Moją obecną żonę poznałem, gdy mieliśmy po 12 lat. Na początku prawie w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy, ona spędzała czas z swoją przyjaciółką. Była cicha i nieśmiała, jedyny raz kiedy widziałem ją roześmianą był po miesiącu od rozpoczęcia szkoły z wyżej wymienioną dziewczyną. Intrygowała mnie, była inna niż reszta płci pięknej, którą dotychczas poznałem. Poznanie jej zajęło mi niemal 3 lata, kosztowało wiele czasu i wysiłku. W pewnym momencie po prostu powiedziała mi o wszystkim, co ją dręczy, moja koszulka była wtedy cała mokra od jej łez. Powiedziała o tym, jak była molestowana w dzieciństwie przez bliskiego rodziny, o swoich myślach samobójczych, depresji i lękach. Spędzaliśmy razem dużo czasu i naprawdę ją pokochałem. Ona natomiast z trudem okazywała jakiekolwiek uczucia, ponieważ zwyczajnie bała się ich. Kolejne 5 lat zajęło mi zajmowanie się nią z nadzieją, że kiedyś doczekam się tych dwóch słów – „kocham cię”. I doczekałem się.
Teraz, kiedy patrzę gdy śpi i porusza się niespokojnie, zapewne dręczona przez kolejne koszmary, wiem, że zdecydowanie było warto. Bardzo ją kocham i pomagam jej wyjść ze zmory codzienności, którą jest chociażby wyjście do sklepu. Wiem też, że jej uczucie jest najszczerszą rzeczą jakiej doznałem, ponieważ jak powiedziała: „zaakceptowałeś mnie, kiedy nikt inny nie umiał, byłeś moim jedynym oparciem”.
Dodaj anonimowe wyznanie
Jakie to piękne... :o Aż się miło czytało
Ty jesteś skarbem, niewielu mężczyzn w takiej sytuacji naprawdę jest oparciem. Dla takiej osoby najważniejsze jest zaufanie. Też jestem taką osobą, która doświadczyła złych rzeczy w dzieciństwie. Na zewnątrz jestem silna, uśmiechnięta i pewna siebie. W głębi duszy boję się wszystkiego, nawet samej siebie. Mój partner niestety nie staje na wysokości zadania, aby dać mi właśnie "to bezpieczeństwo", dzięki któremu ona Ci tak zaufała. Powodzenia!
Aż serce rośnie przy czytaniu takich wyznań. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. :) Gratuluję wytrwałości i życzę kolejnych wspaniałych lat razem! ;)
Wspaniałe :)
A na przyjaciółkę miała wyjebane czy co?Byłeś jej jedynym oparciem.Spoko.Ale wspominasz o przyjaciółce która była jedyna osoba przy której się śmiała....coś tu jest nie tak...
O przyjaciółce jest mowa przez miesiąc jak miała 12 lat, nie zwierzała się jej, nie wiadomo czy potem ta relacja trwala. O mężu jest mowa przez lata. No i opisane jest że raz się przy nie zaśmiała. Ja tam nie wspominam tego, jak ktoś mnie razp rozśmieszył jak miałam 12 lat całe życie ;)
Oooo, jakie to kochane. Popłakałam się..
Człowieku, jesteś wielki. Naprawdę
Znalazłeś skarb. Malutką ledwie widoczną roślinkę, która próbuje się rozwinąć. Zadeptana przez innych, dzięki Tobie wstała. Pielęgnuj Ją. Odwdzięczy Ci się pięknymi kwiatami.
No i mamy związek oparty z jednej strony na litości a z drugiej na desperacji. Historia piękna, można by z niej zrobić rzewny film, jednak film to nie życie. Mam nadzieję, że będziecie na tyle dorośli i dojrzali, że w momencie gdy przyjdzie szarość dnia nadal będziecie oparciem dla siebie, szkoda by było by ta historia nie miała szczęśliwego zakończenia.
Mój chłopak się poddał po nieco ponad roku.
Gratuluję wytrwałości i życzę szczęścia.
Bycie z taką osobą jest bardzo wymagające. Ja się nie dziwię osobom, które uznają, że nie chcą spędzić tak reszty życia bo to ciężki kawałek chleba i to codziennie. Uważam, że żeby wejść w relację trzeba być zdrowym, żeby relacja była zdrowa i partnerska. Najpierw terapia, a później chłopak czy dziewczyna. Samopoczucie i poczucie własnej wartości budowane na związku stoi na glinianych nogach bo jeśli związek się skończy, niekoniecznie dlatego, że druga strona odejdzie ale chociażby umrze w wypadku, to ta strona, która była uzależniona od obecności tej osoby już się może nie podnieść.