#V9smK

Kilka lat temu pracowałem jako telemarketer. Była to sprzedaż produktów wiodącej marki telekomunikacyjnej w Polsce, często zdarzało się jednak, że trafiało się na samotną osobę, która po prostu ciągnęła rozmowę, ile się dało, żeby sobie po prostu z kimś pogadać.

Pewnego dnia dodzwoniłem się do jednej właśnie staruszki, a że system zbudowany był tak, że nie widzieliśmy kompletnie żadnych danych osobowych, łącznie z numerem telefonu (ochrona danych osobowych), robiła dokładnie to, co inni – gadała, a nic z tego nie wynikało i dla mnie było oczywiste, że nic nie kupi, ale mimo wszystko pozwoliłem sobie po prostu na zwykłą rozmowę.

Mieliśmy też taki chwyt, który polegał na „zaczepieniu” korespondenta lub korespondentki o adres, że możemy przyjść i wytłumaczyć, pokazać dokumenty osobiście etc., coby udowodnić, że wszystko, co mówimy, jest prawdą, i choć w praktyce nikt nigdy na to się jeszcze nie zgodził, bo wszyscy woleli załatwiać to wszystko tylko telefonicznie i przez kuriera, ona się zgodziła – chyba jako pierwsza za mojej kadencji.

Przy spotkaniu i podawaniu dat, nazwisk i innych danych do umowy okazało się, że owa staruszka to... matka mojego ojca, który zostawił nas 20 lat wcześniej, a którego nie zdążyłem nawet poznać. W taki oto sposób dostałem drugą babcię dzięki pracy, w której zarabiałem poniżej najniższej krajowej na umowie zlecenie.
Dodaj anonimowe wyznanie