#R6aAw

Szwagierka, lat 27, typowa madka na socjalu, 4 dzieci, kolejne w drodze, oznajmiła, że jest w kolejnej ciąży.
Odpowiedziałam: "No to na przyszłość trzeba uważać, ale wiesz, tutaj w Anglii aborcja jest darmowa".

Cala rodzinka się do mnie nie odzywa. Nawet mój mąż się na mnie obraził za tę akcję.

Przeżyłam lata upokorzeń i przytyków z jej strony, że nie mogę mieć dzieci. Chociaż tyle mogłam zrobić.

#kkWFz

Mój mąż to życiowa ciamajda. Ale może od początku...

7 lat temu się poznaliśmy, po roku ślub i dziecko, na które dałam się namówić pod pretekstem, że jak nie teraz, to później już się nie zdecydujemy, bo praca, kariera itp. Spoko. Nawet mi to odpowiadało. Ale ja siedząc w domu z dzieckiem chwytałam się tylko czasowych zajęć, bo syn chorowity i nie bardzo dało się ciągle brać L4. W końcu po 5 latach znalazłam pracę, którą polubiłam i która mi zmianowo pasowała. Po dwóch miesiącach okazało się, że jestem w drugiej ciąży. Co to ma do mojego męża? A to, że jest bardzo dobry w tym co robi, ale nie chce mu się iść na swoje, bo to odpowiedzialność. Zawsze znajdzie sobie jakieś wymówki. Nie lubi ryzyka. No OK, ale mieszkamy u moich rodziców w jednym pokoju z 6-latkiem, a zaraz na świecie pojawi się drugie dziecko. Kiedy pytam jak on to sobie dalej wyobraża z dwójką dzieci w jednym pokoju słyszę, że jakoś to będzie. No krew mnie zalewa. Mówię mu, że może jakieś mieszkanie byśmy wynajęli, na co on, że po pierwsze nas nie stać, a po drugie on za wynajem płacił nie będzie, bo to nieopłacalne, lepiej wziąć kredyt, kupić coś swojego i spłacać. OK, mówię, weźmy kredyt, kupmy jakiś mały domek, będziemy powoli remontować. On, że nie, bo kupić stary dom to jak studnia bez dna. Poza tym nie będzie nas stać na remont, gdyż będziemy spłacać kredyt. Na wszystko ma odpowiedź. A jak go mocnej przycisnę, to naskakuje na mnie, że czemu tylko on musi o takich rzeczach myśleć. No przecież ja sama się nie wyprowadzę, do cholery!

Kocham go, bo to naprawdę dobry facet. Traktuje mnie i dziecko rewelacyjnie. Jest bardzo pracowity. Ale boi się odpowiedzialności związanej z finansami. A ja już nie wiem co mam robić, bo dalej tak być nie może, że z dwójką dzieci w jednym pokoju się będziemy gnieździć. Gdybym tylko mogła wrócić do pracy, to chyba bym się sama wyprowadziła, a tak do kiedy nie urodzę i nie oddam dziecka do żłobka, to nie widzę szans na zmianę. Denerwuje mnie, że w moim małżeństwie to ja muszę nosić spodnie.

#bshKP

Na fali koronawirusowych tematów, opowiem Wam o mojej babci.

Pani Zofia komunę przeżyła. Ciężkie czasy wojny też, chociaż urodziła się w 1951. Wszystko wie, wszystko umie najlepiej, ona ma wiedzę i doświadczenie pokolenia dwóch wojen i pustych sklepów.
Mieszka w Warszawie (a raczej na obrzeżach, w domu jednorodzinnym). Ludzi dużo, łatwo o zarażenie. Zrobiłam więc babci zakupy na miesiąc, a świeże rzeczy przywożę, a raczej chciałam przywozić, co 3-4 dni. Na wszystko prosiliśmy, by nie wychodziła z domu. Ma ogródek, ma kury, może więc wychodzić ile chce, byle nie za płot.

A gdzie tam.

Codziennie babcia popierdala ze swoją różową parasolką po całej Warszawie. A to do apteki, a to na kawkę, a do sklepu. Prosimy, błagamy, by została w domu. Nie ma mocnych. Wczoraj stała 2 godziny w kolejce, bo zabraknie jej chleba na weekend, a do sklepu wpuszczają parami.
Codziennie prosiliśmy. Do kościoła chodziła aż do odwołania codziennie, bo był różaniec za sąsiadkę. Przyszła niedziela - kościół obowiązkowy.
A potem poniedziałek i cyk - do sklepu.
Zakupy, które jej zrobiliśmy, zjadły kury. Bo ona woli świeże. Bułek dwudniowych to ona nie chce, kupi sobie. I tak to się kręci. Jesteśmy bezsilni.

Wiecie, co w tym jest najgorsze? Babcia kupuje i wyrzuca TONY jedzenia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Codziennie kupuje świeże pieczywa, a stare daje kurom. Kupuje po 10 bułek. Tak samo jest z sałatą czy owocami. Nawet rzeczy typu makaron - jak jej siedzi dłużej, to gotuje i kury jedzą, a sama kupuje nowy. Ciągle robi zapasy, które wyrzuca już za dzień czy dwa. Przestaliśmy z nią o to walczyć, bo mamy dość.
Wczoraj zadzwoniłyśmy z mamą do jej lekarza, do którego ma na środę, z prośbą, żeby trochę nią wstrząsnął. Trzymajcie kciuki.

#Ir8eV

Od wielu lat nie byłem w kościele, jeszcze dłużej u spowiedzi. Gdy okazało się, że zostanę chrzestnym, musiałem iść się wyspowiadać.

Wszedłem do kościoła, namierzyłem konfesjonał, ustawiłem się do kolejki i czekam na swoją kolej, gdy ona w końcu nadeszła podszedłem, uklęknąłem, powiedziałem "dzień dobry" i zaczynam się spowiadać. Gdy skończyłem, pamiętałem, że ksiądz da mi pokutę, pogada i kiedy trzy razy zapuka, to mogę już sobie iść.

Słyszę księdza, ale bardzo cicho, praktycznie nie rozumiem słów. Trzeba to jakoś ogarnąć, czekam aż zapuka i zabieram się, zapukał - wstaję, odchodzę od konfesjonału, po czym widzę, że trzy ławki ludzi leje pod nosem, aż się czerwoni zrobili.

Okazało się, że z drugiej strony była druga kolejka i ksiądz spowiadał kogoś z drugiej strony, nie mnie.

#9iBpl

Lubię poprawiać humor ludziom pracującym w usługach.
Sama jako studentka pracowałam na kasie i pamiętam mieszanie z błotem za każdą błahostkę, bo to przecież moja wina, że cena się nie zgadza albo kod nie wchodzi...

Zawsze, gdy osoba obsługująca mnie zrobi jakąś gafę i przeprasza, to stwierdzam, że nic nie szkodzi, po czym celowo robię coś "głupiego" - np. wkładam do terminala kartę złą stroną, osoba reaguje, że coś nie działa, a ja mówię "o kurcze, widzi pan/pani - źle włożyłam, zdarza się". Lubię patrzeć na ulgę na twarzy osoby, która cały dzień się użera z "lepszym sortem" :)

#gMv8w

Uwielbiam chodzić w koszulkach i bluzach mojego chłopaka. Uwielbiam jego zapach, to jak mnie otula co noc kiedy zasypiam w jego koszulce, jak chronię się przed zimnem w jego bluzie. Czuję się wtedy jakby mnie przytulał i próbował ogrzać. 

Anonimowe jest to, że zginął w wypadku dwa lata temu, a ja do dzisiaj używam tego samego proszku, w którym zawsze prałam mu rzeczy i spryskuję je jego ulubionymi perfumami, żeby chociaż na chwilę oszukać się, że jest obok mnie.

#mVkMm

Kiedyś śmiałam się i patrzyłam z pogardą na kobiety, które nie są ambitne, tylko wszystko zdobywają tzw. oddawaniem swojego ciała. Jedyne co robią, to trochę ładnie wyglądają (bo nie wszystkie są tak naprawdę ładne) i nie mają problemu z posiadaniem sponsora czy byciem z facetem dla kasy.

Kiedyś było ważne dla mnie, żeby coś osiągnąć w życiu — zdobyć dobre wykształcenie, świetną pracę, być w czymś naprawdę dobrym i mieć sukcesy itp. (tak zostałam wychowana). Obecnie jak patrzę się na ich konta na FB czy insta to im zazdroszczę. Kilka razy w roku wyjeżdżają na luksusowe wakacje. Kupują dobrej jakości ubrania, mogą realizować jakieś swoje "hobby". Dostają od swoich "partnerów" luksusowe auta, drogą biżuterię. A ja 8 godzin siedzę w pracy, po pracy chodzę na kursy, bo dalej brakuje mi dodatkowych kwalifikacji, żeby naleźć lepszą robotę. Mimo że dodatkowo zarabiam, to i tak często wiążę koniec z końcem. Mimo że oszczędzam na wszystkim, to co chwila wszystko drożeje.

Nie czuję się szczęśliwa. Jestem przemęczona, nie stać mnie na żaden wyjazd. Jak raz w miesiącu wyjdę gdzieś ze znajomymi, to dla mnie już dużo. Mam depresję, bo nie widzę sensu tego wszystkiego. Tyle lat uczenia się, bycia ambitną i tak dalej. Nie stać mnie ani na własne mieszkanie, nawet na posiadanie dzieci nie mogę sobie pozwolić. Zawsze byłam uczciwa i ciężko pracowałam na wszystko. Nigdy nie liczyłam na niczyją pomoc. Pracowałam jeszcze zanim poszłam na studia, chciałam zawsze sama się dorobić. I zabrzmi to naprawdę płytko, ale żałuję obecnie, że nie byłam taka jak te koleżanki, z których tak kiedyś się śmiałam.

#HSiI2

Mając 20 lat urodziłam dziecko. Ojciec interesował się dzieckiem kilka miesięcy, a następnie nas zostawił. Zaraz złożyłam wniosek o alimenty, których on od początku nie płacił. Kiedy córka miała półtora roku, weszłam w związek z moim kolegą, który mieszkał w tej samej wiosce co ja. Wszyscy ludzie pytali, czemu związałam się z takim biednym nieudacznikiem, mówili, że spadłam z deszczu pod rynnę. Za to jego rodzice zaakceptowali, że mam dziecko z poprzedniego związku i traktują moją córkę jak swoją wnuczkę.

Kilka miesięcy później wzięliśmy ślub. Często wychodziliśmy do znajomych, mój mąż zaczął pracować za granicą i zdarzało nam się stawiać znajomym czy pożyczyć im pieniądze na wieczne nieoddanie. Tylko moja przyjaciółka nigdy nie korzystała z moich zaproszeń, a jak już, to płaciła za siebie.

U nas w kraju nie działo się najlepiej, a mnie dobijała tęsknota za mężem. Jako że biologiczny ojciec miał zabrane prawa do córki, złożyliśmy wniosek o to, aby mąż mógł adoptować moją córkę i wszystko przebiegło pomyślnie.

Parę lat temu wyprowadziliśmy się za granicę. Było mi bardzo ciężko. Kontakt ze mną utrzymywała tylko przyjaciółka, wiedziała jak mi ciężko, że nie znam języka i ciężko idzie mi nauka. Kiedy w miarę nauczyłam się języka, podjęłam pracę dorywczą. Kiedy mąż wracał z pracy, ja szłam pracować w barze, często po powrocie z pracy płakałam, często byłam tak zmęczona, że leciała mi krew z nosa, myślałam nie raz o powrocie. Kiedy dobrze znałam już język, poszłam do pracy w swoim zawodzie i zrobiłam dodatkowe kwalifikacje. Następnie przeprowadziliśmy się do innego państwa, do którego dzisiaj trochę łatwiej się dostać. Ja założyłam swoją firmę w domu, mąż pracował w dobrej firmie, córka chodziła do szkoły, czasami przyjeżdżała do nas moja przyjaciółka, która wyprowadziła się później do Hiszpanii. W międzyczasie córka podrosła, wzięliśmy kredyt na dom, później na wymarzony samochód. Krótko mówiąc - dobrze sobie radzimy.

Pół roku temu pojechaliśmy rodziną do Polski (wcześniej nie jeździliśmy, teście przyjeżdżali do nas raz w roku, a moi rodzice mieszkają obok nas). Spotkałam dawną znajomą, opowiedziałam co u mnie, zaproponowałam pomoc i od tamtej pory się zaczęło. Staliśmy się tematem numer jeden. Znajoma, która po moim wyjeździe za granicę nie zadzwoniła ani razu, nagle się odezwała, niby bezinteresownie, a później zapytała, czy mam kasę pożyczyć. Odezwał się także ojciec córki, że chce ją widywać i ustali kontakty w sądzie (wiem, że to niemożliwe, jednak on wie swoje), bo skoro córka nie chce go poznać, to on ją zmusi. Nawet jego rodzice, którzy nie chcieli nigdy poznać wnuczki, zaczęli mi grozić policją i więzieniem, bo ukradłam ich synowi dziecko. A moja dawna znajoma ze szkoły zaczęła wysyłać mojemu mężowi swoje zdjęcia w bieliźnie i proponowała mu nocleg, jakby chciał przyjechać do Polski.

Dzisiaj cieszę się, że wyjechaliśmy.

#n2NrP

Ostatnio zmieniłam miejsce zamieszkania, więc musiałam się wybrać do nowego, nieznanego mi ginekologa. Od razu na początku wizyty powiedziałam, że przyszłam, bo potrzebuję recepty na tabletki antykoncepcyjne, bo obecne już mi się kończą. Jedyną reakcją lekarza było:
- A wie pani jaka jest sytuacja demograficzna Polski? Ja tu jestem, żeby prowadzić ciąże, a nie rozdawać takie leki. Bardziej się pani przyda dziecko, a nie igraszki.

Cóż, wyszłam z gabinetu. Mam 18 lat i nie sądzę, że potrzebuję teraz dziecka.

#KBgT1

Często bywam w lesie. Mam duże pastwisko i część ogrodzenia przechodzi przez pobliski las i bagno. Muszę co jakiś czas reperować i kontrolować ogrodzenie, więc dosyć często przemierzam tę okolicę. A teraz opowiem wam, jak spotkałem zombie w bagnie.

Wczesnego ranka jak zwykle idę wokół ogrodzenia, spokojny spacerek. Nagle zaczynam słyszeć jakieś podejrzane jęki. Pierwsza myśl, że to dzikie zwierzęta albo w najgorszym wypadku coś zaplątało się w mój płot. Podchodzę bliżej i moim oczom ukazuje się taki widok: jakieś człekokształtne stworzenie leży i wije się w bagnie, przeraźliwie przy tym jęcząc.

W pierwszej chwili zacząłem uciekać. Widok naprawdę mnie przeraził. Dopiero po kilku minutach, gdy emocje lekko mi opadły, a instynkt przetrwania się uspokoił, postanowiłem wrócić na miejsce i sprawdzić co to jest.

Owym zombie okazał się stary pijaczek, który łaził po tym lesie i dostał jakiegoś ataku bólu brzucha, więc przewrócił się w bagnie, tarzał i jęczał, bo nie mógł wydusić z siebie słowa ani nawet wstać. Gdy był już całkowicie umorusany w błocie i roślinności, naprawdę wyglądał jak jakiś potwór z bagna. Zresztą musiał leżeć tam dosyć długo, sądząc po tym, jak bardzo jego ciało było brudne, a błoto na twarzy i głowie zaschnięte.

Ostatecznie zawiadomiłem karetkę i szybko go zabrali. Niestety dowiedziałem się, że później zmarł, ale winny temu był po prostu alkohol.
Dodaj anonimowe wyznanie