Pracuję w małej firmie. Pracuje tu tylko 8 osób, dzięki czemu mamy bardzo przyjemną nieformalną atmosferę.
Miałem umówione spotkanie u klienta i właśnie jechałem na nie samochodem, rozmawiając przez telefon z kolegą z pracy. Musiałem zjechać na stację benzynową, więc powiedziałem mu, że muszę kończyć. Powiedział, że OK i kończył rozmowę, gdy zobaczyłem nowe połączenie. Popatrzyłem na telefon i zobaczyłem, że dzwoni moja żona, podczas gdy jednocześnie kończyłem rozmowę z kolegą, no i mój mózg przeszedł w tryb „kończenie rozmowy z żoną” i powiedziałem do niego „To do usłyszenia, kocham cię”. Na co on odpowiedział „Że kurde co?” i się rozłączył.
Walnąłem się w czoło z zażenowaniem, zatankowałem samochód, oddzwoniłem do żony. Poradziła, abym lepiej zadzwonił do kolegi i wyjaśnił mu, co się stało.
Zadzwoniłem na firmowy numer, odebrał kierownik. Poprosiłem, aby mnie przełączył do tego kolegi. Zrobił to i pożegnał mnie słowami „To do usłyszenia, kocham cię”.
Okazuje się, że się rozniosło i wszyscy w biurze się ze mnie śmiali. Przez kolejne dni kończyli rozmowy ze mną, mówiąc „To do usłyszenia, kocham cię”.
To wyznanie będzie ohydne – uprzedzam.
Od pewnego czasu mojemu mężczyźnie chodził po głowie seks analny. Nigdy go nie uprawiałam, no ale czemu by nie spróbować? Umówiliśmy się na wieczór na spotkanie. Miałam w planach przetestować nowy pomysł. No ale nie pójdę przecież ot tak, chciałam się na to przygotować, bo nigdy nie ufałam swojej dupie, czyli mała lewatywa nie zaszkodzi. Mam do tego sprzęt, więc zabieram się za robotę. To była moja pierwsza lewatywa, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać.
Trzeba tutaj zaznaczyć, że posiadam łazienkę z wanną, za to bez kibelka. Ten znajduje się na drugim piętrze.
Po wlaniu w siebie zamierzonej części wody, zachciało mi się wiadomo co. Zaplanowałam wszystko, oprócz jednego – gdzie to spłukać? Skoro jestem teraz w łazience, nie mam przy sobie kibelka? Wpadłam na jakże genialny plan – do wanny, przecież nie może być tego za wiele i na pewno będzie w postaci płynnej, więc ładnie umyję wannę i po kłopocie. Pomyliłam się... Całkiem niezłej wielkości kloce z prędkością pocisków wystrzeliwały ze mnie wprost do wanny, w której kucałam. I było tego całkiem dużo! Nie wiedziałam, co z tym zrobić, przecież takiej kało-wody nie wniosę w wiadrze i nie spłuczę w WC (nie mieszkałam sama). Wpadłam na kolejny genialny plan – to, co nie wpłynęło do kanalizacji, upchnie się dłonią. Bez rękawiczek. Tak też po raz pierwszy w życiu dotykałam swojej kupy. Czy się brzydziłam? Nie. Chyba strach, że ktoś się o tym dowie, zapanował nade mną i nie myślałam o tym. Dopiero jak to wspominam, to się brzydzę.
Po tym wszystkim przepłukałam i mocno umyłam wannę, siebie, wszystko.
No i randka była udana. Facetowi się podobało. Całując moje dłonie, nie wiedział, co robiły tego samego dnia rano...
Następne lewatywy już planowałam DOKŁADNIEJ.
A tak poza tym to jestem normalna.
Mam 23 lata i pracuję w zakładzie usług komunalnych. Ostatnio miałem za zadanie posprzątać parę placów i kilka ulic – nic w tym dziwnego, praca jak praca.
Na parkingu obok supermarketu w śmieciach leżała nowa kurtka, podniosłem ją, otrzepałem, zaniosłem ją do sklepu i poszedłem dalej robić to, co miałem do zrobienia.
Dwa dni temu otrzymałem wezwanie na komendę w charakterze podejrzanego w sprawie kradzieży tej kurtki, którą zaniosłem do sklepu.
Chciałem być uczciwy, a zrobili ze mnie złodzieja.
Jestem niechcianym dzieckiem. Moja matka urodziła mnie, gdy miała 16 lat, ojca nigdy nie widziałam. Teoretycznie mam dziadków, ale nikt z nich nie chce mnie znać. Moja mama ma sześcioro rodzeństwa, ale ja nigdy ich nie poznałam, ponieważ matka wstydziła się „bękarta”. Nie oddała mnie ani nie usunęła, tak naprawdę nie wiem dlaczego. Odkąd pamiętam (mniej więcej 4-5 lat) mówiła mi, że zniszczyłam jej życie, że nie ma rodziny i to moja wina. Jeździła na wakacje, święta do rodziny czy odpocząć, nie biorąc mnie ze sobą. Zostawiłam sama, czasem dwa dni, czasem tydzień. Nie zwracała na mnie większej uwagi (chyba że chciała się wyżyć lub miała gorszy dzień). Rosłam w przekonaniu, że jestem nikim. Od ok. 8 roku życia musiałam sama sprzątać całe mieszanie, gotować obiady. Nigdy nie odprowadziła mnie do szkoły, ani razu nie zrobiła zadań domowych ze mną. Gdy miałam 17 lat, wyrzuciła mnie z domu, znalazła faceta i wstydziła się mnie. Po prostu udawała, że nigdy nie istniałam. Uczyłam się w technikum, więc do 19 roku życia pracowałam popołudniami i w weekendy, żeby zarobić na wynajem naprawdę marnego pokoju.
Dziś mam 31 lat, czworo rodzeństwa ze strony ojca – z tego co mi wiadomo, bo ani jego, ani ich nigdy nie widziałam. Najbardziej mnie boli moja 8-letnia siostra ze strony mamy. Mieszkamy w tym samym małym małym miasteczku i wiem, że ona jest jej oddana w całości, podczas gdy mijając mnie na ulicy udaje, że mnie nie widzi. Pracuję obok szkoły mojej siostry i wiem, że moja mama kocha ją, odprowadza, nosi plecak, bawi się z nią, wyprawia urodziny. Ona ma wszystko, czego ja nie miałam, nawet nigdy nie posmakowałam. Dziś jestem po kilku terapiach, zmagam się z depresją i stanami lękowymi. Nie potrafię stworzyć związku, jedynie w czym jestem dobra to praca. Nigdy nie będę mieć dzieci, nie potrafię stworzyć jakiejkolwiek zdrowiej relacji, bo nigdy takiej nie miałam. Nie wstydzę się przyznać, że obserwuję je, gdy je spotkam i zazdroszczę tak bardzo, że mała ma to, o co ja się modliłam co noc. Dziś po latach terapii wiem, że to nie moja wina. Nie potrafię po prostu żyć, nigdy nikt nie kochał mnie, nie wiem jak to jest. Samotność to jedyne co mam i czuję się w niej bezpiecznie. Nie potrafię tworzyć więzi nawet przyjacielskich, bo nawet w dzieciństwie wstydziłam się jak wygląda mój dom i relacją z matką. Tłumaczyłam to sobie, że musiałam prowadzić dom i żyć.
Niektórzy mówią, że jak się chce, można wszystko – to nieprawda. Ja wolałabym nigdy się nie urodzić, nie czuć tego bólu przez to tylko, że istnieję. Nie odbiorę sobie życia, nie mam tyle odwagi, będę trwać, tylko czasem szkoda mi tej smutniej dziewczynki, którą byłam i która nadal nie poznała, co to znaczy miłość. I nigdy nie pozna.
Moja dziewczyna na każdą okazję do prezentu dawała mi, uwaga! SIEBIE. Traktowała seks jako prezent i jako nagrodę za dobre sprawowanie. Ja organizowałem kolacje, kwiaty, wymyślałem, jak zorganizować czas, gdzie ją zabrać, co kupić. Kiedy pod choinkę dostałem znów JĄ, postanowiłem, że dość tego. Wczoraj miała urodziny i tym razem ja też dałem jej siebie – zawinąłem co trzeba w kokardkę, położyłem się i powiedziałem: „Oto twój prezent”. Wtedy wyszła z siebie i stanęła obok :) Ostry foch i jeżeli związek wytrzyma do walentynek, to zamierzam dać jej również SIEBIE.
Trochę mi przykro, że dawałem się tak wykorzystywać, ale po pierwsze serce nie sługa, a po drugie pewne rzeczy trzeba zrozumieć, doświadczyć i się często przejechać na głupocie. Na razie poczekam, jak mi zorganizuje weekend i gdzie mnie zabierze. Niech wymyśli coś, co moglibyśmy wspólnie porobić, tym razem za jej pieniądze. Boli mnie to wszystko, powinienem to zakończyć, a mam jakąś dziwną nadzieję, że coś się zmieni, że ona zrozumie, choć pewnie nie zrozumie. Trafiłem na materialistkę i do tego egoistkę. Chciałaby tylko brać, nic od siebie nie dając. Jest mi cholernie źle.
Na święta dostałam voucher na trzy wybrane masaże w jednym z lepszych salonów masażu u nas w mieście. Bardzo się ucieszyłam i zaraz po świętach zadzwoniłam, żeby zapisać się na pierwszy masaż. Nie musiałam długo czekać, zostałam zapisana na następny dzień. Tak więc po pracy wróciłam do domu, szybko się ogarnęłam i prędziutko poszłam na masaż. Wybrałam masaż relaksacyjny. Okazało się, że masaż będzie wykonywał pan, całkiem przystojny pan. Rozebrałam się, ręczniczek i na łóżko. Przygasły światła, paliło się kilka świeczek, unosił się miły zapach i w tle słychać było relaksującą muzykę. Żyć nie umierać... zwłaszcza że pan masażysta masaż wykonywał świetnie.
Nie wiem kiedy, ale z tej błogości zasnęłam. Cudownie, prawda? Do czasu.
Obudził mnie pierd. Mój pierd. Z racji tego, że głowę miałam w otworze w łóżku, jedyne co mi przyszło do głowy to udawać, że dalej śpię. Biedny mój pan masażysta odskoczył od łóżka... I mu się nie dziwię, bo po chwili poczułam smród... Wiadomo, dieta świąteczna do lekkich nie należy +leżenie na brzuchu... Niby na nieświadomce, ale było mi bardzo wstyd i żal tego nieszczęsnego pana, który dłuższy czas do mnie nie podchodził. W głowie miliony myśli, jak spojrzeć temu biedakowi w twarz, w twarz, w którą być może mu pierdnęłam, bo zaraz po przebudzeniu i po puszczeniu bączala masował moje nogi.
Udaję, że śpię dalej. W końcu pan podchodzi i kończy masaż. Minęło może 10-15 min i pan miłym głosem, myśląc, że śpię, mówi: „Wstajemy, droga pani, ja już skończyłem, mam nadzieję, że masaż się podobał, chyba przespała pani większość z tych 60 minut”. Ja zmieszana wydukałam, że tak, podziękowałam, udawałam, że ziewam. Pan podziękował i wyszedł, a ja czym prędzej się ubrałam i wyszłam, modląc się, żeby nie spotkać tego pana gdzieś na korytarzu. Udało się, bo nigdzie go nie było, ale za to pani w recepcji mnie zatrzymała z pytaniem jak się podobało i kiedy zapisuję się na kolejną wizytę. Szybko odpowiedziałam, że masaż świetny, a na kolejną wizytę zadzwonię, by się umówić, bo teraz trochę się śpieszę. Już byłam przy drzwiach, już trzymałam za klamkę, ale nie, spektakl żenady trwa w najlepsze. Nie ma tak łatwo, że sobie ucieknę niezauważona. Zanim zdążyłam otworzyć drzwi, one otworzyły się same, bo ktoś z dworu wchodził do budynku. Kto? Pan masażysta, chyba wracał z papierosa, bo było czuć.... Nasze twarze się spotkały, ja burak na maksa, „do widzenia”, „do widzenia”, próbuję go wyminąć i jak to w takich sytuacjach bywa, gdy ja w prawo, to i on w prawo, potem ja w lewo i on, w końcu udało się, wyszłam na zewnątrz. Zestresowana wywaliłam się na schodku... Więcej tam nie wrócę – pomyślałam.
Jestem fryzjerką, ten pan przyszedł dziś do naszego salonu. Na szczęście nie ja musiałam go obcinać.
W podstawówce w walentynki, chcąc zaimponować swojej wybrance, postanowiłem, że kupię jej w szkolnym sklepiku duży czerwony lizak z serduszkiem. Ponieważ bywało ciężko z funduszami, musiałem na ten cel zbierać ok. tydzień.
Nadszedł 14 lutego, mam uzbieraną równiutką sumę i dumny kieruję się w stronę sklepiku. Podchodzę, paczam i...
I dupa z planu, bo lizak zdrożał.
Wstydzę się tego, że jestem samotną matką, przez co jestem postrzegana przez sporą część społeczeństwa jako patologia i roszczeniowa kwoka.
Wstydzę się, że dałam się zmanipulować jak dziecko facetowi, który przez kilka lat udawał ogarniętego, a jak pojawiło się dziecko, to zawinął wrotki i uciekł, umywając ręce od całkowitej odpowiedzialności, łącznie z płaceniem alimentów (uprzedzając komentarze o założeniu sprawy – alimenty są już prawnie przyklepane przez sąd, tylko gościu pracuje sobie na czarno i oficjalnie nie mieszka nigdzie, więc policja i sąd rozkładają ręce, że nie mogą go znaleźć).
Wstydzę się, że jestem złą matką, bo nie poświęcam wystarczająco czasu własnemu dziecku przez zasuwanie jak wół w robocie na nadgodzinach, żeby na wszystko nam starczyło.
Wstydzę się, że jak chcę sobie kogoś znaleźć, by nie czuć samotności, to słyszę komentarze, że mam się uspokoić i ogarnąć, bo mam malutkie dziecko i chłop nie jest mi potrzebny.
A najbardziej wstydzę się tego, że moje dziecko bardziej cieszy się na widok babci niż mój, bo przez moją pracę spędza z nią więcej czasu niż ze mną.
Właśnie pokłóciłam się z bratem o to, czy istnieje coś takiego jak rekin wielorybi. Byłam święcie przekonana, że nie, i wytrwale broniłam swoich racji. Spór postanowiliśmy rozwiązać sprawdzając owe zagadnienie w internecie, jak na dzieci XXI wieku przystało.
Miał rację. Taki rekin istnieje i żywi się planktonem, tak jak twierdził braciszek.
On ma 8 lat, a ja 18, i jestem na biol-chemie.
Krótka historia o tym, jak stałam się wywłoką, która zniszczyła rodzinę.
Niedawno skończyłam studia, przyszłościowe, z zawodem poszukiwanym na rynku pracy, to i długo po odebraniu dyplomu bezrobotna nie byłam. Z lekkim sercem wyprowadziłam się, ale nadal odwiedzałam rodziców i brata, który, w szkole jeszcze się ucząc, nadal z nimi mieszkał. Wszystko się układało, aż któregoś dnia świat mi dosłownie runął. Dowiedziałam się, że ojciec zdradza mamę. Cholera wie od kiedy. To był przypadek, a ja nie wiedziałam co z tą wiedzą zrobić. Biłam się z myślami, aż postanowiłam, że zbiorę jakieś dowody i powiem rodzicielce, jak się sprawy mają. Udało się. Aż mnie mdliło, ale zrobiłam zdjęcie ojcu i jego kochanki, jak się migdalą w parku, po czym uciekłam prosto do domu. Byłam przerażona, ale poprosiłam mamę o rozmowę. Pamiętam to jak przez mgłę... Pokazałam jej zdjęcie, najdelikatniej jak umiałam, wyłuszczyłam co wiem, gotowa wesprzeć ją psychicznie.
Minęło parę dni, właśnie wracałam wtedy z pracy. Patrzę – telefon mi dzwoni. To była siostra mamy. Ledwie jednak odebrałam, usłyszałam stek obelg w swoją stronę i wrzasków. Czy jestem z siebie dumna, czy wiem, co narobiłam, co ja sobie myślałam. Trwało to z minutę, może dwie, aż ciocia wywrzeszczała, że przeze mnie moi rodzice się rozwodzą. Że „po co się wpieprzałaś w ich życie, gówniaro jedna”. I się rozłączyła. Tego dnia odebrałam jeszcze kilka podobnych telefonów, od różnych cioć, wujków, kuzynek, dziadków. Na końcu zadzwoniła mama. „Nie masz po co wracać do domu” – tyle mi powiedziała.
No więc tak. Nie zawinił ojciec, nie zawiniła jego kochanka, tylko ja. Przynajmniej według rodziny. Tylko mój brat uznał, że ich pogięło i jeszcze ze mną rozmawia.
Dodaj anonimowe wyznanie