#3UwWH

Kiedy byłam młodą dorastającą dziewczyną, lubiłam zaszyć się w łazience. Było to pomieszczenie tylko dla mnie - mogłam być sama, miałam gwarancję intymności. Niestety moi rodzice w pewnym okresie stwierdzili, że zbyt długo siedzę w łazience po kąpieli bądź za długo się kąpię. Znaleźli na to złotą metodę. Wchodzili w dwie osoby (tata i mama), łapali mnie nagą za ręce i za nogi i wyciągali z wanny, porzucając nagą na środku domu, na korytarzu. Nie mieszkaliśmy sami, mieszkał z nami dziadek. Upokorzenie, wstyd, w końcu miałam te 16, 17, 18, a potem 19 lat.

To co robili wpływa na mnie do tej pory. Bardzo brzydzę się sobą, dotykiem partnera i wciąż towarzyszy mi okropne uczucie, gdy to wspominam.

Było i jest mi bardzo przykro. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Jest mi z tym bardzo źle, nikt z rodziny (parę osób wiedziało - babcia, siostra taty, ale nikt mnie nie ochronił przed tym) nie zareagował, a to tak bardzo boli.

#ziuKV

Zacznę od tego, że jestem wielkim fanem Realu Madryt.

Kilka lat temu, gdy jeszcze chodziłem do liceum, szkoła organizowała dzień sportu. Każdy mógł przyjść w jakiejś klubowej koszulce. Oczywiście ja pognałem do szkoły w śnieżnobiałej koszulce Realu.

Idę sobie z kolegami korytarzem i widzę dziewczynę, która też ma koszulkę tego klubu. Nie znałem jej, ale kojarzyłem z widzenia. Dla zabawy, żeby rozśmieszyć kolegów, podszedłem do niej, uklęknąłem i powiedziałem "wyjdziesz za mnie?". Zaśmiała się i powiedziała, że tak. Na korytarzu była niezła beka z mojego wyczynu. Ale jakoś do końca liceum nie gadaliśmy ze sobą więcej.
Skończyłem liceum. Poszedłem na studia. Na drugim roku studiów do mieszkania, które wynajmowałem ze znajomymi, wprowadziła się właśnie dziewczyna od śnieżnobiałej koszulki. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się ze sobą...

W zeszłym roku znowu jej się oświadczyłem. Powiedziała tylko, że przecież już raz się zgodziła, to po co drugi raz pytam.
Więc chłopaki, uważajcie na żarty :)

#IsAqT

Będąc na studiach miałam koleżankę, która była jednym, wielkim, chodzącym kompleksem. Podczas jednego z jej ataków histerii, podczas którego jęczała, że jest gruba i że zawsze będzie gruba i że nikt nie lubi ludzi grubych, usiłowałam ją jakoś pocieszyć mówiąc: „Baśka, daj spokój, wcale nie jesteś gruba. W zasadzie to masz dokładnie taką samą figurę jak ja!”. Na chwilę przestała płakać i załzawionymi oczami spojrzała na mnie od góry do dołu, a następnie jeszcze głośniej załkała, drąc się skrzecząco: „Jestem gruuuubaaaa! Taka gruuuubaaaa!”.

Mając do wyboru pomiędzy wpadnięciem w podobna karuzelę kompleksów a zerwaniem znajomości z Baśką, wybrałam to drugie.

#F0TQx

Przeczytałam tutaj kilka wyznań o tym, jak rodzice maltretują swoje dzieci fizycznie i psychicznie, a po latach twierdzą, że nic takiego nie miało miejsca i dziecko wszystko sobie wymyśliło. Oczywiście zazwyczaj tacy rodzice są odsądzani od czci i wiary, jako oprawcy, którzy nie mają odwagi przyznać się do tego, co zrobili. Jednak czasem bywa tak, że dziecko faktycznie wymyśla, albo przynajmniej wyolbrzymia pewne sytuacje. Przykładem tego jest moja rodzina.

Moja 10 lat młodsza siostra twierdzi, że w wieku przedszkolnym była przez mamę bita i głodzona. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że nic takiego nie miało miejsca. Siostra często przywołuje sytuację, kiedy rzekomo była głodna, płakała i prosiła mamę o kanapkę, a ta nie chciała jej dać. Tymczasem wyglądało to zupełnie inaczej. Mama zapytała Młodą co chce na śniadanie, ta odpowiedziała, że płatki z mlekiem. Kiedy dostała płatki stwierdziła, że jednak woli jajecznicę. Mama przygotowała jej tę jajecznicę, Młoda nawet nie spróbowała i zawołała, że chce kanapkę z dżemem. Mama powiedziała, że nie ma mowy, bo nie będzie w nieskończoność przygotowywać posiłków, których siostra i tak nie zjada. Młoda wyła o tę kanapkę chyba z godzinę, ale ostatecznie zjadła zimną już jajecznicę. Taka sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie. Mama w końcu powiedziała dość. Nie będzie jej zmuszać do jedzenia, ale albo je pierwszą rzecz, którą wybrała, a jak nie, to nie musi jeść wcale.

Co do bicia; ja nigdy nie dostałam lania, w przypadku siostry pamiętam jedną taką sytuację. Młoda miała zwyczaj wkładać sobie jedzenie do buzi i tak biegać i tańczyć po całym domu. Nie zliczę ile razy się zakrztusiła. Oczywiście rodzice prosili, tłumaczyli na wszystkie sposoby, ale na nią nic nie działało. Którejś niedzieli, kiedy przyszli goście, siostra swoim zwyczajem napchała ciastek do buzi i zaczęła biegać. Nagle zaczęła się dławić. Zrobiła się sina i nie oddychała. Mama spanikowała, na szczęście ciotka, która nas wtedy odwiedziła była emerytowaną pielęgniarką i sprawnie udzieliła Młodej pierwszej pomocy. Mnie kazała zadzwonić po pogotowie, ale kiedy przyjechali z siostrą było już OK i praktycznie nie byli potrzebni. Mimo tej przygody siostra wcale nie nabrała rozumu, więc kiedy następnym razem zaczęła tańczyć z jedzeniem, mama nie wytrzymała i sprała ją po tyłku. Od tej pory faktycznie zawsze kiedy siostra próbowała tańczyć czy biegać z jedzeniem, mama mówiła jej, że ma siedzieć przy stole, póki się nie naje, albo dostanie lanie, ale te groźby nie zostały wprowadzone w czyn.

Oczywiście nie byłam z siostrą i mamą 24 na dobę, ale wszystkie domowe posiłki jadłyśmy razem, bo do 15 Młoda była w przedszkolu, więc wiem, że nie była bita. Pewnie, że moi rodzice nie byli idealni, ale starali się jak mogli i nigdy żadnego ze swoich dzieci nie dręczyli.

#TeZX7

Od dnia, w którym zostałem adoptowany, robiłem wiele przykrości rodzicom, bo w domu dziecka miałem wielu przyjaciół i żal mi było ich zostawiać. Byłem chyba jedynym dzieckiem, które chciało tam trafić znowu. Mój tata, mimo że robiłem mu przykrości, pewnego dnia zabrał mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi na boisko do siatkówki. Patrzyłem jak grają i jaką im to sprawia przyjemność i zapragnąłem też spróbować. Od tamtego czasu moje zachowanie zmieniło się, pokochałem rodzinę i ten sport. Tata zawsze wspierał mnie na każdym meczu, graliśmy razem prawie codziennie.

Dlaczego o tym piszę? Może dlatego, że tata umarł na zawał i zawsze gdy gram, czuję jego obecność przy mnie. Moi znajomi śmieją się, że gdy ledwie trafiam w boisko, to znaczy, że tata z nieba przesuwa piłkę tak, by trafiła ;)

#ZhGrS

Robiłam zimą prawo jazdy, byłam wtedy na "jazdach". Była to 13 i 14 godzina mojego kursu praktycznego. Przypomniałam mojemu instruktorowi, że jeszcze nie byłam na placu manewrowym, więc tam pojechaliśmy.

Ale nie, nie ćwiczyliśmy łuku czy ruszania na wzniesieniu. Gdy tylko wjechaliśmy na plac (cały pokryty śniegiem), usłyszałam:
- Gaz do dechy, młoda!
No to grzecznie cisnę do spodu.
A instruktor co?
- Ręczny!
I tak oto driftowaliśmy sobie L-ką po placu manewrowym :D

Mam najlepszego nauczyciela jazdy!

#9isjI

Około rok temu poznałem kobietę, przez miesiąc ukrywała fakt posiadania dziecka. Stwierdziła, iż zrobiła to po to, żebym mógł ją lepiej poznać, zamiast skreślić na początku. Już wtedy powinienem dać sobie spokój, ale serce już zdążyło zabić.

Piękna sielanka bardzo szybko się kończy, zwłaszcza po zamieszkaniu razem. Bardzo szybko doszło do mnie, że każdy wieczór będziemy spędzać w domu, ewentualnie na spacerze, bo nie ma z kim dziecka zostawić, bo w przeciwnym razie trzeba je wieźć do jej matki 60 km dalej i rano odebrać, a to wiąże się z trzeźwymi weekendami. Ja mam 27 lat i nie chcę spędzać życia jak emeryt. Popukać się też jak młodzi ludzie nie bardzo mogliśmy, ewentualnie w nocy, i to po cichu, żeby małej nie zbudzić. Już wtedy zaczynało mnie to wszystko irytować. Ona nie pracowała, bo mała miała 4 lata i chciała się nią zajmować. Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, dlaczego dziecka nie można oddać do żłobka, a ona do pracy.

Doszło do mnie po czasie, że jako facet w tej relacji zawsze będę pełnił rolę drugoplanową i moje potrzeby zawsze będę na drugim miejscu - ja śpię w salonie, bo mała chce z matką, na wypadzie w góry musimy wracać, bo mała zmęczona. Chcę sobie obejrzeć coś w TV - nie, bo mała chce akurat bajkę itd. Paradoksalnie rękę po hajs wyciągała, kiedy pokazałem jej, że potrafię kupić małej to czy tamto, ale decyzji odnośnie wychowywania już nie mogłem podjąć. To nic, że mieszkali u mnie i żyli za moje, ale kto by się na to patrzył.

Czara goryczy przelała się, kiedy mała utopiła mój telefon służbowy, gdzie były wszystkie kontakty do klientów i inne ważne rzeczy. Uniosłem się na nią i usłyszałem od matki, że nie jestem jej ojcem i nigdy nie będę i mam nie podnosić głosu na jej dziecko.

Wylała mi na głowę kubeł zimnej wody. Poczułem się tak jakby ktoś mnie uderzył tępym narzędziem. Emocje wzięły górę i kazałem jej zabierać małego bachora i wyp…ć z mojego życia.

Była to najlepsza decyzja, jaką podjąłem od dłuższego czasu. Czuję w tym momencie psychiczną ulgę. Skończyło się znoszenie jej humorów i humorów małej, bo matka nie potrafiła zapanować nad własnym dzieckiem. Skończyło się oglądanie jej byłego faceta, który przychodził do dziecka i który wtrącał się na tyle, że w pewnym momencie miałem wrażenie, że jest nas w związku troje. Skończyło ogołacanie z hajsu, bo wszędzie gdzie byliśmy musiałem liczyć wydatki razy trzy, nie mówiąc już o lekach w razie choroby, ubrankach itp., które ja pokrywałem w większości. Żadnego pożytku z takiego związku. Seksu jak na lekarstwo, no bo nie ma kiedy przy wszędzie obecnym dziecku, które ma ADHD. Moje inne potrzeby też były marginalizowane lub ignorowane, no bo dziecko.

Nigdy więcej takiego bagna i jak najdalej od samotnych matek. Tylko bezdzietne.

#SPoh6

Od lat jestem wielką fanką skoków narciarskich. Mój mąż, wiedząc o mojej pasji, co jakiś czas robi mi prezenty w postaci różnych gadżetów związanych ze skokami.

W moje urodziny przyszedł do domu z bukietem kwiatów i dużym, kolorowym pudełkiem, w którym ewidentnie coś się ruszało. Jakież było moje zdumienie, kiedy się okazało, że w pudełku jest mały kotek. Miał czerwoną obróżkę z doczepioną karteczką. Było na niej napisane MACIEK.
Mąż powiedział:
- Niestety, nie udało mi się dostać nigdzie Kamila Stocha, ale za to załatwiłem dla ciebie Macieja Kota.
Znajomi robią teraz wielkie oczy, kiedy im mówię, że Maciek Kot zamieszkał u mnie w domu...

#0Uepk

Nie kocham swojego dziecka.

Ola była planowana. Bardzo planowana. Staraliśmy się o dziecko przez ponad 5 lat. Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, bardzo się ucieszyłam. I to by było na tyle z ciążowych radości. Sam pierwszy trymestr był całkiem w porządku, poza zmęczeniem. Kiedy na pierwszym usg zobaczyliśmy bijące już serduszko, mąż ścisnął mnie za rękę wzruszony, a ja się tylko uśmiechnęłam. Nie czułam nic, żadnego instynktu macierzyńskiego, żadnej radości, bardziej ciekawość. Wszyscy znajomi, nawet koleżanki w pracy gadały jedynie o mojej ciąży i dzieciach. Ja chciałam spotkać się na kawę, pogadać o tym, co słychać, poplotkować, a nie ciągle mielić o moim brzuchu. Przy drugim usg widzieliśmy już fikające w brzuchu dziecko, ruszające rączkami i nogami. Przyznaję, to było fascynujące i takie nierealne, jednak nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Kiedy po porodzie położyli mi dziecko na piersi stwierdziłam, że jest brzydkie jak noc. Całe opuchnięte, pomarszczone, czy to na pewno moje? :)…

Zaczęłam się trochę niepokoić, gdzie ten cholerny instynkt. Chyba powinnam już zacząć kochać to tak bardzo wyczekane dziecko, prawda? Tak się nie stało. Ani miesiąc później, ani dwa, ani pół roku później. Kiedy w końcu jako tak zaczęło bardziej reagować na bodźce, uśmiechać się do mnie, pomyślałam, że może jednak w końcu się polubimy. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie nienawidziłam mojego dziecka, z czasem je nawet polubiłam, ale nigdy go nie pokochałam jak np. swojego psa. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, bez spacerów rano, zabaw z piłeczką i domu bez jego zapachu. Natomiast jeśli chodzi o moja córkę, to zajmuje się nią, bo wiem, że trzeba ją nakarmić, przewinąć, pobawić się. Nie robię tego z niechęcią. Robię to, bo chcę, bo decydując się na dziecko wiedziałam, że tak będzie. Jednak nie czuję tej wielkiej miłości. Przytulam, bujam, rozmawiam, uśmiecham się do niej, ale jeśli miałabym wybrać czyje życie uratować, to z pewnością byłby to mój pies…

Rozmawiałam o tym z psychologiem. Nie widzi w tym nic złego, twierdzi, że miłość jeszcze przyjdzie, ale ja czuję się, że zawiodłam w byciu matką. Przekopałam wiele stron i wiem, że nie tylko ja nie pokochałam od razu swojego dziecka, jednak u mnie trwa to już ponad rok, a ja nadal tylko lubię swoją córkę. Nie żałuję decyzji o dziecku, ale boję się, że nigdy nie pokocham jej tak jak powinna kochać matka.

#s51wS

Sytuacja, która mi się przytrafiła, miała miejsce rok temu w osiedlowym sklepie spożywczym. Wielkie święto - Tłusty Czwartek. Chcąc zakupić pączka, kulturalnie przywitałem się z ekspedientką, po czym powiedziałem:
- Poproszę pączka.
- Którego? - spytała.
Niezdecydowany rzuciłem, że obojętne.
- Proszę pana - kontynuowała - gdyby to było obojętne, to ludzie zamiast w usta, to by się w dupę całowali.

I tak oto ja, jako młody 20-letni mężczyzna, zostałem zgaszony przez kobietę w podeszłym już wieku :)
Dodaj anonimowe wyznanie