Kiedy byłam dzieckiem, rodzice wielokrotnie powtarzali mi, żebym nie otwierała obcym, a zwłaszcza kiedy będę sama w domu, więc za każdym razem kiedy rodzice wychodzili, a ktoś pukał do drzwi, sprawdzałam jego tożsamość przez wizjer.
Pewnego razu gdy czekałam na rodziców (mieli zjawić się lada moment), usłyszałam dzwonek. Bez wahania otwarłam drzwi... a mym oczom ukazał się niezidentyfikowany jegomość. Wydał mi się bardzo podejrzany i zbyt nerwowy jak na osobę, która hipotetycznie miałaby być sympatyczna. Praktycznie zaczął wciskać się do domu, jednocześnie pytał, czy może się rozejrzeć. Nie wiedziałam co robić, więc spanikowana zawołałam mamę, która rzekomo miałaby siedzieć w drugim pokoju. Facet z prędkością światła wybiegł z klatki schodowej.
Do dziś się cieszę, że nie zweryfikował, czy faktycznie byłam sama.
Mamie się nigdy nie przyznałam, ale nauczka była, bo nigdy więcej nie otworzyłam drzwi bez sprawdzenia, kto za nimi stoi.
Wstydzę się jednego mojego „osiągnięcia” z czasów studenckich. Nikomu o tym nie mówiłam, ale myślę, że spadnie mi kamień z serca, gdy opowiem wam o tym anonimowo.
Będąc studentką, wiodłam dość imprezowe życie. Było w nim dużo alkoholu, innych używek w sumie też, no i niemało seksu. Cóż, w tamtym okresie uważałam, że nie byłam gotowa na poważny związek, więc spotykałam się z różnymi facetami, zachowując przy tym rozsądek, czyli dbając o zabezpieczenie i takie tam…
Tego wieczora nieco już pijana wyszłam przed klub, w którym balowałam z koleżankami. Nie miałam zapalniczki, ale nieoczekiwanie, jakby spod ziemi wyrósł mój wybawca – przystojny, szarmancki brunet o czarującym uśmiechu. Godzinę później wylądował w mojej sypialni. No, tak wyszło – cóż począć? Było wspaniale. Rano, kiedy obudziłam się faceta w moim mieszkaniu już nie było. Pierwsza myśl – „Cholera! Ty głupia krowo! Gość na pewno cię okradł, zabrał telewizor, twoje oszczędności oraz resztki godności, które jeszcze wczoraj miałaś!”.
Ale nie! Nic nie zginęło. Gorzej! Na stoliku koło drzwi wejściowych leżało sto złotych, których wcześniej tam nie było. Tak, facet zapłacił mi za seks. Naprawdę, przysięgam wam – wolałabym, aby ukradł mi moje najcenniejsze skarby, zjadł karmę mojego kota i podpalił mieszkanie, niż zostawił mnie ze świadomością, że jestem dz#iwką. I to tanią, bo wycenioną na 100 złotych.
Zobaczyłem klienta snującego się obok farb, to podszedłem. Banan od ucha do ucha i zaczynam.
- Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc?
- O, dobrze, że pan jest. Szukam mocno oczojebnej farby. Najlepiej czerwonej. Żeby była trwała i w miarę tania.
Konkretny gość.
- Uhm. Tak. A można spytać, do jakiego pomieszczenia ta farba?
- Do sypialni.
- A czy jest ona jasna, wpada tam dużo słońca?
- No.
- To może ten kolor będzie lepszy? Ciemniejsza, lekko zgaszona czerwień. Inni klienci sobie chwalą farby z tej serii.
Pokiwał głową z dezaprobatą.
- Panie, ja chcę najmocniejszą żarówę jaką macie, żeby ta pinda, moja żona, zasnąć nie mogła!
Można i tak.
Ja i mój mąż mamy 10-letniego, niepełnosprawnego syna. Paweł jest sparaliżowany, nie chodzi, z trudem potrafi utrzymać w dłoni telefon czy łyżkę, dodatkowo ma napady padaczkowe. W związku z tym wymaga całodobowej opieki oraz rehabilitacji.
Gdy Paweł się urodził i usłyszeliśmy diagnozę, oczywistym było, że jedno nas będzie musiało zrezygnować z pracy. Początkowo to głównie ja zajmowałam się synem, a mąż pracował na nasze utrzymanie. Jednak zaczęły mi się dawać we znaki problemy z kręgosłupem - wypadnięcie dysku, zakaz dźwigania ciężarów.... No ale jak nie dźwigać ciężarów, skoro się ma chore dziecko? Paweł rósł jak na drożdżach, jego wózek również swoje ważył, miałam problemy, żeby ubrać syna lub zabrać go na spacer. Mąż widząc, że fizycznie nie daję sobie rady, zaproponował, żebyśmy zamienili się rolami.
I tak oto stałam się żywicielem rodziny, natomiast mąż został w domu, żeby opiekować się Pawłem. Początki były ciężkie. Ja po 3-letniej przerwie miałam problem wrócić do pracy, mąż nie był przyzwyczajony do swojej nowej roli, jednak ostatecznie oboje zaaklimatyzowaliśmy się w nowej sytuacji. I w sumie byłoby idealnie, gdyby....
...no właśnie, gdyby nie komentarze ludzi. Mąż usłyszał nie raz, nie dwa, że jest babą, że marnuje sobie życie z Pawłem i powinien nas zostawić (serio!), że siedzi pod pantoflem żony. Za to ja niedawno usłyszałam od koleżanek z pracy "No, Beata, ty to masz pecha, nie dość, że masz chore dziecko, to i męża nieroba". Bo skoro bezrobotny, to pewnie siedzi cały dzień na kanapie i ogląda telewizję, prawda?
Mój mąż kocha Pawła. Codziennie myje go i ubiera, zabiera na spacery, pomaga w lekcjach (syn nie jest upośledzony umysłowo), wozi na rehabilitację. Pomagam mu jak mogę, ale to głównie on ciężko pracuje opiekując się naszym synem. Nie jest przez to mniej męski, nie jest nieudacznikiem, nie jest pantoflarzem, jest po prostu kochającym, odpowiedzialnym rodzicem. Chciałabym żyć w świecie, gdzie mężczyzna zajmujący się dzieckiem nie jest traktowany jak coś nienormalnego, ale chyba nie doczekaliśmy jeszcze takich czasów...
Jako dziecko często nocowałam u babci i dziadka w mieście. Jestem ich jedyną wnuczką, więc rozpieszczali mnie nieziemsko, poświęcali mi mnóstwo czasu, uwielbiałam ich odwiedzać. Miałam nawet u nich swój pokój, w którym nocowałam w czasie moich wizyt. Był zaraz obok ich sypialni, żebym miała blisko, bo jako dzieciak panicznie bałam się burzy i w trakcie burz szukałam schronienia w ich sypialni.
Minęło wiele lat, ja dorosłam, burza już nie wzbudza we mnie lęku.
Tak się złożyło, że latem musiałam załatwić kilka spraw w ich miejscowości, więc żeby móc działać od rana i nie tracić czasu na dojazd, postanowiłam starym zwyczajem przenocować u dziadków.
Śpię sobie smacznie nieświadoma burzy za oknem, gdy moja kochana babcia postanowiła mnie obudzić z pytaniem: "Boisz się burzy? Może chcesz z nami spać?".
To nic, że miałam już wtedy ponad 20 lat...
Najlepsza babcia świata :)
Co wy wiecie o przypałach...
Niedziela, jak to w katolickiej rodzinie, mama mnie budzi do kościoła. Spałam tylko 2 godziny, więc jak wstałam, ubrałam się i wypiłam kawę, to byłam dalej jak martwa.
W kościele już zasypiałam. Szczególnie na kazaniu. Oko mi poleciało. Gdy ksiądz przestał czytać i była chwila ciszy, to co zrobiłam?
Zerwałam się i zaczęłam klaskać...
Nawet nie chcę wiedzieć, co inni sobie musieli o mnie pomyśleć.
Piękne czasy studenckie.
Nadszedł czas sesji. Siedzę sobie na egzaminie i szukam natchnienia. Przede mną dziewczyna pisze zawzięcie na kartkach A4, ze zrobionymi już dziurkami. No wiecie, takimi do segregatora. Skończyła pisać. Rozgląda się, rozgląda, żadnego spinacza, nic. I nagle wyrywa sobie kilka włosów z głowy, przewleka przez te dziurki i wiąże kartki razem.
Mina wykładowcy, który zbierał prace - bezcenna.
Z kumplami mamy czasem gówniarskie pomysły.
Rok temu na rozpoczęcie wakacji przebraliśmy się za piratów, kupiliśmy rum i wypożyczyliśmy sobie rowerek wodny. W pewnym momencie coś mi zaczęło chyba mocniej do głowy uderzać, bo gdy zobaczyłem w oddali jakąś parę z dzieckiem, krzyknąłem do reszty moich kamratów: "CHŁOPAKI! KUHHWA! ABORDAŻ!".
Wiele nie myśląc podpłynęliśmy możliwie blisko, a ja, myśląc jeszcze mniej, przeskoczyłem na rower rodzinki z pirackim okrzykiem.
Oczywiście koledzy szybko zawinęli z powrotem do "portu", a ja wraz z tą rodzinką spędziłem 20 najbardziej krępujących minut mojego życia.
Relacje z moją mamą były różne, ale zawsze starała się ze mną rozmawiać na wszystkie tematy. Od zawsze miałyśmy umowę, że zanim gdzieś pójdę czy podejmę decyzję, spytam co ona o tym myśli.
Pewnego dnia, mając około 10- 12 lat, bawiłam się na podwórku. Podszedł do mnie dorosły mężczyzna i powiedział, że jestem śliczną dziewczynką, spytał, czy chcę być modelką. Mówił, że ma studio i tam zrobimy kilka zdjęć. Ja się ucieszyłam, że zostałam tak doceniona. Powiedziałam mu, że skoczę do mamy, powiem gdzie idę i już będę gotowa do wyjścia. Jak się domyślacie po ''fotografie'' nie było śladu, kiedy moja roztrzęsiona mama zbiegła na dół rozprawić się z nim.
Dzięki jej wychowaniu uniknęłam traumy na całe życie. Dziękuję, mamo :)
Współlokator mojego chłopaka pojechał do swoich rodziców na weekend, więc wieczorem, po spotkaniu z przyjaciółmi, nieco podpici przyszliśmy do mieszkania i od razu zabraliśmy się do amorów. Wreszcie mogłam jęczeć, krzyczeć i pozwolić sobie na rzucanie świńskimi tekstami (mojego chłopaka bardzo to kręci, mnie w sumie też). Cała „akcja” trwała dobre pół godziny i zwieńczona została bardzo głośnym finałem.
Po wszystkim, kiedy już leżeliśmy zasapani, z kuchni znajdującej się tuż za ścianą dobiegł nas głos: „Jezusie najsłodszy, co to kur#a było?!”.
Jednak nie pojechał do swoich rodziców na weekend.
Dodaj anonimowe wyznanie