#gY8QX
W gimnazjum wstydziłam się jeść drugiego śniadania na szkolnym korytarzu. Jakoś tak peszyła mnie obecność osób ze starszych klas gimnazjum i liceum (szkoła łączona). Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy? Dramat. Wyciągnąć kanapkę i zjeść przy tak dużej grupie ludzi, chociaż wściekle burczało mi w brzuchu? A w życiu. Co zabawne, ani w podstawówce, ani w liceum takiego problemu już nie miałam – tak że nie była to raczej fobia jedzenia publicznie. Nie pomagało też moje towarzystwo. Miałam kilka koleżanek i wszystkie były szczuplutkie (ja zawsze byłam tłuściejsza, ale tragedii nie było). Zwłaszcza jedna chełpiła się, że prawie wcale nie je. Była z tego cholernie dumna, a ja się czułam gorzej. No bo jak to tak – miałabym przy niej zjeść bułkę, kiedy tamta była dumna ze swojej całodniowej głodówki? A w życiu. Dlatego jadłam w domu na zapas, żeby nie zgłodnieć w szkole. Na śniadanie miska płatków śniadaniowych z prawie połowy paczki? Kanapki z dwóch bułek + parówka z majonezem przed wyjściem? A jak! Idiotyczne, wiem, ale wtedy nie miałam pojęcia na temat odżywiania czy składników odżywczych, a kalorie? Wiedziałam, że istnieją i dobre rzeczy mają ich dużo.
Jak wracałam ze szkoły, byłam strasznie głodna, często do tego stopnia, że aż bolała mnie głowa. Ja już nie jadłam, ja wręcz żarłam jak wściekła – taka porcja obiadowa, jaką jadał tata, batonik na deser, kanapka itd., bo nie mogłam się najeść. I bęc! +25 do wagi, które ciążą mi do dziś. ;)
Teraz, próbując już na poważnie ogarnąć swój sposób odżywiania (Hashimoto pozdrawia), widzę, jaką krzywdę zrobiłam swojemu organizmowi i nie dziwię się, że tarczyca się zbuntowała. Powolutku zmieniam dietę i patrzę, jak powolutku wagi ubywa. W najgorszym okresie obżarstwa miałam II stopień otyłości, a teraz mam „tylko” nadwagę i staram się dalej.
Gratuluję drogi, którą przeszłaś, i życzę byś stabilnie osiągnęła docelową wagę. Twoja historia pokazuje też, że rodzice powinni zwracać większą uwagę na to co i w jaki sposób dzieci jedzą.