Rodzi ci się dziecko, wyczekiwane, jesteś w siódmym niebie, rozwija się prawidłowo wszyscy lekarze mówią ideał. Dziecko jest grzeczne, słucha wszystkich, reaguje na bodźce. Nadchodzi czas, gdzie rówieśnicy mówią, a ono nie. Wszyscy tłumaczą – potrzebuje czasu, lekarze na NFZ – jest prawidłowo. Mija kolejny rok, dziecko nadal nie mówi, bierzesz sprawy w swoje ręce, szukasz najlepszych lekarzy w Polsce i okazuje się, że jest źle, dziecko już prawie nie słyszy, możliwe, że już nieodwracalnie.
Apeluję do wszystkich rodziców „zdrowych” dzieci: nie dajcie się zwieść opiniom innych, badajcie swoje dzieci, gdy tylko zobaczycie coś niepokojącego. Dziś wiem, że nieuciekanie przed nadjeżdżającym samochodem było tak naprawdę objawem tego, że dziecko nie słyszało, skąd samochód nadjeżdża.
Podzielę się historią koleżanki, której próbowałam pomóc.
Poznała chłopaka na imprezie, wydawał się idealny, choć może trochę zazdrosny. Chodzili ze sobą 3 lata, w tym czasie starał się odseparować ją od znajomych, wmawiał jej, że ją wykorzystujemy i za plecami obgadujemy. Próbowaliśmy pokazać jej, jaki jest naprawdę, ale była w niego zapatrzona i nie słuchała. Na jednej z imprez powiedział mi wprost, że ona jest jego i mamy się trzymać z daleka, powiedziałam jej o tym, ale on się wyparł. Odpuściłam, nasz kontakt skurczył się do życzeń na święta. Od znajomych słyszałam, że zdarzyło mu się podnieść na nią rękę przy innych albo zwyzywać. Po mniej więcej roku okazało się, że zostaną rodzicami, wiadomo: ślub, wspólne mieszkanie. Na weselu jeszcze raz próbowałam z nią rozmawiać, ale bez skutku.
Przez całą ciążę było dobrze, gdy mała się urodziła, poszedł świętować i nie było go tydzień. Odezwała się do mnie, jak mała miała rok, poprosiła o nocleg, bo chciała rozwodu. Zgodziłam się, ale pod warunkiem, że on nie będzie wpuszczany do domu.
Gdy przyjechała, nie było dnia, żeby pijany nie stał pod drzwiami i nie krzyczał. Słyszałam też, że ktoś ją widział z nim w parku, ale nic nie mówiłam, bo myślałam, że chciał zobaczyć dziecko. Po dwóch tygodniach spakowała się i wróciła do męża. Na moje pytanie dlaczego odpowiedziała, że wszystko sobie wyjaśnili, że on mi się zawsze podobał i chcę rozbić jej rodzinę. Na nic moje tłumaczenia, wyprał jej mózg zupełnie. Rozpowiada to wszystkim i chwali się, jaką ma cudowną rodzinę.
Spotkałam jej siostrę niedawno, powiedziała, że mają niebieską kartę i już kilka razy uciekała do matki, ale zawsze wraca do męża.
Jak można być tak zaślepionym i nie bać się o swoje zdrowie?
PS Z tego co wiem dziecka nie uderzył, mała jest wręcz jego oczkiem w głowie.
Pracuję w hotelu na recepcji. To była moja trzecia zmiana z rzędu i byłem już bardzo zmęczony. Gdy goście z Hiszpanii przywitali się ze mną słowami „Buenos dias”, co znaczy dzień dobry, odpowiedziałem im głośno i wyraźnie „Buenos Aires”.
Popatrzyli się na mnie jak na debila i sobie poszli...
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie zrobię prawa jazdy.
Panicznie boję się prowadzić, do tego stopnia, że jeśli miałabym wymienić swoje największe lęki, to jazda samochodem byłaby wysoko na liście.
Już sam kurs jest dla mnie czymś abstrakcyjnym, nie mówiąc już o normalnym, użytkowym jeżdżeniu. Fakt prowadzenia samochodu jest po prostu dla mnie przerażający, do tego dochodzi jeszcze świadomość możliwości spowodowania wypadku. Jakiś czas temu, za namową rodziny i znajomych, zapisałam się na kurs. Zrezygnowałam po kilku jazdach, podczas których czułam się fatalnie (do tego stopnia, że po jeździe ledwo byłam w stanie wrócić do domu). Skończyło się to stanami lękowymi i przyczyniło do nawrotu depresji.
Nie przeżyłam nigdy wypadku samochodowego, nie boję się jeździć jako pasażerka (każdego środku transportu, nawet samolotu).
Na szczęście studiuję w mieście, gdzie komunikacja miejska jest dość dobra, do domu rodzinnego jeżdżę autobusem, a dzięki pociągom mogę dotrzeć do każdego większego miasta w Polsce. Na razie nie jest to więc dla mnie dużym problemem, ale obawiam się momentu, w którym dotknie mnie wykluczenie komunikacyjne.
Źle się czuję, gdy myślę o tym, jak wychowanie z dzieciństwa wpływa na mój teraźniejszy stan. Mimo że było pełne miłości i troski, rozpieszczanie ze strony rodziców stworzyło pewien problem. Zawsze gdy próbowałam coś zrobić, słyszałam „nie, ja to zrobię”, „nie, bo zepsujesz”, „ja się tym zajmę, bo ty nie umiesz”. Takie podejście nie pomagało mi w rozwijaniu samodzielności. Teraz, kiedy staję przed najprostszymi zadaniem, odczuwam niemal paraliżujący strach. Nawet podczas tak błahych czynności jak pakowanie rzeczy na basen tracę pewność siebie, obawiając się, że coś zepsuję.
To niewygodne uczucie nie jest łatwe do wyjaśnienia. Potrafię wykonać zadania, ale ten niepokój paraliżuje moją wiarę w siebie. Czuję skrępowanie nawet gdy piszę o tym, wiedząc, jak absurdalne może to wydawać się innym. Ale czułam potrzebę wyrzucenia tego z siebie, by uwolnić chociaż część z tego mojego niepokoju.
Mam rodzinę, a czuję się, jakbym była sierotą. Moja rodzina jest w całości patologiczna, każdy w inny sposób. Większość alkoholicy plus dochodzą przestępstwa seksualne, wymuszenia, co roku inny rozwód i takie tam. Moja część rodziny (w sensie mama, ojciec, rodzeństwo) była przez wiele lat uznawana za tę najnormalniejszą. Oczywiście nie do końca, bo mój ojciec od długich długich lat walczy z ciężkim alkoholizmem i żadne terapie, odwyki i inne nie dają zbyt długotrwałego efektu.
Od kiedy byłam mała, musiałam być idealnym dzieckiem. Zawsze myślałam, że na miłość rodzica trzeba zasłużyć. I całe dzieciństwo harowałam, chodziłam na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, występowałam i uczyłam się nocami tylko po to, by moi rodzice mnie kochali i to potwierdzali. Gdy był choćby najmniejszy problem, to od razu byłam tylko gównem. Nawet nie wolno mi było płakać. Musiałam chować się w szafach czy łazience, żeby płakać, bo miałabym przerąbane. Musiałam stworzyć specjalnie dla nich osobną osobowość, bo przeszkadzała im moja stara. I generalnie udawałam przez całe życie idealną, a jak coś wyszło na jaw, że na przykład się okaleczałam, to o Boże... Nie wspominam tego najlepiej.
Mój ojciec nigdy nie był dla mnie ojcem. Nawet gdy był trzeźwy, to kochał mnie tylko jak byłam idealna. Dostawałam prezenty i jeździliśmy na wakacje, ale to nie zastąpiło mi ojca. Matka to samo, kocha mnie i jest dumna, jak jestem idealna. Jak coś się działo i wyciągałam rękę po pomoc, to dostawałam w pysk najwyżej. Nawet jeśli obie cierpiałyśmy na przykład przed ojca lub resztę rodziny, to ona miała własne problemy i nawet nie mogłam się do niej odezwać, robiła z siebie ofiarę, jakby tylko ona cierpiała. Zawsze robiła z siebie ofiarę przed wszystkimi, nieważne o co poszło, a ja zawsze byłam tym niewdzięcznym dzieckiem, które jeszcze śmie, choćby cicho, nawiązać do jakiegoś problemu.
Ogólnie rzecz biorąc, przestałam nawet patrzeć na nich jak na rodziców, a swoje dziecięce potrzeby wobec rodzica spełniałam u innych dorosłych, którzy byli dla mnie bardziej jak rodzice niż rodzice. Niby mam rodzinę, ale całe życie czuję się jak sierota. I piszę o tym teraz, bo znowu mam jakiś stan, że ryczę, bo chcę mamę i tatę. Jestem dorosła, a i tak o to ryczę. Widocznie potrzebuję jeszcze trochę, żeby pogodzić się, że nie ma ani mamusi, ani tatusia, jak mają moi znajomi.
Mieszkałam od urodzenia na wsi, jestem jedynaczką i bardzo kocham zwierzęta. Moja babcia, kiedy byłam chora i nie mogłam wychodzić na dwór, przynosiła mi do domu małe prosiaczki, żebym miała się z kim bawić :)
Od kilku lat pracowałem w pewnej dużej firmie związanej z przetwórstwem żywności. Przez te kilka lat, mimo poszerzenia kompetencji i zdobywania doświadczenia, nie piąłem się zbytnio po drabinie hierarchii. Przełom nastąpił niedawno – zaproponowano mi znaczny awans na stanowisko kierownicze.
Niedługo po objęciu stanowiska zostałem poproszony o rozmowę z jednym z przełożonych, którego zbytnio jeszcze nie znałem. Poprosił mnie o zmanipulowanie dokumentacji, tak by z rozliczenia zniknęło duże zamówienie. Obiecywał i żądał dyskrecji.
Pomyślałem sobie: Wiem o co chodzi, test na lojalność wobec firmy, nie ze mną te numery ;D
Nie zmanipulowałem dokumentacji. Wręcz przeciwnie, zadbałem, by wszystko się zgadzało.
Efekt – szukam nowej pracy :(.
Poznałam faceta. Odniosłam wrażenie, że szybko się polubiliśmy. Pisaliśmy, widywaliśmy się i było naprawdę miło. Zaczęło mi zależeć na tej relacji i myślałam, że on też zaczyna się angażować. Proponował wspólne wyjazdy czy wyjście do kina, gdy unormuje sytuację w pracy. Nagle przepadł. Zero kontaktu. Pisałam, prosiłam o wyjaśnienia, ale na marne, bo nie raczył nawet odczytać wiadomości.
Jakiś czas później poznałam kolejnego. Zupełnie inny niż poprzedni. Zapytał o moje wcześniejsze relacje, więc wymieniłam m.in. tę ze znikającym kolesiem. Ten się oburzył: Jak tak można? Żeby nawet nie napisać coś w stylu „Przepraszam, ale nie czuję nic więcej do Ciebie”? I wiecie co? Zrobił dokładnie to samo! Nieodczytana wiadomość. Żadnych wyjaśnień. Brak kontaktu.
Nie oczekuję litanii czy pieśni pożegnalnej. Niby dorośli ludzie, a nie mają odwagi napisać krótko, że chcą zakończyć znajomość.
Czy tylko mi w życiu zdarzyło się, że zauważyłam kogoś bliskiego i biegłam do niego krzycząc, po czym okazało się, że to nie ta osoba? Ale biegłam dalej, żeby nie było...
Dodaj anonimowe wyznanie