#YFPJW

Nikt nie wie, że dokonałam kiedyś aborcji, 5 lat temu, chwilę po przeprowadzce do nowego kraju. Po prostu uznałam, że nie jestem w stanie dziecka urodzić, nienawidziłam go wręcz. Ojcem był mój były partner, który został w Polsce i nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego. Usunęłam. I czuję się z tym bardzo dobrze. Nie zniszczyłam swojego życia ani temu dziecku, które na starcie miałoby przekichane i to bardzo, bo jak może się czuć porzucone, niekochane dziecko? Z pewnością nie tak wspaniale, jak przeciwnicy tych zabiegów to przedstawiają.

Pozdrawiam, obecnie szczęśliwa matka dwójki CHCIANYCH dzieci.
karlitoska Odpowiedz

Kobiety w większości czują ulgę po przerwaniu nie chcianej ciąży. Czy się to przeciwnikom podoba czy nie to kobiety potrafiły przerwać nie chcianą ciążę na długo przed wynalezieniem antykoncepcji. Ja musiałam przerwać chciana ciążę przez poważne uszkodzenie płodu, największą traumę miałam przez to ja mnie potraktowały instytucje. Polska to nie jest dobry kraj do zachodzenia w ciążę - co z resztą widać po najniższym wskaźniku przyrostu naturalnego, polki nie chcą zachodzić w ciążę.

Nocturno Odpowiedz

Jedna tylko sprzeczność jest w tym wyznaniu: "Nie zniszczyłam swojego życia ani temu dziecku". To co zrobiłaś to właśnie dosłownie "zniszczenie życia". Nazywajmy rzeczy po imieniu. Czy słusznie, czy nie słusznie i czy powinno się tak zrobić czy nie to sprawa na inną dyskusję

Econiks

Nie, zniszczenie życia jest wtedy, gdy dziecko się rodzi i umiera w wieku 3 lat, bo jest torturowane przez matkę z gachem. Tylko jakoś gdy już jest na świecie, wszyscy są ślepi na cierpienie, bo najważniejsze by się urodziło.

PeggyBrown2022 Odpowiedz

Bardzo zasmuciło mnie to wyznanie. Oczywiście, że wyznanie nadaje się na tę stronę, bo jest anonimowe, jednakże nie przekonuje mnie argumentacja, według której dziecko ze związku, który się rozpadł, musiałoby być z urzędu porzucone, niekochane i w domyśle - nieszczęśliwe. Są badania naukowe, które wskazują na to, że szczęście w bardzo małym stopniu zależy od czynników zewnętrznych. Gdy wpiszemy w wyszukiwarkę, wyskoczą na przykład takie informacje: "Według powszechnie cytowanej w psychologii pozytywnej teorii Sonji Lyubomirsky, szczęście zależy od czynników zewnętrznych (okoliczności życiowych) w zaledwie 10%.
Model ten, często przedstawiany jako „tort szczęścia”, dzieli czynniki wpływające na poczucie szczęścia następująco: 10% – Okoliczności zewnętrzne: Zdarzenia, na które często nie mamy wpływu, takie jak zamożność, miejsce zamieszkania, stan zdrowia, wygląd czy sytuacja rodzinna. 50% – Uwarunkowania genetyczne (set point): Wrodzony, bazowy poziom szczęścia, który jest uwarunkowany biologicznie. 40% – Aktywność własna (działania celowe): Codzienne decyzje, sposób myślenia, zachowania i świadome działania, które podejmujemy". Uważam, że mówienie, iż nieplanowane dziecko na pewno byłoby nieszczęśliwe i lepiej, że go nie ma, jest - oczywiście według mnie - próbą racjonalizacji. Znam wiele osób, które np. nie znają swojego ojca albo znają tylko jego imię i nazwisko. Żyją normalnie - kochają swoje matki, uczą się, pracują, mają przyjaciół, wchodzą w związki, niekoniecznie są smutnymi ludźmi żałującymi, że żyją. Podobnie ich matki. Multum związków rozpada się na dalszych etapach, kiedy dzieci już są na świecie i rodzice też muszą zaczynać wszystko od nowa, choć z dziećmi nie jest to takie łatwe. Większość moich koleżanek z klasy, ma rodziców po rozwodzie. Niektórzy piszą, że po aborcji kobiety czują ulgę - na pewno te, które urodziły, pomimo wątpliwości, które miały, też czują ulgę, zwłaszcza gdy patrzą na dziecko, które w połowie pochodzi od nich samych

PeggyBrown2022

Wiem, że to nie jest popularny pogląd, nie wszyscy muszą zgadzać się ze mną i mnie lubić, ale w Internecie każdy ma prawo się wypowiedzieć, a ja staram się robić to kulturalnie i w sposób wyważony. Jest wiele znanych osób, których matki miały wskazania do aborcji, np. medycznego (mama Bocellego, mama papieża Jana Pawła II). Zaryzykowały i pewnie nie żałowały swoich decyzji. Gdyby jednak przerwały ciążę, też pewnie odczuwałyby ulgę i myślałyby, że zrobiły najlepiej, jak się dało. Cenię swoje życie i jestem wdzięczna za nie swoim przodkom, a przede wszystkim - przodkiniom. Moja prababcia urodziła się pod koniec 1916 r. na Kresach Wschodnich, w bardzo biednych i zacofanych okolicach. W akcie urodzenia, w rubryce dotyczącej ojca, było wpisane tylko jego imię. Jeśli jest ono prawdziwe, to był Polakiem. Ludzie mówili, że żołnierzem. Mama prababci miała wtedy 28 lat. O dziwo, nie miała jeszcze męża. Urodziła panieńskie dziecko i sama je wychowała. Nigdy nie wyszła za mąż. Moja prababcia wstydziła się tego, że jest panieńskim dzieckiem, bo społeczeństwo w tamtych czasach źle postrzegało takie historie, ale pomimo tego - moja prababcia była osobą pogodną, religijną i nie popierała aborcji. Mając męża, urodziła 5 dzieci. Jej mama usunęłaby ją, gdyby chciała, ale tego nie zrobiła i dzięki temu urodziło się jej - aktualnie - kilkudziesięciu potomków. Żyjemy dzięki jej poświęceniu. Pewnie każdy ma taką historię w rodowodzie. Moje prababcie (nie ma wśród nich tej, o której pisałam, bo chodzi o inne), urodziły moich obu dziadków podczas II wojny światowej. Dla jednej to było już 4. dziecko. Mój dziadek ma też przyrodnią siostrę, która też urodziła się podczas II wojny - mój pradziadek miał romans z pewną panną. I ona też nie dokonała aborcji. A ja mam teraz dalszą ciocię, którą lubię. Te wszystkie kobiety się poświęciły i jestem im za to wdzięczna. Czasy kiedyś były dużo trudniejsze niż teraz. Teraz chodzi bardziej o stosunek emocjonalny względem nienarodzonego dziecka i wartości.

Dodaj anonimowe wyznanie