrowienia od anonimowej rodzinki M. :)
Dodaj anonimowe wyznanie